
Kieliszek wina dla rozluźnienia, piwo dla odwagi – w powszechnej wyobraźni alkohol wciąż bywa postrzegany jako sojusznik intymności. Tymczasem eksperci nie mają wątpliwości: jest on jednym z jej największych wrogów. Niszczy relacje seksualne już na poziomie zwykłego „rozluźnienia”, bo nawet mała ilość wypita „dla atmosfery” działa jak mechaniczny przełącznik – wyłącza delikatność, subtelność i prawdziwą łączność na rzecz iluzji odwagi. Alkohol nie otwiera na intymność – znieczula na nią, zarówno psychicznie, jak i fizycznie.
Znieczulenie zamiast połączenia: jak alkohol zabija zmysłowość
Klucz do prawdziwej bliskości leży w obecności – w pełnej świadomości drugiej osoby, jej dotyku, oddechu, reakcji. Alkohol tę obecność systematycznie rozmywa. Już niewielka ilość, która ma „pomóc się rozluźnić”, zaczyna działać jako środek znieczulający układ nerwowy. To znieczulenie ma dwojaką naturę. Z jednej strony dotyczy psychiki – osłabia zahamowania, ale jednocześnie stępia empatię i wyczucie subtelnych niuansów w relacji. Z drugiej strony, co często pomijane, działa dosłownie na poziomie receptorów skóry.
Alkohol jest depresantem ośrodkowego układu nerwowego. Jego działanie polega na spowolnieniu przekazu nerwowego. W praktyce seksualnej oznacza to, że delikatne pocałunki, subtelny dotyk, różnica temperatur – cała bogata paleta doznań, które tworzą zmysłową narrację zbliżenia – zostają spłaszczone i stępione. Partnerzy mogą czuć mniej, potrzebować silniejszych bodźców, a przez to stają się mniej uważni na reakcje drugiej osoby. To właśnie dlatego seks po alkoholu często opisywany jest jako „techniczny”, „mechaniczny” lub po prostu „niedbały”. Brakuje w nim finezji, ponieważ neurochemia mózgu została przełączona w tryb poszukiwania prostych, intensywnych wrażeń, a nie złożonej, współdzielonej przyjemności.
Andrzej Gryżewski, seksuolog zauważa: „Pod wpływem alkoholu mogą wystąpić problemy, takie jak niewystarczające nawilżenie pochwy, słabe ukrwienie okolic intymnych, co obniża jakość doznań, niepełny wzwód, problemy z osiągnięciem orgazmu. Im więcej alkoholu wypijemy, tym gorszy będzie nasz seks”. To spostrzeżenie dotyczy nie tylko skrajnych przypadków, ale każdej ilości – już pierwszy kieliszek rozpoczyna proces fizjologicznego wycofania. Organizm, skupiony na metabolizowaniu toksyny, odsuwa zasoby od peryferyjnych funkcji, do których należy reakcja seksualna. Krew odpływa z okolic intymnych do wątroby i mózgu, mięśnie nie napinają się optymalnie, a śluzówki wydzielają mniej naturalnego nawilżenia. Powstaje paradoks: pijemy, by czuć się swobodniej, a nasze ciała stają się mniej zdolne do odczuwania i odpowiedzi.
Upadek romantyczności: gdy zanika przestrzeń na autentyczność
Romantyczność nie polega na wyreżyserowanych gestach, lecz na autentycznej, niechronionej wymianie emocjonalnej. Wymaga ona odwagi bycia widzianym bez filtrów i z całym swoim niedoskonałym, ludzkim wyposażeniem – z niepewnością, wrażliwością, czasem niezdarnością. Alkohol, oferując sztuczną odwagę, tę autentyczność odbiera. Zamienia prawdziwe, ryzykowne otwarcie się na drugiego człowieka w jego karykaturę, w której odsłaniamy nie siebie, lecz swoją odważną alter ego, za którą następnego dnia nie chcemy wziąć odpowiedzialności.
Gryżewski trafnie diagnozuje ten mechanizm społeczny: „Kiedy zrobimy w łóżku pod wpływem alkoholu coś bardzo wyuzdanego, zawsze możemy to 'zrzucić’ na alkohol. Pozbywamy się wyrzutów sumienia i niechlubnej etykiety”. To głęboko destrukcyjny schemat dla relacji. Zamiast budować wspólną przestrzeń zaufania, w której eksperymentowanie wynika z wzajemnego porozumienia i ciekawości, tworzy się przestrzeń niejasnych granic, gdzie nic nie jest do końca „prawdziwe”, a odpowiedzialność rozmywa się w oparach etanolu. Taka dynamika uniemożliwia budowanie prawdziwej zażyłości, która rośnie właśnie poprzez wspólne ponoszenie konsekwencji swoich wyborów, a nie ich wypieranie.
