Alkoholizm prawdziwa historiaPo alkohol pierwszy raz sięgnął, gdy był w 4 klasie podstawówki. Był dzieckiem, które z nudów i pod wpływem towarzystwa poznało smak i działanie piwa. W 5 i 6 klasie z kolegami po kryjomu pili wódkę i inne mocniejsze alkohole. Potem, jak mówi „na chwilę oprzytomniał”, jednak gdy poczuł się dorosły, w okolicach 8 klasy, argumenty „przeciw” nie istniały. – Myślę, że w wieku 18 lat już byłem uzależniony – mówi Robert. Dziś jest trzeźwy i opowiada, jak to jest budować życie od nowa.

Łatwo przyszło…

–  Dzieciństwo mieliśmy bez taty. Mama nie mogła mnie i dwóch młodszych sióstr upilnować. Kupowaliśmy z kolegami tanie wina i wódkę, włóczyliśmy się po placach zabaw, skwerach, parkach. Wiadomo – młodzi gniewni. Potem mogliśmy pić legalnie, więc przekraczaliśmy granicę polsko-czeską, bo pochodzę z tamtych stron, i imprezowaliśmy – wspomina Robert.

Pierwsze lata życia spędził w małym mieście, w którym nie było ani perspektyw, ani atrakcji dla młodych ludzi. Były lata 90’, Polacy odkrywali, co to znaczy mieć wybór, wszystko, co zagraniczne było wielką okazją. – Na początku była ciekawość i głód nowych wrażeń. Byłem liderem grupy. Lubiłem szpanować, czułem się wtedy kimś. Kiedy miałem 18 lat i piłem whisky w barze, czułem się jakbym Pana Boga za nogi złapał. Nie miałem pojęcia, co mi grozi – komentuje Robert.

Wśród rówieśników picie było „cool”. Trwał wyścig: kto więcej, kto częściej. Kiedy ktoś lądował „na dołku”, miał problemy z policją, to był powód do dumy.

– Dopiero teraz, po wielu latach abstynencji wiem, że wtedy byłem dla swoich młodszych sióstr zagrożeniem. Dopiero teraz to widzę. Straciłem wtedy czas na budowanie relacji z nimi i mamą. Teraz trochę to odbudowuję. Mama mnie ratowała, próbowała pomagać, gdy kolejny raz wyrzucano mnie ze szkoły, ale jednocześnie dawała mi przyzwolenie na picie. Jest pielęgniarką i wiedziała, co robić, by wyprowadzić mnie ze stanu potwornego kaca. Podawała mi kroplówki, nie dawała mi się zderzyć z konsekwencjami tego, co robię – mówi Robert.

Straty

W wieku 19 lat poznał dziewczynę, która „próbowała go temperować”. Bez skutku. – Przepiłem jedne studia, potem drugie. Zacząłem mieć długi. Już wtedy pojawiły się pierwsze pomysły, bym poszedł do poradni na leczenie. Nawet próbowałem, ale nic do mnie nie docierało. Wychodziłem z tych spotkań, szedłem do kumpla i znowu nie było mnie przez cztery dni. Nie robiłem tego dla siebie, lecz dla świętego spokoju, kiedy dziewczyna stawiała mi warunki – opowiada Robert.

Kolejne lata życia Roberta można nazwać równią pochyłą. Próbował nie pić – „zaszywał się” trzy razy, jednak nie udawało mu się być konsekwentnym. Zmieniał pracę, rozstał się z ukochaną. Jego życie wydawało się pasmem zdarzeń, którymi rządził alkohol.

Na pytanie, jak to się stało, że dziś ma 37 lat i jest trzeźwy, odpowiada: – Po trzecim esperalu wpadłem w naprawdę długi ciąg. Przepiłem kilkanaście tysięcy złotych na kreskę. Przez te miesiące ciągnąłem L-4, by nie stracić środków do życia. Lekarz jednak widział, co się dzieje. Wiedział, że te 10 miesięcy, przez które do niego chodziłem to było jedno wielkie picie. W tym czasie ratowałem się kroplówkami, lądowałem na izbie wytrzeźwień. O moim nałogu wiedział też mój przełożony. W końcu doszło do tego, że przez sny alkoholowe nie mogłem spać. Znowu poszedłem do lekarza po ratunek i on wtedy odmówił. Powiedział, że nadaję się tylko na oddział.

