społeczność terapeutyczna„Wyobraźmy sobie placówkę, w której terapeuci, lekarze i pielęgniarki siadają na spotkaniach grupowych wraz z pacjentami, by omawiać kwestie ważne dla pojedynczych osób, grupy i oddziału. Pacjenci otrzymują różne zadania do realizacji, które pozwalają utrzymać ład w placówce i jej prawidłowe funkcjonowanie. Dzieje się to pod bacznym okiem grupy i personelu, którzy następnie udzielają informacji zwrotnych, przydzielają przywileje za zmiany oraz wymierzają konsekwencje za łamanie zasad i umów. Tak w skrócie i ogólnie można opisać społeczność terapeutyczną” – mówi Magdalena Pachciarek, psycholog i specjalistka psychoterapii uzależnień, z którą rozmawialiśmy na temat tej formy leczenia.

Redakcja: Skąd się wzięła idea społeczności terapeutycznej?

Magdalena Pachciarek: Jej początki sięgają odległych czasów i nie miały żadnego związku z leczeniem uzależnienia. Odnosiła się do efektywnego leczenia żołnierzy w czasie II wojny światowej, by jak najszybciej mogli wrócić na front. Okazało się, że poza sesjami terapii indywidualnej dużo dzieje się pomiędzy leczącymi się osobami, a także nimi a personelem. Omawianie tego stało się istotnym aspektem terapii. Tak rozpoczęła swą drogę terapia grupowa.

Terapia grupowa to jednak jeszcze nie społeczność terapeutyczna.

Ma Pani rację. Równocześnie wprowadzano elementy samopomocowe. Pacjenci będący w lepszym stanie fizycznym czy psychicznym pomagali tym, którzy byli w gorszej kondycji. Przejmowali również część obowiązków personelu niższego szczebla. Jednak ten styl okazał się mało skuteczny w leczeniu uzależnień, ponieważ zakładał demokratyczność podejmowania wszelkich decyzji.

Rzeczywiście, patrząc na choćby polskie losy społeczności terapeutycznej w leczeniu uzależnienia trudno uznać, że to struktura w pełni demokratyczna. Skąd zostało to zaczerpnięte?

W Stanach Zjednoczonych powstawały społeczności dla osób uzależnionych, które chciały zerwać z nałogiem. Miały hierarchiczną strukturę, której należało się podporządkować. Natomiast prawo do decydowania w sprawach społeczności było przywilejem uzyskiwanym w miarę postępów w terapii. Terapii, której podstawowym narzędziem była ostra konfrontacja oraz tzw. gry, czyli techniki korekcyjne. Ten opis może już kojarzyć się z ośrodkami najsłynniejszej polskiej organizacji pomagającej osobom uzależnionym, czyli MONARu. Społeczność terapeutyczna stosowana w leczeniu uzależnień łączy elementy demokratyczności – każdego zdanie, opinia, informacja zwrotna ma równoważne znaczenie, oraz hierarchiczności – to struktury liderskie, a decyzje podejmowane są przez wybranych członków społeczności.

Czyli historia Marka Kotańskiego, wyprowadzenia pacjentów uzależnionych z placówki psychiatrycznej i założenia pierwszego ośrodka leczenia uzależnień. Jak to wygląda obecnie?

Szczerze mówiąc z jednej strony zmieniło się wiele, z drugiej – nie aż tak bardzo. Znaczące zmiany wynikają z przepisów wprowadzonych przez Ustawodawcę, który obliguje osoby pracujące z osobami uzależnionymi do odbycia szeregu szkoleń oraz ograniczanie różnych form narzędzi korekcyjnych. Z drugiej strony zmianie nie ulega idea, czyli hierarchiczność struktury przy równoczesnym uznaniu prawa każdej jednostki do odnoszenia się do innych członków społeczności, niezależnie od ich pozycji i długości pobytu.

To, jak rozumiem, ważny element społeczności terapeutycznej.

Owszem, wnosi on poczucie współodpowiedzialności za proces leczenia. Współodpowiedzialności za dom, w którym się mieszka, to, co się w nim dzieje, co inni robią i jak funkcjonują. Każdy z członków społeczności staje się współodpowiedzialny za społeczność oraz odpowiedzialny za samego siebie, swój proces leczenia i zmiany.

Zastanawiam się, jak to funkcjonuje na co dzień?

W pewnym stopniu można by powiedzieć, że taki ośrodek funkcjonuje jak normalny dom. Z drugiej strony obowiązują w nim spisane, jasne, zasady, a wszystko wydaje się być pokazywane, jak w szkle powiększającym. Z jednej strony owa siła szkła powiększającego wynika z procesów grupowych i faktu, że w jednym domu mieszka ze sobą niejednokrotnie do 30 dorosłych osób. Z drugiej strony wynika to z koncentracji na wszelkich zachowaniach, zarówno tych konstruktywnych, jak i niekonstruktywnych, członków społeczności. Jeszcze inaczej odpowiadając, w takim ośrodku jest jasny plan dnia, który określa porę pobudki, posiłków, pracy, zajęć grupowych i pójścia spać. Poza tym każdy ma swoje obowiązki, tzn. ktoś odpowiada za pranie, ktoś za posiłki, sprząta dom (przestrzeń wspólną) danego dnia, podlewa kwiaty, kosi trawę itp.

