Znaj ryzyko - kampania społeczna

alkoholiczkaDominika dobrze pamięta, kiedy po raz pierwszy, na ogromnym kacu, przyszło jej do głowy, że może mieć problem z alkoholem. Kac jednak minął, myśli również. Bo przecież pracuje, ma ludzi pod sobą, no i wcale nie pije więcej, niż inni. Wieczorem znów była na spotkaniu z klientem i znów wypiła. Dużo za dużo. Piła tak przez parę kolejnych lat. Czego dziś żałuje? Poznajcie historię 36-letniej Dominiki.

Dominika pochodzi z rodziny o wysokim statusie społecznym. Ojciec, na początku lat 90’, otworzył firmę, która nadal dobrze prosperuje. Matka Dominiki jest biologiem i była naukowo związana z jedną z uczelni wyższych. Wraz z sukcesem męża postanowiła jednak porzucić swoje ambicje na rzecz wychowywania córki.

Dominika jest jedynaczką. Z pozoru w rodzinie niczego nie brakowało, było ich stać na znacznie więcej, niż innych. „Może dziwnie to zabrzmi, ale miałam z tego powodu kompleksy, ponieważ postrzegano mnie jako dziewczynę z bogatego domu, która ma fiu bździu w głowie. Pamiętam, jak jedna z nauczycielek w 8. klasie dopiekła mi, że jak nie zdam do liceum to i tak nie muszę się martwić, bo tata wszystko za mnie załatwi…”.

Dominika nie czuła się komfortowo musząc dźwigać sukces swoich rodziców. Uczyła się całkiem nieźle, sama się nie wywyższała i chciała być taka, jak inne nastolatki w jej wieku. Miała jedną przyjaciółkę, która mieszkała w sąsiedztwie. Trzymały się razem. Razem też po raz pierwszy spróbowały alkoholu.

„To była 1. Klasa liceum. Z Kingą pojechałam na obóz do Włoch. Dla wielu naszych rówieśników to były pierwsze wyjazdy za granicę. Byłyśmy w grupie 14-17 latków. Już w autokarze chłopcy namawiali, żebyśmy kupili coś mocniejszego na drogę. Wtedy nie mieściło mi się to w głowie. Jednak już dwa dni po przyjeździe piłam z nimi wina i pamiętam, jak dobrze się wtedy poczułam. Naiwnie wydawałam się sobie dużo fajniejszą, ciekawszą, no i chłopcy bardziej się mną interesowali. Gdybym wtedy miała tę wiedzę, którą zyskałam w trakcie terapii, już wówczas powinno mi się zapalić, jeśli nie czerwone, to na pewno – żółte światło.” – wspomina Dominika.

Picie ryzykowne

Uczyła się w społecznym liceum, wśród dzieci raczej zamożnych rodziców. „W liceum napatrzyłam się na to, jak pieniądze szczęścia nie dają. Moi szkolni koledzy, i ja zresztą też, mieliśmy fajne ciuchy, pieniądze na wyjścia po lekcjach. W ostatnich klasach liceum niektórzy z nas podjeżdżali pod szkołę własnymi samochodami… Ale czy byliśmy szczęśliwi? Cóż, coś za coś. Każdy z nas miał swoje problemy. Brak rodziców, bo wiecznie zapracowani i zajęci „ważnymi” sprawami. Brak rozmów, wsparcia w tak trudnym, nastoletnim życiu. To się na nas na pewno odbijało. Musieliśmy sobie jakoś radzić sami. Więc myślę, że między innymi dlatego czas liceum to była jedna, wielka impreza”.

W klasie maturalnej Dominika piła już 2-3 razy w tygodniu. „Wtedy królowały domówki. Więc po szkole kupowałyśmy z koleżankami 2 butelki wina i chodziłyśmy do którejś pogadać, powygłupiać się, zwierzyć z problemów.” – opowiada dziewczyna.

Niedługo potem, z okazji zdanej matury i dostania się na studia, Dominika otrzymała od rodziców mieszkanie. „Taki prezent na start.” – jak mówili. Dziewczyna wyprowadziła się z domu rodzinnego i – choć ojciec wspomagał ją finansowo – dorabiała i zaczęła żyć „na własną rękę”. Imprezy z koleżankami przeniosły się do jej kawalerki. Na studiach zaczęły też chodzić na imprezy klubowe, do dyskotek. Tam Dominika nie piła wina. Zamawiała kolorowe drinki lub szoty tequili.