Robert spędził na oddziale psychiatrycznym 2 tygodnie. Tam spotkał lekarkę, która doskonale wiedziała, że jego nocne widy to nie wina zaburzeń psychicznych, lecz uzależnienia od alkoholu. – Rozmawialiśmy dwie godziny. Wtedy się coś we mnie zmieniło. Dostałem namiar na trzy poradnie i powiedziałem sobie „teraz albo wcale”. I poszło. Czekałem na miejsce kilka tygodni, w tym czasie piłem. Kiedy nadszedł dzień wyjazdu, na dworcu kupiłem sobie jeszcze piwo. Wiedziałem, że tam dokąd jadę jest zakaz picia. Pomyślałem: „ciekawe, czy to jest ostatnie”. No i było ostatnie. Chciałbym kiedyś spotkać tę lekarkę i podziękować jej – wspomina Robert.

Jak mówi, dziś jest szczęśliwym człowiekiem, a decyzja, by podjąć leczenie była najlepszą w jego życiu. – Nie wiem, co dziś mnie motywuje, ale to wielka siła. W życiu przeszedłem naprawdę trudne chwile, z których udało mi się wyjść bez alkoholu – mówi Robert.

Życie na trzeźwo

Robert nie pije od 9 lat. Po 2 latach trzeźwości poznał kobietę, z którą ma syna. Niestety ich związek rozpadł się… 3 dni przed ślubem. – Zostawiła mnie, po prostu. Może przestraszyła się mojej historii? Nie wiem. Nasz syn był już wtedy na świecie. Od 7 lat chodzę po sądach, walczę o dziecko, chcę być dla niego jak najlepszym tatą. Ludzie mnie czasem pytają, jak sobie radzę z tym wszystkim bez alkoholu. Odpowiadam, że mam inne priorytety. Jestem ojcem, muszę ogarniać pracę, pieniądze, mam normalne życie, nie myślę o piciu w ogóle – komentuje Robert.

Z synem widuje się tak często, jak to możliwe. Jeździ do niego, dzwoni codziennie, kupuje, co trzeba, płaci alimenty. Jednak ta sytuacja to wynik trudnej walki. – Matka mojego syna próbowała mi ograniczyć z nim kontakt. Np. nie uprzedzała mnie, że dziecko jest w innym mieście, gdy był mój weekend na odwiedziny. Zmieniała mu szkoły bez konsultacji ze mną. Każdą z tych sytuacji rozwiązywałem w sądzie. To, co mam teraz, to stan wywalczony. Czasami mnie to dobija, bo chcę być ojcem, chcę być w życiu tego młodego człowieka, a nie mogę, w takim stopniu, w jakim bym chciał. Ale trzymam się. Muszę się trzymać. Gdybym zaczął pić, wszystko bym stracił – mówi Robert.

Problemy rodzinne to nie jedyne trudności. – Pracę musiałem kilka razy zmienić, bo trafiałem na miejsca, w których ludzie pracowali pod wpływem alkoholu. Natomiast wesel znajomym nie odmawiam, choć taka impreza to wchodzenie do paszczy lwa. Jednak umiem wyjść z nich trzeźwy, lecz nie zawsze jest łatwo. Nie da się opisać tego stanu, gdy nagle widzisz butelkę zmrożonej wódki na stole. Czasem czuję jakby w głowie uruchamiała mi się wielka machina, wściekła i gorąca. Wtedy muszę wyjść. Trzeba się pilnować – opowiada Robert.

Jak mówi, terapia dała mu narzędzia, by budować dobre życie. By samodzielnie nim kierować. – Po dwóch lata bez picia poczułem, że jest naprawdę fajnie. Potem życie się skomplikowało, ale zdążyłem już poczuć, co mam do stracenia. Cieszę się z tego, co robię. Kiedyś nie potrafiłem. Teraz trenuję boks i czuję, że to mi bardzo pomaga. Czuję się na ringu jak ryba w wodzie. Poza tym mam działkę, lubię pielęgnować ogród. To nadaje życiu rytm. Lubię też swoją pracę i zaczynam myśleć o podjęciu studiów. Chciałabym pomagać takim osobom, jak ja. Nawet kilka osób sugerowało mi, że powinienem spróbować. Że się nadaję – mówi Robert.

Obecnie jego relacje z mamą i siostrami są dobre. Robert ma z życia coraz większą satysfakcję i podkreśla, jak ważne jest to, by nie roztrząsać tego, co było. – Nie myślę o tym, co straciłem. Pogodziłem się z tym. Nie mam do siebie żalu, choć dobrze wiem, że gdybym nie pił, moje życie mogłoby potoczyć się inaczej. Wydaje mi się, że życie jest jeszcze przede mną i jeszcze dużo dobrych rzeczy zrobię.

Fot. Szilvia Basso, Unsplash.com

Udostępnij

Skomentuj

Skip to content