Marlena ma 26 lat i pochodzi z niedużej podwarszawskiej miejscowości. Jak wszyscy jej rówieśnicy wiedziała, że kiedyś zamieszka w Warszawie. Godzina drogi pociągiem wystarczała, by znaleźć się w innym świecie. Nie przypuszczała jednak, że ten „wielki świat” okaże się jej małym więzieniem i będzie go poznawać z butelką w ręku…

– Jako nastolatka zaczęłam jeździć do Warszawy do kina i do teatru. Przez to stolica była dla mnie miastem sztuki. Bardzo mi to imponowało i bardzo chciałam tu żyć – opowiada. Nie spodziewała się jednak, że fascynacja wielkim światem będzie suto zakrapiana alkoholem.

– Na tle moich rówieśników pierwszy raz upiłam się dość późno, bo dopiero w liceum. Alkohol nie zrobił na mnie dużego wrażenia. Byłam „nudziarą”, czyli dziewczyną z biblioteki. Gdy przeprowadziłam się do Warszawy zaczęłam pić więcej, co z jednej strony sprawiało mi jakąś tam przyjemność, z drugiej – sprawiało kłopoty na studiach – tłumaczy Marlena.

Alkohol? Zawsze i wszędzie
– Warszawa była dla mnie azylem wolności. Kiedy się tu przeprowadziłam, poczułam, że uciekłam. Nie tylko od mojego nudnego, biednego miasteczka, ale głównie od mamy, która od zawsze była wobec mnie bardzo krytyczna. Każda moja decyzja była zła, a pomysł – z góry skazany na porażkę. Nawet teraz ona nie musi nic mówić, żebym widziała, jak bardzo jest mną rozczarowana – wyznaje Marlena.

Wolność i nowe otoczenie spowodowały, że Marlena psychicznie odżyła. – Czułam, że mogę żyć po swojemu i że mogę popełniać błędy, z których rozliczę się sama, a ona się o nich nawet nie dowie. Na uczelni poznałam świetnych ludzi i mojego chłopaka, z którym potem byłam przez 5 lat. Wszyscy mnie akceptowali, byli dla mnie dobrzy. To powodowało, że w końcu czułam się w pełni sobą.

Zapytana o alkohol Marlena bez zastanowienia odpowiada, że był zawsze. – Po prostu, zawsze i wszędzie. Jak się uczyliśmy wielką zgrają, piliśmy piwo. Jak wieczorami snułam się z kumpelą, z chłopakiem albo sama, coś zawsze piliśmy. Jakieś „małpki” w kieszeniach albo wino. O imprezach nie wspomnę. W moim odczuciu alkohol to jest nieodłączna część studenckiego życia. Nikt z naszych rówieśników nie odstawał od naszych „standardów”. Od początku studiów pracowałam w różnych miejscach, m.in. byłam kelnerką. Poznawałam masę ludzi i wszyscy, naprawdę, wszyscy piją i ma to formę jednej wielkiej super imprezy. Na tym polega zabawa w dorosłość, jak się ma 20 lat. Do pewnego momentu jest to nieszkodliwe.

Dla Marleny i jej chłopaka było normą, że w każdy weekend wracają z imprezy niemal na czworakach. Było oczywistością, że na każdy wieczór we dwoje kupują dwie butelki wina, że przed wyjściem do kina „robią” po drinku, i tak dalej. Tak samo wyglądały spotkania z koleżankami. – Skutki picia odczuwałam na początku tylko w portfelu, przez bardzo długi czas nie łączyłam swojego stylu picia z innymi kłopotami. Np. z tym że ja i mój chłopak często się kłóciliśmy i to od razu na śmierć i życie. „To taki związek”, tak o tym myślałam – opowiada Marlena.

Po hucznych imprezach Marlenie często „urywał się film”, a z czasem każda okazja do picia szybko zamieniała się w niekończący się maraton. – Po alkoholu jestem duszą towarzystwa, mam bardzo mocną głowę. Robiłam rzeczy szalone i strasznie głupie, na które nigdy nie byłoby mnie stać na trzeźwo. Miałam masę przygód, które kiedyś wydawały mi się zabawne, a dziś oceniam je jako żałosne lub przerażające. Nie zliczę, ile razy wsiadałam z nieznajomym do taksówki. Nie wiem jak to możliwe, że nigdy nic mi się nie stało – podsumowuje.

