Współuzależnienie od alkoholuNie ma możliwości ratowania osoby uzależnionej, jeśli w pierwszej kolejności człowiek nie zadba o samego siebie. Pojawia się zatem pytanie: jak to zrobić? Jak zatroszczyć się o swój komfort żyjąc u boku alkoholika? Czy taki związek ma szanse przetrwać? O tym w rozmowie z psychoterapeutą Robertem Rutkowskim.

Redakcja: Obiecujemy sobie, że pozostaniemy przy drugiej osobie „w zdrowiu i w chorobie”. Czy wypada więc zostawić partnera uzależnionego od alkoholu?

Robert Rutkowski: Tutaj nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Ale prawdą jest, że czasem to jedyny środek motywujący. W przypadku niektórych pacjentów, którzy nie bardzo czują potrzebę zmiany, bywa to jedynym rozwiązaniem. Mam na myśli osoby, dla których dotychczasowe straty nie były zbyt dotkliwe, a mówimy tu czasem o utracie pracy, rozbiciu samochodu, odwróceniu się znajomych, zdemolowaniu domu… A mimo to przy nich dalej pozostaje partnerka/partner. Może dojść do sytuacji, w której jedynym rozwiązaniem jest ratowanie siebie, czyli przerzucenie uważności z partnera na siebie. Wtedy faktycznie może się okazać, że odejście jest jedynym krokiem, który może przynieść efekty.

Odejście to ratowanie siebie, czy osoby uzależnionej?

R.R.: I to, i to. Nie ma możliwości ratowania osoby uzależnionej, jeżeli człowiek nie zadba o siebie. Dlaczego? Bo nie można ratować kogoś kosztem siebie. Osoby uzależnione to mistrzowie kłamstwa. Jeśli więc zobaczą słabość osoby bliskiej/wspierającej, to tę słabość wykorzystają do jej zguby, ale też swojej własnej. Nie ma absolutnie żadnej fizycznej możliwości, aby osoba, która chce pomóc, faktycznie pomogła osobie, która tego wymaga, przez tłumaczenie jej. Bliskim się wydaje, że jak coś wytłumaczą, to chory przestanie pić. Rodziny bardzo często to robią – odwołują się do przeszłości, wywołują poczucie winy. Chcą niby spowodować refleksję, ale to tak nie działa. Zresztą jaka refleksja może być wywołana u osoby, która ma uszkodzony obszar mózgu? Jednym z głównych czynników, które kuleją u osób uzależnionych, jest empatia i zdolność do refleksji. Refleksja u nich w ogóle nie może wystąpić, bo ich mózg źle działa. Dlatego też podstawowym błędem osób zaangażowanych w pomoc osobie uzależnionej jest tłumaczenie. Granie na poczuciu winy jest więc antyskuteczne, a wręcz wywołuje efekt odwrotny od zamierzonego.

Co więc robić? Grozić odejściem?

R.R.: Nie wolno robić tego na początku. Najpierw skupiamy się na sobie. Mądrzy ludzie mówią, że trzeba najpierw być zmianą, którą chcemy dostrzec we wszechświecie. A więc wpływ na partnera powinniśmy rozpocząć od tego, że skupiamy się na sobie. Oczywiście jest etap proszenia, gdy staramy się wzbudzać refleksyjność, tłumaczyć, i są to tzw. bodźce pozytywne. Przyjmuję postawę afirmacyjną, czyli zapisuję się na lekcje tańca, języki itd. Zapraszam partnera do tych aktywności i próbuję zrobić porządek w naszym życiu.

To jednak na ogół nie przynosi efektów…

R.R.: Dokładnie. Bo partner woli pić. Wtedy więc przechodzimy do motywowania bodźcami negatywnymi. Robimy krok w bok i oddalamy się od partnera. Przestajemy dostarczać oksytocynę. Niby nie zostawiamy go, ale jednak się oddalamy. Wysyłamy sygnał, że jesteśmy daleko. Tutaj kluczowa jest jedna kwestia – osoby uzależnione nie dokonują zmian w swoim życiu dzięki wiedzy. Oczywiście wiedza jest niezbędna w procesie terapii i nazywa się psychoedukacją, ale ona nie wystarczy, aby mieć świadomość strat i wpływu uzależnienia na życie. Wiedza, choć konieczna, nie wystarczy bez pobudzenia emocji. Jeśli ich nie będzie, nie znajdzie się wystarczający motywator do wprowadzenia zmian. Oznacza to, że na tym ostatecznym etapie emocje muszą być negatywne. To jest to przysłowiowe „dno”. Ta strata jest dnem, ale pamiętajmy, że każdy ma je na innym poziomie.

