Znaj ryzyko - kampania społeczna

Puste butelki po alkoholu a w tle mężczyzna w garniturzeMarek pracuje w jednej z największych światowych korporacji prawniczych na wysokim stanowisku. Zarabia godnie, nie ma obciążeń w postaci kredytów czy alimentów. Opowiadając o swoich relacjach z żoną mówi, że jak w każdym małżeństwie bywa różnie, ale nie wyobrażają sobie życia bez siebie. Wspólnie wychowali dwie córki, które już są na studiach. Rysa na idealnym obrazku? Marek jest uzależniony od alkoholu.

Na co dzień chodzi w garniturach, jeździ sportowym samochodem i pysznie jada podczas służbowych spotkań czy wyjazdów w delegacje.

– Kiedy patrzysz na mnie to na pewno jestem stereotypowym zaprzeczeniem alkoholika – tego śpiącego gdzieś na ulicy, nieprzyjemnie pachnącego w komunikacji miejskiej czy próbującego pod sklepem wyłudzić kilka groszy na piwo. Mam świadomość swojego wyglądu, tego, że praca zobowiązuje mnie do odpowiedniego stroju i dbania o wizerunek. Zresztą to dla mnie również ważne. Na czym więc polega moje picie? Od razu ci opowiem. Nie wypijam codziennie wieczorem kieliszka koniaku na lepszy sen czy tej słynnej lampki wina na krążenie. Przeciwnie. Na co dzień nie piję w ogóle. Ani na imprezach rodzinnych, gdzie zwykle deklaruję bycie kierowcą, ani podczas biznesowych lunchy. Zupełnie tego nie potrzebuję – nie ciągnie mnie do alkoholu i nie mam problemu z tym, że inni piją w moim towarzystwie. Jednak emocje – te rodzinne, zawodowe i towarzyskie kumulują się we mnie. I nagle zapełniam się nimi cały – opowiada Marek.

Jak tłumaczy – nie udało mu się jeszcze nauczyć, jak rozładowywać emocje na bieżąco, jak sobie z nimi radzić. To dla niego kluczowe w terapii, którą niedawno rozpoczął.

– Do pewnego momentu jest ok, a potem czuję, że pękam, nie potrafię sobie z niczym poradzić. Wtedy sięgam po alkohol i już po pierwszym łyku wiem, że nie spocznę, póki nie padnę. Nie jest mi potrzebne towarzystwo, nie jest to żadna forma użalania się nad sobą. Raczej uciszania tego, co w głowie się kotłuje. Moja najwspanialsza na świecie żona jest wtedy przy mnie. Zazwyczaj bez słów. Bo nie ma wtedy przestrzeni na rozmowę. Czasem zaś zaszywam się sam w jakiejś leśnej głuszy i piję ile dam radę. A potem wracam do codzienności.

50-te urodziny były dla Marka swego rodzaju impulsem do rozpoczęcia terapii. Jak sam podkreśla, świadomość tego, co się dzieje, ma od lat, nauczył się już planować „odjazdy”, nigdy nie zaniedbując życia zawodowego.

– Owszem, zawodowego nie, ale prywatne już tak. Kiedy cyferka z przodu zmieniła się na „5” uświadomiłem sobie, że wchodzę w drugą połowę swojego życia. I że są momenty z pierwszej połowy, których nie pamiętam. Zazwyczaj te związane z życiem moich córek. Byłem raczej w ich życiu nieobecnym ojcem, typem pracoholika. Większość bieżącej opieki przejmowała moja żona. Zwłaszcza wtedy, gdy znikałem, żeby pić. Dziewczyny długo nie zdawały sobie sprawy z problemu, zwłaszcza, że pracowałem jak dziki. Mam nadzieję, że w ten sposób chociaż przed taką traumą je uchroniłem.

Marek opowiada o córkach z niezwykłą czułością, z dumą chwaląc ich osiągnięcia.

– Starsza kończy niebawem studia prawnicze. Młodsza zawsze miała duszę artystyczną, dlatego zdecydowała się iść w kierunku grafiki komputerowej. To fantastyczne dziewczyny – otwarte, ciekawe świata i ludzi. Mamy możliwości, aby wspólnie podróżować czy spędzać czas w mieście. Problem jednak polega na tym, że nie mamy więzi, która sprawiałaby, ze chcielibyśmy tego. Córki mają swoje sprawy i zajęcia, a dla mnie walka o ich uwagę jest niezwykle trudna. Nie wiem jak to się robi, nie umiem być naturalny, uruchamiają się we mnie własne traumy.