Efekt „piwnych okularów”, opisany w badaniach, działa tu z pełną mocą. „Na skutek spożycia alkoholu przestaje mieć znaczenie wybór partnera seksualnego. Osoba nietrzeźwa nie zwraca uwagi na kryteria wyboru, którymi kieruje się, gdy nie jest pod wpływem alkoholu”. To zjawisko można rozszerzyć na samą jakość kontaktu – pod wpływem alkoholu przestaje mieć znaczenie nie tylko to, z kim się kochamy, ale też JAK się kochamy. Znikają preferencje, granice, upodobania, które są wyrazem naszej tożsamości. Zostaje zunifikowany, stępiony impuls, który bardziej służy rozładowaniu napięcia niż nawiązaniu głębokiej więzi.
Od „wspomagacza” do warunku koniecznego
Największym zagrożeniem nie jest jednorazowy seks po drinku, lecz niepostrzeżone wpadnięcie w pułapkę warunkowania. Gryżewski wyjaśnia neurologiczny mechanizm, który ma fundamentalne znaczenie: „Orgazm działa jak pieczęć. Jeśli raz nas coś podnieci, jakiś obraz, sytuacja, fantazja raz na nas zadziała, a my pójdziemy za tym pożądaniem i 'przypieczętujemy’ to orgazmem, może być tak, że już nie uwolnimy się od tej fantazji”.
Przenosząc to na związek alkoholu z seksem: jeśli kilka razy przeżyjemy satysfakcjonujące (lub choćby pozbawione lęku) zbliżenie po drinku, mózg zaczyna łączyć te dwa elementy. Alkohol staje się kontekstowym wyzwalaczem pobudzenia. Bez niego, na trzeźwo, mózg może nie uruchamiać ścieżek pożądania z taką samą łatwością. Pojawia się dyskomfort, niepewność, a nawet lęk – zupełnie jakby naturalna, spontaniczna intymność stała się obca. Tak rodzi się uzależnienie behawioralne, w którym nie chodzi o głód substancji, lecz o przekonanie, że bez niej nie jesteśmy w stanie być seksualni, otwarci i spontaniczni.
„Jeśli raz, dwa, dziesięć razy przeżyjemy dobry seks po alkoholu, będzie nam bardzo trudno przeżyć równie dobry seks na trzeźwo” – podsumowuje Gryżewski. Osoba wpada wówczas w paradoksalną sytuację: sięga po alkohol, by przełamać bariery i być bliżej partnera, a w dłuższej perspektywie skutecznie buduje między nimi trwałą, chemiczną barierę. Relacja staje się zakładnikiem butelki, a prawdziwe poznanie siebie nawzajem – z całą gamą trudnych, ale autentycznych emocji – zostaje zastąpione rytuałem pozornej bliskości.
Droga powrotu do czucia: odzyskiwanie prawdziwej obecności
Odbudowa autentycznej intymności po okresie, w której alkohol był jej nieodłącznym elementem, wymaga cierpliwości i odwagi. To proces nauki na nowo – nauki bycia obecnym w ciele, które czuje, i w umyśle, który jest w pełni świadomy. Pierwsze zbliżenia na trzeźwo mogą być nieporadne, pozbawione sztucznej pewności siebie, ale właśnie ta nieporadność jest początkiem czegoś prawdziwego.
Wymaga to przeformułowania samej definicji dobrego seksu. Zamiast oczekiwać ekstremalnych doznań i performansu, warto zacząć doceniać zwykłą obecność, ciepło skóry, wspólny rytm oddechu i powolne odkrywanie siebie bez pośpiechu i presji. To w tej zwyczajności, często niezauważalnej pod wpływem substancji, kryje się prawdziwa głębia i możliwość zbudowania więzi, która nie rozpada się wraz z ustąpieniem działania trunku.
Seks na trzeźwo może początkowo wydawać się bardziej wymagający, ponieważ nie ma gdzie ukryć swoich lęków ani niepewności. Ale to właśnie w tej wymagającej autentyczności leży jego największa siła i moc budująca. To intymność, w której bierzemy pełną odpowiedzialność za swoje pragnienia i czułość, które ofiarowujemy drugiej osobie.
Mogą Cię zainteresować:

Fundacja Poza Schematami: bezpłatna broszura profilaktyczna o używaniu przez młodzież leków





Dodaj komentarz