Póki co brzmi to, jak opis życia w dużym domu…

Owszem i tak ma być. W społeczności terapeutycznej dla osób uzależnionych nie chodzi o wyedukowanie pacjentów na temat choroby uzależnienia, jej mechanizmów i tego, jak sobie radzić z głodami i nawrotami. To leczenie objawów. W społeczności terapeutycznej chodzi o wprowadzenie zmian w funkcjonowaniu danej osoby w relacjach z innymi, w stosunku do samego siebie i radzenia sobie z różnymi sytuacjami. A takowych w społecznościach nie brakuje J. Zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Ponadto członkowie społeczności odnoszą się do siebie nawzajem i komentują, co widzą korzystnego i niekorzystnego w ogóle, jak i w sytuacjach bieżących. W miarę upływu czasu i wprowadzanych zmian poszczególni członkowie społeczności otrzymują coraz to bardziej odpowiedzialne zadania, z których są rozliczani. Dzięki ich wykonywaniu uzyskują wiedzę na temat swoich słabych i mocnych stron. Poza tym długoterminowe wykonywanie danych zadań daje okazję do pracy nad sobą w różnych sferach.

Rozumiem, że taka społeczność ma odtwarzać życie w społeczeństwie, radości, smutki i konflikty. Skoro tak, to podejrzewam, że są jednak zachowania, które są niedopuszczalne?

Każdy ośrodek, trochę jak każdy dom, tworzy własne reguły funkcjonowania, takie wewnętrzne. Niemniej jednak pewne zasady są uniwersalne i ich złamanie najczęściej powoduje rozwiązanie umowy terapeutycznej, czyli wydalenie z ośrodka. Takimi zasadami jest zasada utrzymywania abstynencji alkoholowej i narkotykowej (włączając w to dopalacze i leki poza zaleceniami lekarza) oraz zakaz agresji fizycznej wobec członków społeczności i personelu. Poszczególne ośrodki, czyli społeczności, różnie podchodzą do istotnych kwestii jakimi jest agresja słowna, abstynencja seksualna oraz zakaz kradzieży.

Pracuje Pani w ośrodku leczenia uzależnień metodą społeczności terapeutycznej. Z jakiego powodu uważa Pani tę metodę za godną uwagi?

Po pierwsze, wierzę w siłę grupy jako czynnika skłaniającego do zmiany. Grupa wywiera presję do zmiany na każdego ze swoich członków. Tym samym zmienia siebie. To aspekt terapii grupowej. Po drugie, nie ma zbyt wielu takich sytuacji w życiu, kiedy funkcjonuje się w domu z innymi ludźmi od otwarcia oczu, mycia zębów, codziennych czynności, udziału w zajęciach edukacyjnych, czasie wolnym, kąpieli i zamknięciu oczu. I na każdym z tych etapów przebywa się z innymi ludźmi, którzy następnie mogą to skomentować – pokazując w ten sposób normę grupową, społeczną, relacyjną, indywidualną. A po trzecie, gdy w takie społeczności otrzymuje się obowiązki i zadania, to podlegają one okresowej weryfikacji.

Szczerze mówiąc, jak o tym słucham, to odczuwam paranoiczny lęk, że każdy wszędzie mnie obserwuje…

(śmiech) Doskonale rozumiem. Myślę jednak, że to doświadczenie, w którym uczestniczą przecież wszyscy członkowie społeczności. Równocześnie jest ono niesamowicie unikatowe, w którym można uzyskiwać informacje zwrotne na swój temat, od różnych osób, w różnych sytuacjach. Ponadto, dla wielu osób pochodzących z niekorzystnych środowisk pobyt w takim ośrodku staje się okazją do wykształcenia w sobie pozytywnego obrazu siebie oraz bezpiecznego miejsca dla siebie.

Dziękuję za rozmowę.

 

Magdalena Pachciarek – psycholog, specjalistka psychoterapii uzależnień, w trakcje szkolenia psychoterapeutycznego w Instytucje Analizy Grupowej „Rasztów”. Zawodowo związana z ośrodkiem stacjonarnym NZOZ „Cisowa” w Czarnym Lesie pod Grodziskiem Mazowieckim. Pracowała także w poradni, gdzie prowadziła m.in. grupę zapobiegania nawrotom.

Fot. Chang Duong, Unsplash.com

Skomentuj

Skip to content