To, w jaki sposób mówimy i jakie dobieramy słowa, zdradza nasz stosunek do tego, o czym (lub o kim) się wypowiadamy. Język ewoluuje, poszczególne słowa nabierają nowych znaczeń. Dlatego, zdaniem Anny Bakuły, terapeutki uzależnień i kierowniczki szkoły dla terapeutów uzależnień CARE Brok, w języku terapii uzależnień również potrzebne są zmiany. „Alkoholik” czy „osoba uzależniona od alkoholu”? W rozmowie z naszym portalem Anna Bakuła wskazuje, jakich sformułowań powinniśmy unikać i dlaczego.

Redakcja: Które z powszechnie używanych sformułowań uważa Pani za szkodliwe dla osób uzależnionych?

Anna Bakuła: Określeniem bardzo stygmatyzującym jest „alkoholik”. Słowo „alkoholik” ma złe konotacje społeczne, kojarzy się z osobą zaniedbaną, z marginesu społecznego, która szkodzi wszystkim wokół. Której nie warto ufać i nie warto przejmować się jej odczuciami czy opinią. Alkoholik w języku to ktoś zdegenerowany, niegodny uwagi. Brudas i pijak, z którym nie warto się przyjaźnić, bo zawiedzie i wykorzysta. Często słyszy się wypowiedzi o bezsensie wydawania pieniędzy na leczenie „takich ludzi”.

Drugim określeniem, które w moim odczuciu jest mocno niesprawiedliwe jest „współuzależnienie”. Określenie „współ” coś sugeruje, choćby współodpowiedzialność za czyjś nałóg. Wspieranie szkodliwych mechanizmów uzależnienia. Jeszcze kilka lat temu w powszechnym użyciu było określenie koalkoholiczka – tak mówiło się o partnerce nałogowo pijącego mężczyzny czy koalkoholik w przypadku nałogowo pijącej kobiety. Na szczęście słowo to odeszło już do lamusa, jednak „osoba współuzależniona” funkcjonuje w języku cały czas.

Do stygmatyzujących określeń należą też: DDA, narkoman, ćpun, hazardzista, schizofrenik. Wszystkie te określenia mają wspólną cechę – utożsamiają człowieka z jego problemem. Te sformułowania sugerują, że człowiek jest chorobą. Że nie ma w nim nic więcej poza jednym problemem. To bardzo nieuczciwe.

Odchodzi się także od używania sformułowania „ofiara przemocy”. Słowo „ofiara” implikuje konkretne cechy. Ofiara jest bezbronna, bezsilna. Nie ma mocy sprawczej. Z tego powodu proponuje się zamienienie tego określenia na „osoba doznająca przemocy”.

A propos określeń pochodzących od chorób – w ten sposób mówi się o wszystkich chorujących, bez względu na schorzenie. Mówimy: cukrzyk, gruźlik. Czy te słowa również powinny zniknąć z języka?

A.B.: Tak. Określenia te powstają w wyniku utożsamienia człowieka z jego chorobą. Każdej z tych osób przyklejana jest łatka. O ile cukrzyca nie jest chorobą, która automatycznie wywołuje wstyd, o tyle alkoholizm już tak. Wstyd nie pomaga w terapii. Poza tym stygmat wyzwala myślenie, że wszyscy, którzy go noszą, są tacy sami, a to przecież nieprawda.

Wspomniała pani, że określenie „współuzależniona” sugeruje współodpowiedzialność za nałóg. Czy to nie jest zgodne z prawdą?

A.B.: Dawniej osoby z najbliższego otoczenia osoby uzależnionej uczone były, że ich partner jest chory i one też są chore. On alkoholik, ona koalkoholiczka. To był ich stygmat. „Współuzależnienie” też go w sobie ma, przez co wszystkie te działania – wyciąganie pijanego partnera z baru, leczenie jego kaca, usprawiedliwianie go w pracy – definiują tę osobę. Terapia, razem z tym terminem, skupiała się na tym, że najbliżsi osoby uzależnionej robią różne niedobre rzeczy, które nazywa się „pomaganiem w piciu”.

Jako terapeutka prezentuję podejście humanistyczne do pacjenta, w którym odchodzimy od wszystkich wymienionych wyżej określeń. Oczywiście nie twierdzę, że nie ma zachowań, które składają się na problem „współuzależnienia”. Natomiast to nie jest pomaganie w piciu, lecz próba ratowania sytuacji. Niekoniecznie te zachowania służą osobie uzależnionej, ale dla osoby uwikłanej są próbą wylądowania na „czterech łapach”. Ochronienia się przed przykrymi uczuciami i doświadczeniami. Każdy przecież chce się przed nimi chronić, to naturalne. Jedne służą, inne przeszkadzają, utrudniają życie, warto to zobaczyć. Dziś podchodzimy do problemów osób będących w związkach z osobami nadużywającymi alkoholu jak do reakcji na stres.

W terapii pokazujemy, że leczenie kaca czy spłacanie długów osoby uzależnionej to nie są sposoby skuteczne, jednak tak naprawdę nie chodzi o wyeliminowanie tych zachowań, bo to nie zawsze jest możliwe. Chodzi o to, by sprawić, że osoby uwikłane zaczną więcej rozumieć, dostrzegać siebie i swoje potrzeby, zaczną sobie konstruktywniej radzić z problemami. Ciężar terapii powinien obejmować osobę, z którą ją robimy, a nie zajmować się partnerem czy partnerką. Czy człowiek może się dobrze czuć, jeśli określa się go słowem, w które wpisany jest współudział w chorobę najbliższej osoby?

Myślę, że niekoniecznie.

A.B.: W ICD-10, którym się posługujemy, by diagnozować pacjentów, nie ma określenia „alkoholik”. Jest określenie „osoba uzależniona od alkoholu”. W nowej amerykańskiej klasyfikacji opisuje się zaburzenia występujące w wyniku nadużywania danej substancji. To wszystko jest po to, by nie stygmatyzować i nie mierzyć wszystkich jedną miarą. Nauka poszła do przodu i już wiadomo, że jeden komplet narzędzi i metod nie wystarczy, by pomóc każdemu.

Ponadto badania amerykańskie pokazały, że niechęć do „bycia alkoholikiem” to czynnik, który najbardziej powstrzymuje pacjentów przed podjęciem leczenia. Z kolei w badaniach szwajcarskich z 2007 roku stygmatyzację wskazało 17 proc. badanych.

Jednak powiedzenie na głos „mam na imię Jan, jestem alkoholikiem” jest nieodłącznym elementem każdego mityngu AA, a udział w tym ruchu zwiększa skuteczność leczenia.

A.B.: W terapii tego nie ma i nie powinno być. Jeśli w jakiejkolwiek placówce terapeuci tego wymagają, popełniają błąd. Terapia ma na celu pomóc pacjentowi w rozpoznaniu problemu alkoholowego, wyciągnięcie z tego wniosków dla siebie, zmianę. Natomiast nikt nikomu nie ma prawa wpierać danej tożsamości, w tym wypadku tożsamości alkoholika. Jan Kowalski jest całe życie tym samym Janem Kowalskim, bez względu na to, czy na jakimś etapie zaczął pić, czy nie. Ma tożsamość mężczyzny, może ojca, męża, Polaka, może dyrektora firmy i tak dalej. Określanie siebie mianem alkoholika jest mu do niczego niepotrzebne. Potrzebne jest rozpoznanie problemu i przyznanie, że ma trudności z kontrolą nad piciem, nad swoim życiem – że ono mu się rozpada. Rolą terapeuty jest doprowadzenie pacjenta do takich wniosków, wzbudzenie w nim motywacji do zmiany, towarzyszenie w niej, wspieranie, lecz nie poprzez wpieranie stygmatyzującej tożsamości: „jesteś alkoholikiem” i narzucanie czegokolwiek.