Na równi pochyłej

Chwilę po ukończenie studiów dziewczyna dostała pierwszą „poważną” pracę w dużej agencji marketingowej. Zaczynała od zera, ale korporacja oferowała dość szybką ścieżkę kariery. Miała dokładnie określoną drogę awansu. Czuła się wreszcie na swoim miejscu. Nieco przyhamowała z alkoholem i imprezami, a na pierwszy plan wysunęła swój rozwój w szeregach korporacji.

„Mając 29 lat zostałam już Account Directorem i miałam swój zespół. Czułam się jak ryba w wodzie. Przełożonym od początku naszej współpracy podobała się moja otwartość w kontaktach z klientami. Dlatego tak często chodziłam na różnego rodzaju spotkania biznesowe i kolacje z klientami. Lampki wina, szampana czy drinka nie dało się uniknąć. Do tego dochodziły imprezy integracje, a tam alkohol wprost się lał. Doszło do tego, że piłam w zasadzie codziennie. Może nie wielkie ilości, ale w pewnym momencie okazało się, że i bez tych „niewielkich” ciężko mi żyć.” – wyznaje Dominika.

Jak dziś mówi, dość szybko „wkręciła” się w alkohol. Po pracy, na „uspokojenie” i „dla relaksu po ciężkim dniu”, bo „przecież sobie zasłużyła”, otwierała butelkę czerwonego wina. Wypijała 2 kieliszki, kładła się spać i od rana znów była na spotkaniach z klientami. O ile na nich musiała „trzymać poziom”, o tyle na imprezach integracyjnych mogła poszaleć. „I szalałam. Wlewałam w siebie takie ilości alkoholu, że następnego dnia budziłam się z czarną dziurą w pamięci. Byłam w jednym, wielkim ciągu alkoholowym, a przerwanie picia wiązało się z koszmarnymi objawami. Jedyne co byłam w stanie wtedy zrobić, to kontakt z prywatnym lekarzem, który przyjeżdżał zrobić mi detoks poalkoholowy. Miałam wtedy 31 lat”.

Na dnie

Picie Dominiki nie uszło uwadze kolegów z pracy i jej przełożonym. Klientom zresztą też nie. Po jednej z takich kolacji Dominika została pilnie wezwana do szefa. „Okazało się, że wieczór wcześniej, pijana w sztok na spotkaniu biznesowym, byłam wulgarna i „dobierałam się” do kierownika marketingu firmy, którą obsługiwała nasza korporacja. Słysząc to z ust przełożonego byłam zażenowana moim zachowaniem i czułam wstyd. A on mimo wszystko był wyrozumiały. Zapytał, co się dzieje i czy mam problemy… Powiedziałam, że to się więcej nie powtórzy i że zadzwonię do klienta z przeprosinami. Jednak pierwszą myślą po wyjściu z jego gabinetu była ta, aby się znów napić.”

To dało jej do myślenia. Nie napiła się. Odstawiła alkohol. Na dwa tygodnie. „Tyle udało mi się wytrzymać, wmawiając sobie, że nie jestem alkoholiczką. Bo przecież miałam ochotę, ale się nie napiłam… Więc nie mam problemu. Działały we mnie wtedy wszystkie mechanizmy choroby alkoholowej”.

Rankiem, jeszcze pijana, zadzwoniła do przełożonego i wykorzystała urlop na żądanie. Kolejne dni w pracy były podobne. Na spotkaniach z klientami starała się „trzymać umiar” lub nie piła wcale. „Upijałam się w domu. Alkohol kupowałam w zasadzie codziennie, razem z bułkami i innymi produktami spożywczymi”. Weekendy spędzała w klubach, żeby nie czuć samotności. Poznawała przypadkowych mężczyzn, kilka razy skończyło to się przypadkowym seksem. Na trzeźwo czuła do siebie żal. Zapijała więc smutki – przede wszystkim tę samotność, bo kiedy stawiała na karierę wydawało jej się, że niczego innego ani nikogo w swoim życiu nie potrzebuje. Nagle jej życie wydało jej się puste, bezwartościowe.

