
Maria przez lata żyła wokół picia męża. Ukrywała, tłumaczyła, kontrolowała, błagała i groziła
odejściem. Była przekonana, że jeśli przestanie ratować, wszystko się rozsypie. Dopiero gdy jej
siedemnastoletnia córka powiedziała „ja chcę żyć”, Maria zobaczyła, jak bardzo sama zniknęła w
cudzym uzależnieniu.
„Wydawało mi się, że jeśli ja nie dopilnuję, to on zginie”
Maria bardzo długo była przekonana, że to ona trzyma ich rodzinę w całości. Że bez niej mąż
przepadnie, stoczy się, umrze. To przekonanie było fundamentem wszystkich jej działań.
Kontrolowała, ile wypił, obliczała, o której powinien wrócić, dzwoniła po knajpach, jeździła po
mieście, sprawdzając miejsca, w których mógł być. Kiedy znajdowała go pijanego, pomagała wstać,
myła, sprzątała, wietrzyła mieszkanie. Następnego dnia usprawiedliwiała jego nieobecność w pracy
chorobą albo złym samopoczuciem. Przed rodziną i znajomymi mówiła, że ma trudny okres, że jest
przemęczony. Sama coraz bardziej znikała. Jej życie kręciło się wokół jednego pytania: czy dziś wypije
i co ja wtedy zrobię. To nie była miłość w rozumieniu bliskości i partnerstwa, raczej nieustanny tryb
alarmowy. Maria wierzyła, że robi to z troski, że to jej obowiązek jako żony. Nie widziała, że bierze na
siebie odpowiedzialność, która nigdy nie powinna należeć do niej.
„Pomaganie było moją rolą i moim więzieniem”
Z czasem pomaganie stało się dla Marii jedyną znaną formą bycia w relacji. Błagała męża o zmianę,
stawiała ultimatum, które nigdy nie było realizowane. Szantażowała odejściem, pakowała walizki, a
potem je rozpakowywała. Każda próba kontroli kończyła się kolejnym rozczarowaniem, ale też
kolejną dawką nadziei: może tym razem zrozumiał, może tym razem się uda. Maria żyła w ciągłym
napięciu, ale nie potrafiła przestać. Pomaganie dawało jej poczucie sensu i sprawczości w świecie,
który wymykał się spod kontroli. Nie dopuszczała do siebie myśli, że jej działania wcale nie ratują
męża, tylko pozwalają uzależnieniu trwać. Izolowała się od ludzi, bo bała się, że ktoś zobaczy prawdę.
Każde zaproszenie, każda rozmowa była potencjalnym zagrożeniem. Wstyd był wszechobecny. Wstyd
przed innymi, ale też przed samą sobą.
„Nie zauważyłam, kiedy przestałam być matką”
Najbardziej bolesne jest dla Marii to, że w całym tym chaosie zniknęły potrzeby jej córki. Dziewczynka
dorastała w domu, w którym centrum uwagi był pijący ojciec. Maria była fizycznie obecna, ale
emocjonalnie nieosiągalna. Zawsze zmęczona, rozdrażniona, skoncentrowana na gaszeniu kolejnych
pożarów. Córka szybko nauczyła się, że lepiej nie dokładać problemów. Dużo czasu spędzała u babci,
z którą miała bliską, bezpieczną relację. Maria widziała, że córka oddala się, ale tłumaczyła to
wiekiem, buntem, dojrzewaniem. Nie dopuszczała do siebie myśli, że to ona — zajęta ratowaniem
męża — przestała być dostępna. Dziś mówi, że była jak ktoś, kto gasi pożar w jednym pokoju, nie
zauważając, że cały dom się dymi.
