Znaj ryzyko - kampania społeczna

historia JankaMa 35 lat i twierdzi, że takich historii, jak jego, zapewne usłyszano i opowiedziano już wiele. Co zatem go wyróżnia? Fakt, że gdy stał nad samą przepaścią, po prostu zawrócił. Nie wychodził z uzależnienia, bo opamiętał się na czas.

Bardzo często Janek, opowiadając swoją historię, twierdzi, że to wszystko już było – powiedziane, napisane, przepracowane. Choć z początku bagatelizuje swoje dokonania, im dłużej mówi, tym bardziej docenia siebie. Fakt, że nie przekroczył granicy uzależnienia. Że nie stracił domu, rodziny i pracy, choć był na „dobrej” drodze.

Dom rodzinny

Janek pochodzi z Podkarpacia. Przyznaje, że kiedyś nie doceniał rodzinnych stron. Teraz, kiedy jest dorosły i ma rodzinę, chętnie wraca w znane mu z młodości okolice. Zwolnił i nauczył się doceniać to, co dają mu wypady na łono natury. Mówi, że w ten sposób wraca do beztroskich czasów dzieciństwa.

– Moje dzieciństwo było bardzo spokojne. Wręcz wolne. Małe miasto, niewiele się działo. Rodzice pracowali dużo, ale nigdy nie kosztem nas. A mieli ręce pełne roboty, bo pod opieką czterech synów. Ja jestem najmłodszy i chyba najmocniej przeżyłem śmierć taty. Miałem niecałe 14 lat, moi bracia byli starsi, lepiej to ułożyli. Ja nie chciałem odstawać, uważałem, że muszę być twardy, dać wsparcie mamie. Nikt z nas chyba nie pozwolił sobie wtedy na okazanie prawdziwych uczuć. Teraz widzę, jak duży to był błąd i jak spore piętno te wydarzenia odcisnęły na mnie. Wypadek i odejście taty  były szokiem, były trudne. Ale jeszcze trudniejsze było zmierzenie się tak wcześnie z dorosłością. – opowiada.

Choć od Janka nie oczekiwano usamodzielnienia się, przyznaje, że czuł „jakąś” presję, której nie umiał nazwać. Bracia poszli do pracy, on – jako jedyny – pozostał na utrzymaniu mamy. I choć nigdy nie usłyszał wprost, że coś powinien, musi, albo że się od niego oczekuje, widząc zmęczoną i smutną mamę nie potrafił funkcjonować tak, jak przed stratą taty.

– Wtedy było dla mnie naturalne, że wyjadę z domu rodzinnego po skończeniu szkoły. Czułem, że nie studia są moim priorytetem, a praca. Jakiś wewnętrzny głos mówił mi, że muszę tak postąpić. Nie była to zła dla mnie decyzja, choć z perspektywy czasu myślę, że wzajemnie emocjonalnie o siebie nie zadbaliśmy jako rodzina. Ani po bratersku, ani o mamę. – przyznaje Janek.

Wyjazd z Podkarpacia

Janek przeniósł się do Krakowa. W ten sposób pozostał blisko domu, ale usamodzielnił się. Imał się różnych dorywczych prac, głównie fizycznych. Udało mu się jednak łączyć to z zajęciami na studiach zaocznych.

– Nie nazwałbym siebie artystą, choć grafika komputerowa to rzeczywiście wdzięczny obszar dający możliwość wyrażenia siebie. Zaczynałem robiąc reklamy, proste grafiki, plakaty na imprezy okolicznościowe. To wszystko było dla mnie nowe, świeże, ekscytowało mnie. I cieszyłem się, że uczę się, jednocześnie zarabiam pieniądze i jestem w stanie studiować.

To właśnie w okresie studenckim Janek poznał Beatę, z którą tworzą obecnie szczęśliwe małżeństwo. Początki ich relacji były dość burzliwe.

– Dziś wspominam początek mojego związku z Becią z ogromnym uśmiechem i wzruszeniem. Wtedy działała mi na nerwy. Była zleceniodawcą i odbiorcą moich projektów. Czasami złośliwa, kąśliwa, niezwykle błyskotliwa. Miała w sobie coś elektryzującego, tajemniczego. Strasznie dużo wody upłynęło w wielu rzekach, nim zgodziła się napić ze mną kawy.

Ona – pełna energii, szalona, spontaniczna. On – przesadnie odpowiedzialny, niepewny i wycofany. Udało im się dotrzeć i założyć rodzinę. Kiedy przyszedł na świat ich syn, zaczęły się „schody”.

Trudności rodzinne

– Kiedy urodził się Maciuś, każde z nas „rozhuśtało” się w swoich cechach. Dla Beaty to był wiatr w żagle. Doskonale odnalazła się w roli matki. Szybko przystosowała się do nowej sytuacji i starała żyć pełnią życia, celebrując każdy moment. Do mnie wróciły najstraszniejsze momenty. Z jednej strony czułem, że ona robi to dobrze i warto podążać jej śladami. Z drugiej, obudziły się we mnie najgorsze lęki – że coś może mi się stać i nie mogę zostawić rodziny bez odpowiedniego zabezpieczenia. Zacząłem więc pracować bez wytchnienia, brać więcej projektów. Wtedy odkryłem, że alkohol daje mi ulgę, pozwala odpocząć, odsunąć te najgorsze myśli.

Janek pił wieczorami, po pracy. Jak sam mówi – na spokojnie i bez szaleństw. Ale przyszedł moment, w którym codziennie znajdował okazję do picia. Wolny wieczór z żoną, nowy film, który chcieli wspólnie obejrzeć, smaczna kolacja, samotne czytanie książki. Stało się dla niego ważne, aby się napić. To rozluźnienie pozwalało mu spokojnie zasnąć i odpocząć…

– Nigdy nie było w naszym domu kłótni, awantur, sprzeczek. Dużo rozmawialiśmy, byliśmy uczciwi. Pewnego wieczoru Becia po prostu powiedziała mi, że się martwi. Że widzi, jak często sięgam po alkohol i ile go wypijam. Było w tym dużo miłości, czułości, ale przede wszystkim stanowczości. Choć nie czułem groźby ani szantażu, wiedziałem, że Becia będzie konsekwentna. Powiedziała mi, że odejdzie, jeśli nic nie zrobię ze swoim piciem.

Choć Janek przyznaje, że nie miał problemu, by odstawić alkohol, czuł, że to za mało.

– Nie piłem, ale nie wszystko był ok. Czułem swego rodzaju pustkę, trudność w odsunięciu od siebie pewnych myśli. Nie radziłem sobie z nimi sam. Mam najwspanialszą żonę na świecie, która jest dla mnie ogromnym wsparciem i daje mi siłę, ale przyszedł moment, w którym poczułem, że ją obciążam. Że to w ogóle nie na tym polegać powinno partnerstwo. Że ze swoim bagażem mogę w pewnym momencie nie mieć siły być dla niej wsparciem.

Janek zdecydował się na spotkanie z terapeutą. Przyznaje, że idąc na nie, czuł się zagubiony. Wiedział, że zacznie swoją opowieść od zmierzającego w złą stronę picia, ale miał poczucie, że to wierzchołek góry lodowej.

– Uważam, że terapia nie zaszkodziłaby żadnemu dorosłemu człowiekowi. Przepracowywanie i rozgrzebywanie starych problemów jest trudne, ale myślę, że gdybym nie podjął takiego leczenia, uzależniłbym się od alkoholu. W tę stronę zresztą wszystko to zmierzało. Jestem wdzięczny Beci za ten wyraźny sygnał.

Początkowo Janek zgłosił się do terapeuty leczenia uzależnień, by porozmawiać z nim o programie ograniczania picia. Dość szybko jednak okazało się, że to nie jest do końca droga dla niego. Że ograniczenie czy też odstawienie alkoholu jest problemem wtórnym.

– Mam wrażenie, że mam w życiu szczęście do ludzi. Zawstydzony, skulony i niepewny zgłosiłem się mówiąc szeptem, że coś jest nie tak z moim piciem. Zostałem zaopiekowany. Pokierowany. Pokazano mi, jak radzić sobie z tym, z czym sobie nie radzę i otrzymałem pomoc na każdym etapie rozgrzebywania starych ran. Nie poradziłbym sobie sam.

Janek na każdym etapie opowieści podkreśla także rolę jego żony, Beaty, w tym procesie.

– Becia mnie uratowała. Otworzyła mi oczy, zanim zrobiło się za późno. Pokazała mi kierunek w którym nieświadomie zmierzałem. A potem trzymała mnie cały czas za rękę. Zawłaszcza na początku terapii, kiedy tych emocji związanych ze zdobywaniem świadomości było dużo. Teraz czuję się silniejszy. Czuję, że ten kryzys, którego o włos uniknęliśmy, zbliżył nas do siebie. Mam też siłę być dla niej oparciem, być partnerem.

Janek i Beata spodziewają się narodzin drugiego syna.

– Od jakiegoś czasu nie piję w ogóle. Nie mam zupełnie potrzeby sięgania po alkohol. Na imprezach odmawiam z uśmiechem. Czuję się lekki, jak nigdy dotąd. Może to właśnie jest szczęście?

Fot. Robert Mathews, Unsplash.com

Skomentuj

Skip to content