W pracy również nie szło jej najlepiej, ale utrzymywała się na stanowisku. Gdyby nie ludzie z jej zespołu, którzy na swój sposób „chronili” ją przed upadnięciem na dno, picie Dominiki w pracy dawno wyszłoby na jaw.

„Pewnego dnia w windzie złapała mnie Iwona z mojego zespołu. Bardzo ciężko było jej zacząć tę rozmowę. Bo jak niby powiedzieć szefowi, że jest alkoholikiem? Powiedziała mi wtedy, że widzi, co się ze mną dzieje. Czuć ode mnie alkohol, jakby ze mnie parował. Jej ojciec był alkoholikiem. Był, bo już nie żyje. Zna tę chorobę od podszewki i jeśli sama coś z tym nie zrobię, będzie musiała porozmawiać z szefami. Bo to oni – mój zespół – odwalał za mnie całą pracę. Choć zostawiłam słowa Iwony bez komentarza, z jednej strony byłam wściekła – bo co ona niby mogła o mnie wiedzieć i jakim prawem pozwala sobie na takie komentarze? Z drugiej – było mi wstyd i  byłam zaskoczona, bo myślałam, że mojego picia „nie widać”.

Częste L4 i niewyjaśnione nieobecności w pracy w końcu kosztowały Dominikę zwolnienie. „Dając mi wypowiedzenie szef powiedział, że po skończonej terapii odwykowej będą na mnie czekać. Takiego wstydu chyba jeszcze nigdy nie czułam. Zresztą zwolnienie wydawało mi się czymś niewyobrażalnym, a jeśli nawet sobie wyobrażałam taką sytuację, to sądziłam, że będzie miało inny przebieg. A mój przełożony spojrzał na mnie ze zrozumieniem. Powiedział, że jestem świetną kobietą, świetnym pracownikiem i że mam całe życie przed sobą. Że uzależnienie od alkoholu to choroba jak każda inna, że można iść na terapię i po prostu nie pić. I dodał, żebym potraktowała to wypowiedzenie jak pomoc, a nie karę.”

Dominika wyszła z gabinetu w szoku. Z jednej strony była wściekła, z drugiej – wdzięczna. To co się działo w jej wnętrzu, w jej emocjach, było nie do zniesienia. Znów myślała tylko o tym, żeby się napić i nie czuć. A jednak – wzięła telefon do ręki, wpisała w Google’a „leczenie uzależnienia od alkoholu” i poszła prosto do najbliższej poradni.

Odrodzenie

Dziś Dominika nie pije od 3 lat. Choć na początku terapii „zaliczyła wpadkę” i nie poradziła sobie z nawrotem choroby, nie poddała się i wróciła na leczenie. „Na początku trudno było mi pojąć te wszystkie mechanizmy, które mną kierowały. Walczyłam z nimi, albo to one walczyły ze mną. Wszystko racjonalizowałam, usprawiedliwiałam swoje picie, bo przecież wszyscy wokół piją, jestem kobietą sukcesu, a nie „jakąś tam pijaczką”. Terapeutka poleciała mi mityngi AA. Poszłam na mityng dla kobiet i okazało się, że wiele kobiet, które tam poznałam, były dokładnie takie, jak ja. Dziś mogę powiedzieć, że dzięki terapii odrodziłam się na nowo. Myślałam, że siebie znam. A jednak odkryłam tyle rzeczy o sobie, że dokonałam wyboru, zmieniłam swoje życie i czuję się dobrze bez alkoholu”.

Dominika nadal ma dobry kontakt z poprzednim przełożonym. Mimo jego zachęt nie wróciła do pracy w korporacji. Pracuje nadal w branży, ale w ramach własnej, małej działalności. Ponad rok temu wzięła ślub. Obecnie jest w ciąży. Zmieniła priorytety i – choć nadal rozwija się zawodowo – dziś bardziej chciałaby się spełnić w życiowych rolach: żony i matki.

 

Imię bohaterki zostało zmienione.
Fot. Michael Discenza, Unsplash.com

Skomentuj

Skip to content