Marek opowiada o swoim dzieciństwie, które w jego ocenie było bardzo poprawne. Mama była przykładną panią domu, tata – cenionym urzędnikiem. Marek zawsze był porządnym uczniem, wzorowym synem, a na swobodną zabawę miał tylko wyraźnie wyznaczony czas.

– Tak mi zostało. Że muszę. A to jakbym chciał jest nieważne, nieistotne. Decyzja o terapii powinna była być podjęta dużo wcześniej, mam poczucie, że ten czas był cenny, a z niego nie skorzystałem. Ale wymagało to ode mnie wyjścia poza strefę komfortu. A nie byłem na to gotowy. Zresztą nadal się boję. Na każdym kroku towarzyszy mi strach przed tym, co nowe, nieznane, przed innym schematem, konfrontacją z rzeczywistością, a nie uciekaniem przed nią w alkohol. Od kiedy jestem w terapii jeszcze nie czułem, że muszę uciec. Ale tego, że poczuję, iż nadchodzi ten moment, też się boję. Najbardziej tego, że przegram, że to będzie porażka.

Jednak choć strach jest uczuciem dominującym w opowieści Marka, nie on jest – po zapytaniu mężczyzny wprost – najgorszy.

– Najgorsze jest dla mnie mówienie „Hej, jestem Marek i jestem alkoholikiem”, bo wtedy spotykam się z krzywymi spojrzeniami, podśmiewaniem. Tak jakby człowiek w mojej życiowej sytuacji nie mógł mierzyć się z uzależnieniem – bo przecież ma pieniądze, pracę i rodzinę, więc co on gada? Nie raz słyszałem, że skoro alkohol nie wyrządza widocznych szkód, to nie jestem uzależniony. Albo że skoro mogę nie pić na imprezie, to ściemniam. Dlatego jest to trudne. Pewnie każda z osób przechodząca przez to, co ja, mierzy się z jakąś formą strachu, wstydu, stawianiem czoła. Może to tylko moje wyobrażenie, że jestem na świeczniku, albo jestem oceniany. Może nie jestem, ale na pewno tak się czuję.

Żona Marka towarzyszyła i towarzyszy mu na każdym etapie życia.

– Pobraliśmy się z Kate wcześnie, byliśmy młodzi, nieopierzeni, dorastaliśmy obok siebie. Ale ja dopiero po tych bez mała 30 latach uświadamiam sobie, przez co ona przechodziła. W moich pijackich ciągach odcinałem i odcinam się totalnie. Teraz najczęściej gdzieś jadę, po kilku dniach się ogarniam i wracam. Ale bywały momenty, że wyprawiała dziewczyny do dziadków, bo piłem w domu i dosłownie robiłem pod siebie, a ona nie odeszła. I robiła wszystko, żeby ochronić nasze córki. Żeby widziały i przeżyły jak najmniej. Szczerze mówiąc nie rozumiem dlaczego. Czuję w związku z tym wielki ciężar, który chciałbym z siebie zrzucić na terapii. I tak sobie myślę, że może jakaś siła wyższa sprawiła, że zaczynam ją dopiero teraz, świadomie, z wiedzą i postanowieniem nauczenia się innych sposobów radzenia sobie z życiem. Bo tym jestem zmęczony…

Córki Marka zareagowały na informację o uzależnieniu ojca i podjęciu leczenia w sposób niezwykle dojrzały, pełnym zrozumieniem i wsparciem. Podkreślając jednocześnie, że maja teraz swoje życia, znajomych, plany i priorytety.

– Mam jednak nadzieję, że przyjdzie moment w którym poczuję ulgę, w którym życie stanie się lekkie i fajne, a nie będzie mnie przytłaczać. Marzę o beztroskich wakacjach z rodziną, fajnej kolacji na mieście, spotkaniu z przyjaciółmi. Niby nic, a dla mnie jednak wszystko.

Napisz komentarz

Skip to content