„Jej słowa były jak uderzenie obuchem”
Moment przełomowy przyszedł niespodziewanie. Siedemnastoletnia córka powiedziała spokojnie, że
wyprowadza się do babci. Że zostawia ich samych w tym „nienormalnym świecie”. Że jeśli matka chce
stracić życie na ratowanie ojca, to niech robi to sama. „Ja chcę żyć” — powiedziała. Te słowa rozbiły
Marię bardziej niż wszystkie awantury i obietnice męża. Córka nie krzyczała, nie szantażowała. Była
stanowcza i dojrzała w sposób, który przeraził Marię. Dziewczyna dotrzymała słowa. Wyprowadziła
się. Ograniczyła kontakt, choć go nie zerwała. Maria została w domu z mężem i ciszą, która była nie
do zniesienia. Po raz pierwszy zobaczyła, jak bardzo wszystko wymknęło się spod kontroli. I jak
wysoką cenę płaci jej dziecko.
„To była taka sama noc jak wiele innych. A jednak inna”
Kilka tygodni później Maria wróciła do domu i zobaczyła męża leżącego na podłodze w salonie. Smród
alkoholu, niedopałki papierosów, brudne naczynia. Taka sama scena, jak setki wcześniejszych. A
jednak tym razem coś się nie uruchomiło. Nie było biegania, sprzątania, tłumaczenia. Maria stanęła i
poczuła, że nie ma już w sobie siły ani zgody na dalsze trwanie w tym koszmarze. Spakowała swoje
rzeczy. Zadzwoniła do matki. Pojechała tam, gdzie była jej córka. Po raz pierwszy wybrała siebie i
swoje dziecko, a nie uzależnienie męża.
„Psycholog nazwał to, czego ja nie potrafiłam nazwać”
Pierwsze spotkanie z psychologiem było dla Marii szokiem. Usłyszała słowo „współuzależnienie” i
poczuła opór. Przecież to mąż pił, nie ona. Przecież ona pomagała. Dopiero z czasem zaczęła
rozumieć, że jej życie było całkowicie podporządkowane uzależnieniu drugiej osoby. Psycholog zalecił
terapię dla osób współuzależnionych. Początki były bardzo trudne. Maria musiała skonfrontować się z
własnymi wzorcami działania, z iluzją kontroli, z przekonaniem, że jej wartość zależy od tego, czy
uratuje innych. To bolało. Burzyło obraz siebie jako tej „dobrej” i „silnej”. Ale było konieczne.
„Terapia rozebrała mnie z mechanizmów, które brałam za miłość”
W trakcie terapii Maria zaczęła odkrywać, jak bardzo jej działania szkodziły — nie tylko jej samej, ale
też mężowi i córce. Zrozumiała, że pomaganie było sposobem realizowania własnych potrzeb: bycia
potrzebną, ważną, niezastąpioną. Kontrola dawała jej poczucie sensu i bezpieczeństwa. Terapia
uczyła ją odpuszczania, stawiania granic, oddzielania odpowiedzialności. To był proces powolny i
bolesny. Maria burzyła mur, który przez lata oddzielał ją od zdrowych zachowań. Uczyła się, że ma
prawo do spokoju, do własnego życia, do wyborów niezależnych od uzależnienia męża. Że miłość nie
polega na ratowaniu za wszelką cenę.
„Dziś mieszkamy u mojej mamy. Jest spokojnie”
Maria jest w terapii od roku. Wystąpiła o rozwód. Na razie mieszka z córką w domu swojej matki.
Warunki są skromne, ale panuje spokój, którego nie było od lat. Relacja z córką powoli się
odbudowuje. Są sobie bliższe niż kiedykolwiek, choć Maria wie, że zaufanie to proces. Uczy się być
matką obecną, a nie wiecznie zajętą cudzym problemem. Nie wie, co dalej zrobi jej mąż. I po raz
pierwszy rozumie, że to nie jest jej odpowiedzialność. Terapia nie dała jej gotowych odpowiedzi, ale
dała coś ważniejszego — prawo do własnego życia. Maria mówi, że obudziła się jak z koszmaru. I że
nie chce już nigdy do niego wrócić.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz