Znaj ryzyko - kampania społeczna

Rodzeństwo DDAPaulina i Marcin mówią o sobie, że są niezwykłym rodzeństwem. Takim, które stanie za sobą murem w każdej sytuacji. I podkreślają, że wiedzą, co mówią, bo jest to wniosek postawiony na podstawie ich dotychczasowego, niełatwego życia. Wychowywali się w domu, w którym mama piła, a ojciec, choć miał świadomość swojego współuzależnienia, nie chciał się leczyć. Rodzeństwo przeszło terapię, a każde z nich ma za sobą inna drogę.

Przyszli na świat ponad trzydzieści lat temu w średniej wielkości miasteczku w Wielkopolsce. Żyli w krajobrazie znanym wielu ich rówieśnikom. Blok z wielkiej płyty, sporo drzew umożliwiających zabawę, bliskość osiedlowych garaży, za którymi palili pierwsze papierosy… Tak zbudowana przestrzeń pozostawiała im sporą samodzielność na dojrzewanie, eksperymentowanie i doświadczanie życia poza domem. Bo to w domu było dla obojga mało atrakcyjne.

– Ja się śmieję, że nie utknęłam w tych chorych, czterech ścianach tylko dlatego, że byłam młodszą siostrą. Co prawda o rok, więc umówmy się, że w tamtym czasie Marcin nie był znów jakimś turbo odpowiedzialnym opiekunem, ale jednak to wystarczyło rodzicom, aby mieć mnie z głowy. Jaki był nasz dom? Na swój sposób niezwykły. Dużo słyszy się historii o pijących, terroryzujących ojcach. U nas to tata był tym „biednym”, choć mama nie była szczególnie zaborcza. Piła tak, jak zazwyczaj piją kobiety – po cichu, na spokojnie, dużo spała. Od czasu do czasu krzyczała, ale nie wiem, czy choroba alkoholowa czyniła ją odosobnioną w obliczu dwójki czasem nieznośnych i kłócących się dzieciaków – relacjonuje Paulina.

– To prawda. Ale prawda też jest taka, że nie miała czasu. Nie była mamą troskliwą, uważną, zaangażowaną w szkolne życie. Zdarzały się momenty, zrywy, w których próbowała odkupić swoje winy. Ale mój obraz z dzieciństwa jest taki, w którym mama choruje, a tata się nią opiekuje. My zaś szalejemy towarzysko, wracamy do domu kiedy chcemy, bo klucze mamy przewieszone na szyi. Czasem tylko tata kontrolnie krzyczy z balkonu, gdzie jesteśmy i rzuca nam kanapki z mortadelą – dodaje Marcin.

– Wtedy definiowałam to jako wolność. Inne dzieciaki musiały wracać do domu. Naszym wyznacznikiem końca zabawy był moment, w którym wszyscy inni już poszli, bo musieli. Wtedy my też szliśmy, bo we dwoje mogliśmy bawić się np. na balkonie budując tam twierdzę – mówi Paulina.

– Dziś jako dorosły facet dużo myślę o tacie. Że było mu trudno – zajmować się mamą, nami, ale przede wszystkim mierzyć się ze wstydem. Przecież na osiedlu sąsiedzi na pewno wiedzieli o nałogu mamy. Wtedy chyba nie rozumieliśmy tych emocji – podsumowuje Marcin.

Historia Pauliny

Wiele rzeczy zaczęło do mnie docierać, kiedy wyprowadziłam się z domu. Było to znacząco wcześniej niż większość moich rówieśników, która wyjeżdżała z rodzinnego miasteczka dopiero na studia. Ja wyfrunęłam z gniazda już w liceum, przenosząc się do szkoły z internatem. Dawało mi to możliwości rozwoju sportowego. Było warto – dziś jestem fizjoterapeutą, kocham swoją pracę. Ale nie o tym…

Kontakt z koleżankami, rówieśniczkami pokazał mi, jak zimną jestem osobą. Wtedy tak to nazywałam. Dziś wiem, że po prostu nie umiałam nazywać i wyrażać uczuć, bo nie dostałam tego w domu. Ale życie pokazało, że mam inne umiejętności – jestem zaradna, odporna, wytrzymała.

Postanowiłam zgłosić się na terapię, bo przyszedł moment, w którym poczułam się bardzo samotna. To był sam początek studiów. Dziewczyny zaczynały budować poważniejsze związki – moje się rozpadały. To był też czas, kiedy byłam nieco dalej z Marcinem. Po pierwsze w damsko/męskim świecie. Po drugie – fizycznie dzieliło nas sporo kilometrów. Zgłosiłam się do Pani psycholog, chcąc prosić ją o pomoc w komunikacji – pomyślałam, że nauczy mnie nazywać uczucia, wyrażać je. To był dobry początek pracy nad sobą, a potem – wiadomo – jakoś już poszło.