Poza tym ten element mityngu AA wiąże się z przyznaniem swej bezsilności wobec nałogu. Obecnie w terapii behawioralno-poznawczej celem jest wzmacnianie poczucia sprawczości pacjenta. Nie powtarzamy mu, że jest bezsilny. Wręcz przeciwnie, pokazujemy, że od niego zależy, co zrobi ze swoim życiem, że wiele może. Oczywiście osoby uzależnione mają objaw uzależnienia, jakim jest upośledzenie kontroli nad piciem, ale to nie oznacza, że nic nie mogą zrobić. Upośledzenie nie równa się całkowitej utracie. Osoby pijące nałogowo raz potrafią zapanować nad swoim życiem, gdy piją, a raz nie. Rolą terapeuty jest pokazanie pacjentowi, co się dzieje z jego życiem, gdy pije, jednak nie wmawianie mu, że jest bezsilny oraz że jeśli znów sięgnie po kieliszek, to polegnie.

To chyba częsta retoryka terapeutów?

A.B.: Niestety tak. Określenie „jeśli zapijesz, polegniesz” to samospełniająca się przepowiednia. Straszenie pacjentów, że jeśli zje kawałek tortu z wódką, będzie pił, to jest otwieranie mu drogi do picia. Może być taka sytuacja, że zje kawałek takiego tortu, nawet niezamierzenie, poczuje smak alkoholu i przypomni mu się, co mówił jego terapeuta. Myśl o piciu do niego automatycznie wróci. Oczywiście może być tak, że smak alkoholu w torcie wyzwoli głód, nawet jeśli terapeuta nie mówił nic podobnego. Jednak jeśli wcześniej wbijano mu do głowy, że jest bezsilny, to w głodzie będzie myślał: „jak zacznę, to popłynę”, „nie ma dla mnie ratunku”. Natomiast gdyby myślał, że zjadł ten tort przypadkiem, „trudno, stało się, ale nie chcę pić”, to takie nastawienie implikuje zupełnie inne zachowania.

To element szerszego zjawiska. Zastanawiam się, czy mówienie „alkoholik” nie wiąże się z tendencją do karania ludzi za ich problem alkoholowy. Takie osoby są odrzucane. Uważane za gorsze od reszty. To, w jaki sposób myślimy o drugim człowieku, implikuje to, w jaki sposób do niego mówimy. A to, jak do niego mówimy, implikuje jego myślenie o sobie i jego zachowania. To jest pasmo przyczynowo-skutkowe, którego można użyć na korzyść pacjentów w terapii. Od 12 lat prowadzę szkołę, w której uczę tego terapeutów. To niezwykle ważne. Dostrzegam wśród terapeutów potrzebę zmiany myślenia, widzę jaką satysfakcję sprawia im humanistyczne podejście do człowieka, jak pięknie używają empatii. To bardzo cieszy.

W psychiatrii od lat nie mówi się „schizofrenik”, mówi się „osoba doświadczająca kryzysu psychicznego”. Czy to nie brzmi lepiej? Moim zdaniem takie nazewnictwo wiele zmienia. Pomaga ludziom z problemami w podejmowaniu decyzji o szukaniu pomocy, ale i w zachowaniu swojej ludzkiej godności.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Bakuła – psycholog, certyfikowana specjalistka psychoterapii uzależnień. Autorka programu Studium Terapii Uzależnień realizowanego od 2007 roku w szkole dla terapeutów uzależnień CARE Brok, wykładowca STU. Doradca Dyrektora PARPA do spraw lecznictwa odwykowego. Kierownik Poradni Terapii Uzależnienia od Alkoholu i Współuzależnienia, psycholog w PZP. Wykładowca MCPS i CMPPP przy MEN. W ramach prac Zespołu Ekspertów PARPA zajmowała się standardami leczenia dzieci, młodzieży i młodych dorosłych. Wieloletni biegły sądowy z zakresu psychologii, biegły z zakresu orzekania w przedmiocie uzależnienia od alkoholu. Mediator sądowy. Od wielu lat zajmuje się też pomaganiem ofiarom przemocy i przestępstw.

Fot: Kelly Sikkema, Unsplash.com

Udostępnij

Write A Comment