Szara rzeczywistość
Kilka lat spędzonych na imprezach odbiło się na zdrowiu fizycznym Marleny. – Mam problemy z odżywianiem. Zaczęło się od tego, że bardzo przytyłam od dużej ilości alkoholu i fast foodów, które zjadałam podczas imprez. Z czasem nie potrafiłam odżywiać się inaczej. Albo mnie ciągle mdliło, albo coś bolało… „Normalnym” posiłkiem nie byłam w stanie się nasycić, by wieczorem nie poprawić go kebabem. Próbowałam wielu diet, głodówek, ale czułam ulgę przez chwilę. W tym czasie oczywiście piłam, choć tego nawet nie zauważałam, bo kto by liczył jedno piwo wieczorem – mówi Marlena.

O alkohol w jej diecie nie zapytał żaden lekarz. Marlena, obserwując swoje nawyki żywieniowe, sama połączyła swoje kłopoty z piciem. – Bywało tak, że fizycznie bardzo źle się czułam po jednym kieliszku wina. W tym okresie picie nie sprawiało mi już takiej radości.

Ponadto zaczęły się kłopoty finansowe i w jej miejscu pracy. Marlena kilka razy poważnie zawiodła zaufanie szefa. – Kilka razy po prostu nie przyszłam do pracy, bo nie byłam w stanie kontrolować się podczas imprezy dzień wcześniej. Samą mnie to zaskoczyło, zażenowało i było mi wstyd – wyznaje Marlena.

W tym samym czasie mniej beztroska niż dotąd codzienność zaczęła doskwierać związkowi Marleny. – Skończyło się stypendium i dofinansowania od rodziców, bo oboje byliśmy już na etapie obrony prac magisterskich. Trzeba było się uczyć i do tego pracować. Zrobiło się poważnie, a między nami – potwornie nudno. Ja często piłam sama w domu, kiedy się uczyłam. Zaczęłam też miewać depresyjne nastroje, które byłam w stanie pokonać tylko kieliszkiem wina albo drinkiem.

Marlena o swoich problemach zawsze szczerze opowiadała przyjaciołom. – Kiedy opowiadałam o swoich kłótniach z chłopakiem, o swoich problemach, a potem o kolejnej wystrzałowej imprezie, coraz częściej słyszałam: „a nie pomyślałaś, że może masz kłopot z alkoholem?”. Powiedziało tak kilka naprawdę mądrych i zaufanych osób. Ta ich sugestia była jakby wyartykułowaniem tego, co czułam w głębi duszy, ale nie do końca chciałam się przyznać sama przed sobą – mówi Marlena.

Wyjść na prostą
Trudny czas w życiu Marleny osiągał swoje apogeum. – Życie w tej formie stało się nie do wytrzymania. Mając świadomość, że alkohol to dla mnie więcej niż używka, zaczęłam go sobie odmawiać, dawkować. Czułam, że trochę mi go brakuje, ale nie to było najgorsze. Najtrudniejszy był mój związek. Czułam, że jestem w nim samotna, przestaliśmy się dogadywać. Albo nie rozmawialiśmy, albo były awantury. Imprezy przynosiły więcej kaca moralnego niż przyjemności. Ta wersja mojego życia się jakby skończyła, wyczerpała. Potrzebowałam radykalnych zmian.

Wówczas Marlena podjęła ostateczną decyzję o rozstaniu. – Poszłam do psychologa, który pomógł mi przejść przez to rozstanie. Od razu też zapytał mnie o alkohol i powiedział, że piłam ryzykownie. Odkryłam, że kiepsko o siebie dbam, ale drobne zmiany wystarczyły, bym poczuła się o wiele lepiej. Zaczęłam wcześniej wstawać w weekendy, chodzić na spacery. Mój stosunek do alkoholu stał się dojrzalszy, zaczęło mnie razić, że moi znajomi wciąż piją tak samo, jak kiedyś. Żenowało mnie i rozczarowywało, że przyjeżdżałam do mojej przyjaciółki na weekend, szłyśmy na imprezę i ja potrafiłam pić bez konsekwencji, a ona się upadlała.

Niedawno Marlena poznała nowego chłopaka, z którym dobrze jej się układa. – Nasza relacja jest inna. Nie muszę przy nim niczego udawać, czuję się w pełni akceptowana. Dużo rozmawiamy, lubię naszą zwykłą codzienność. Nie potrzebuję pić, by się lepiej poczuć. Pijemy zwyczajnie – czasem, kiedy gdzieś wychodzimy. Moje picie ze znajomymi też się zmieniło – nie wychodzę już z tymi, którzy nie potrafią wyhamować, na szczęście innych dobrych znajomych mam wielu. Z perspektywy czasu stwierdzam, że miałam bardzo dużo szczęścia.

Udostępnij

Skomentuj