Teraz jestem w dobrym dla siebie miejscu. Pracuję zawodowo, układam życie rodzinne. Niebawem na świat przyjdzie moja córeczka – wspólnie wyczekiwana z moim partnerem. Chciałabym stworzyć dla niej czuły i ciepły dom, jakiego ja nie miałam. Boję się tylko, żeby za bardzo jej nie rozpieścić.

Cały czas uczestniczę w terapii. Myślę, że sporo już za mną, ale trochę mam jeszcze do przepracowania, zwłaszcza w sobie. Głównie żal i złość połączone z litością. Do obojga rodziców. Że nie dźwignęli emocjonalnie tego, z czym przyszło im się mierzyć. I przede wszystkim, że nie poszli po pomoc.

Historia Marcina

Kiedy Polka wyjechała do sportowego liceum, okazało się, że nie muszę już być za nikogo odpowiedzialny i wreszcie mogę odpiąć przysłowiowe wrotki. Totalnie mi odbiło. To był chyba nastoletni bunt połączony z brakiem uwagi, której się w ten sposób domagałem. Z pomocą tak naprawdę przyszedł mi szkolny psycholog, który w porę mnie zatrzymał. Nie wiem czy, albo kiedy zrobiłbym to sam. Już wtedy dowiedziałem się, co to DDA i jakie – zupełnie nieświadome – konsekwencje działań naszych rodziców ponosimy z Polą. Byłem wściekły i na fali tej wściekłości udało mi się całkiem fajnie pokierować życiem. Postanowiłem olać studia i pójść do pracy. Zawsze podobał mi się Wrocław – więc czemu nie tam? Pojechałem tak sobie, udało mi się dostać pracę w Centrum Informacji Turystycznej. Rok później poszedłem na studia w tym kierunku. Teraz jestem licencjonowanym przewodnikiem po mieście i regionie – w planie mam rozwój na Czechy.

Szkolny psycholog, kiedy wsiadałem w pociąg, zobowiązał mnie do złożenia obietnicy, że jak tylko będę już na miejscu, zgłoszę się do poradni na terapię grupową. Szczerze mówiąc trudno mi było wrócić do rozgrzebywania tych brudów, zwłaszcza, że udało mi się trochę od nich odciąć. Zacząłem samodzielne, fajne życie. Poznałem kilka dziewczyn i choć nie jestem z tego dumny, bawiłem się dobrze w nowej, wolnej rzeczywistości. Ale w końcu dotarło do mnie, że te demony będą wracać. Że nie zbuduję niczego, jeśli na serio nie przepracowuję dzieciństwa.

Wciąż spotykam się z terapeutą. To, nad czym pracuję to przede wszystkim uczucie smutku. Jest mi niezwykle przykro, że pewnych rzeczy nie dostałem, nie miałem. Że nie mogę cofnąć czasu, aby to mieć. Że spartoliłem jakieś relacje po drodze.

Życie rodzinne

Paulina i Marcin w domu rodzinnym bywają rzadko. Mówią, że niewiele się w nim zmieniło. Rodzice wypracowali swoje schematy i układ w jakim żyją im pasuje. Dla obojga rodzeństwa jednak patrzenie na wzajemne niszczenie się jest nie do zniesienia.

– Wściekam się, bo wiem, że obojgu można pomóc, ale wiadomo, jeśli ktoś takiej pomocy nie chce, to nic tu po nas. Przyjęliśmy więc z Marcinem, że jesteśmy, pomożemy, przyjedziemy wtedy, kiedy zostaniemy o to poproszeni. Zazwyczaj są to święta, na których staramy się być rodziną jak z obrazka. Mama zazwyczaj wtedy nie pije. Tata ma poczucie, że to też czas, kiedy może odsapnąć i trochę się popisać, że panuje nad całością. Taka męcząca sielanka. Dlatego potem z ulgą wracam do siebie – wyjaśnia Paulina.

– Nie mamy bliskiej więzi z rodzicami. Nie udało się nam jej zbudować w dzieciństwie, teraz chyba jest już za późno. Natomiast jestem wdzięczny losowi za Paulę. Czuję, że te same doświadczenia z dzieciństwa, to, że umiemy o nich rozmawiać, ale też to, że pewne rzeczy nie wymagają między nami słów sprawiły, że jesteśmy blisko siebie. I że zawsze możemy na siebie liczyć. To dla nas bezcenne – dodaje Marcin.

Fot. Annie Spratt, Unsplash.com

Napisz komentarz

Przejdź do treści