Ale to bardzo trudne…

R.R.: Coś musimy jeszcze wyjaśnić. Nie każdy partner jest współuzależniony – to pewien zbiór zachowań czy cech, które taką osobę mogą zakwalifikować jako współuzależnioną. Ale są partnerzy, którzy świetnie sobie radzą.

Po czym więc poznać, że jesteśmy współuzależnieni?

R.R.: Po tym, że cierpi nasze życie – rodzinne, zawodowe, społeczne. Jeżeli nasze aktywności życiowe przystosowują się do nałogu partnera, jesteśmy współuzależnieni. Nie wspominając oczywiście o takich problemach, jak stany lękowe, bezsenność.

Kiedy przychodzi moment, gdy – po tych wszystkich próbach – mogę powiedzieć „zrobiłam wszystko, nie daję rady, odchodzę” i nie mieć wyrzutów sumienia?

R.R.: Nikt na to pytanie nie odpowie. Nikt tego nie wie, poza tobą samą. To jest zawsze analizowanie strat, plusów, minusów. Nigdy nie będziesz mieć gwarancji, że gdy zostawisz partnera, w nim obudzi się refleksja. Natomiast bywa, że trwanie w takim związku jest utrwalaniem takiego stanu rzeczy.

Czego musimy być świadomi, decydując się na pozostanie w związku w osobą, która nie chce się leczyć?

R.R.: Że utrwalamy jego upadek. I swój również. Jeżeli więc nie potrafimy podjąć żadnej decyzji, powinniśmy podjąć leczenie i udać się po pomoc psychologiczną.

Jeśli jesteśmy rodzicami – jak postępować z dzieckiem, jak z nim rozmawiać?

R.R.: Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz – rozmawiać. Dziecko musi wiedzieć, co się dzieje.

Mówić, że rodzic pije?

R.R.: Tak, że jest chory. Dziecko musi wiedzieć, co się dzieje, ponieważ wyczuwa lęk. Gdy rodzice się rozstają, dziecko nie rozumie sytuacji, ale widzi destrukcyjne skutki pewnych wydarzeń. I w takich sytuacjach dzieci biorą wszystko na siebie. To nam może się wydawać absurdalne, wręcz irracjonalne, ale dzieci tak funkcjonują i odbierają rzeczywistość. Moim zdaniem dziecko ma obowiązek wiedzieć, że któryś z rodziców jest chory i to rozstanie jest formą terapii, leczenia.

Często słychać głosy, że warto się starać właśnie dla dziecka. To twierdzenie moim zdaniem dość zgubne…

R.R.: Powiedzmy sobie jasno – nieszczęśliwi rodzice nie są w stanie wychować szczęśliwych dzieci. Mówiąc „za wszelką cenę” zakładamy, że sama obecność fizyczna rodzica gwarantuje prawidłowość procesu wychowawczego, co jest bzdurą. Dlatego, że nieobecność rodzica nie musi być spowodowana alkoholem, ale np. nadmiarem pracy i wówczas jest równie negatywna. Co z tego, że ktoś fizycznie jest w domu, skoro tak naprawdę jest nieobecny psychicznie? Dzieci to wyczuwają. I jeszcze jedna kwestia: jeżeli my nie reagujemy i nie wyciągamy żadnych konsekwencji, to trwamy w takim związku, który utrwala istniejący stan rzeczy.

Jeśli jednak zdecydujemy się być razem i oboje podejmiemy terapię i pracę nad sobą – czy mamy szansę na „normalne” życie?

R.R.: Oczywiście, że tak. Ale ten cały proces nie jest łatwy. Jeżeli podczas terapii rodzinnej specjalista zlokalizuje problem uzależnienia, wysyła osobę uzależnioną na odrębną terapię. Nie da się leczyć relacji rodzinnych, gdy jeden z jej członków ma znaczne problemy. Oczywiście można w tym samym czasie chodzić na inne, indywidualne terapie, jeśli tego potrzebujemy, ale często dopiero po jakimś czasie można podjąć terapię rodzinną czy terapię par. Ludzie po przejściu takich terapii też się przecież zmieniają – wychodzą stare żale, zaczynamy lepiej rozumieć siebie, swoje potrzeby czy deficyty.

Dziękuję za rozmowę.

Robert Rutkowski: pedagog, psychoterapeuta, specjalista terapii uzależnień, trener umiejętności psychologicznych, autor książek: „Oswoić narkomana”, „Pułapki przyjemności”. Prowadzi szkolenia i warsztaty z profilaktyki uzależnień, pracy w kryzysie, zarządzania sobą, podwyższania skuteczności działania.

 

Udostępnij

Napisz komentarz