
Kiedy Mateusz miał dziewiętnaście lat, gry były dla niego tylko sposobem na odreagowanie. Studia informatyczne, pierwsza praca dorywcza, nowi ludzie. Wieczorem komputer, słuchawki, kilka godzin w wirtualnym świecie. „Jak każdy” – powtarzał sobie i innym. Nikt wtedy nie zadawał pytań. Dziś ma 24 lata i mówi wprost: – Gdyby nie terapia, prawdopodobnie nadal żyłbym tylko tam. W grze.
Świat, w którym wszystko było jasne
Gra MMORPG pojawiła się w jego życiu przypadkiem. Kolega z roku namówił go, żeby „spróbował”. Pierwsze logowanie, pierwsza postać, pierwsze zadania. System nagród był prosty i czytelny: robisz coś – dostajesz punkt, poziom, uznanie.
– W realnym świecie wszystko było rozmyte. Na studiach nie wiedziałem, czy jestem wystarczająco dobry. W grze wiedziałem od razu – mówi Mateusz.
Wirtualny świat dawał mu coś, czego brakowało w codzienności: strukturę. Jasne cele. Informację zwrotną. Poczucie, że ma wpływ.
Początkowo grał wieczorami. Dwie, trzy godziny. W weekendy trochę dłużej. Studia jeszcze „jakoś” szły, praca dorywcza też. Rodzice widzieli syna siedzącego przy komputerze, ale nie reagowali.
– Dla nich to było normalne. Lepsze granie niż imprezy, alkohol, narkotyki – mówi.
Powolne przesuwanie granic
Zmiana nie była nagła. Nie było jednego momentu, w którym „coś się zepsuło”. Raczej ciąg drobnych decyzji: jeszcze jedno zadanie, jeszcze jeden raid, jeszcze jedna rozmowa z ludźmi z gildii.
– Zawsze był jakiś powód, żeby zostać dłużej – tłumaczy. – Ktoś na mnie liczył. Bez mojej postaci drużyna sobie nie poradzi.
Zaczął opuszczać zajęcia na uczelni. Najpierw pojedyncze wykłady, potem całe dni. Pracę dorywczą rzucił, bo „i tak nie płacili dużo”. Rodzicom mówił, że studiuje zdalnie, że „ogarnia projekty”.
W grze awansował. Stał się jednym z liderów gildii. Ludzie pytali go o zdanie, czekali na jego decyzje.
– Tam byłem kimś ważnym. W realnym życiu liczyłem się coraz mniej – przyznaje.
Izolacja, której nikt nie zauważył
Znajomi ze studiów przestali dzwonić. Początkowo pisał wymówki, potem przestał odpowiadać. Kontakty ograniczyły się do ludzi z gry – głównie z innych miast, innych krajów.
– Paradoks polegał na tym, że nigdy nie byłem tak „otoczony ludźmi” jak wtedy – mówi. – A jednocześnie byłem kompletnie sam.
Dni zaczęły zlewać się w jedno. Sen w ciągu dnia, granie w nocy. Jedzenie przy komputerze. Zaniedbane mieszkanie, zaniedbane ciało.
– Przestałem patrzeć w lustro. Jakby mnie fizycznie nie było – mówi cicho.
Rodzice zaczęli coś podejrzewać, gdy przestał wychodzić z pokoju. Próby rozmów kończyły się kłótniami.
– Słyszałem tylko: „Weź się w garść”, „To twoje życie”, „Zniszczysz sobie przyszłość”.
– To mnie jeszcze bardziej pchało do gry – dodaje.
Moment, który wszystko zmienił
Był zwykły dzień. Kolejna noc bez snu. Kolejny raid.
– Ale nagle poczułem pustkę. Wygrałem coś ważnego w grze i… nic – wspomina. – Zero radości. Tylko zmęczenie.
Wyłączył komputer i usiadł na łóżku. Pierwszy raz od dawna bez ekranu przed oczami.
– Dotarło do mnie, że nie mam dokąd pójść. Nie mam kogoś, do kogo mógłbym zadzwonić – mówi.
To był moment, w którym zgodził się na pomoc. Najpierw rozmowa z rodzicami. Potem pierwsza konsultacja u terapeuty.
„To nie jest problem z grami. To problem z regulacją emocji”
Na pierwszej wizycie Mateusz był przekonany, że terapeuta każe mu „po prostu przestać grać”.
– Bałem się, że ktoś mi zabierze jedyne miejsce, w którym czułem się bezpiecznie – mówi.
Tymczasem terapia nie polegała na natychmiastowym odstawieniu gry. Zaczęła się od obserwowania schematów: kiedy gra staje się ucieczką, co ją uruchamia, jakie emocje ją poprzedzają.
– Zrozumiałem, że grałem nie dlatego, że kochałem grę. Grałem, bo nie wiedziałem, co zrobić z lękiem, wstydem, poczuciem bycia niewystarczającym – mówi.
Jednym z najtrudniejszych momentów w terapii było dla Mateusza uświadomienie sobie, że gra nie była tylko rozrywką, ale pełniła bardzo konkretną funkcję emocjonalną.
– Ona mnie uspokajała. Dawała poczucie, że wiem, co robić. Że świat jest logiczny – mówi.
Terapeuta wielokrotnie wracał z nim do sytuacji, w których sięgał po komputer nie z nudów, ale z napięcia. Po rozmowie z rodzicami, po myśli o przyszłości, po poczuciu porażki.
– Zobaczyłem, że gra była moim regulatorem emocji. Bez niej wszystko było zbyt intensywne – przyznaje.
Na sesjach uczył się nazywać stany, których wcześniej nie rozpoznawał: frustrację, wstyd, poczucie bycia gorszym. – W grze nie musiałem tego czuć. Tam byłem silny, potrzebny, kompetentny. W realnym świecie dopiero uczyłem się, kim jestem – mówi.
Życie po drugiej stronie ekranu
Proces wychodzenia z uzależnienia nie był szybki ani prosty. Były nawroty. Były tygodnie, kiedy znów spędzał w grze po kilkanaście godzin.
– Różnica polegała na tym, że już wiedziałem, co się ze mną dzieje – mówi. – Przestałem się oszukiwać.
Powoli zaczął odbudowywać codzienność: regularny sen, posiłki, krótkie spacery. Małe rzeczy, które wcześniej wydawały się bez znaczenia.
– Najtrudniejsze było zniesienie nudy i pustki – przyznaje. – Gra wypełniała wszystko. Bez niej zostawała cisza.
Powrót do relacji
Najbardziej bolesnym etapem była próba odbudowy relacji z ludźmi spoza gry. Próby kontaktu z dawnymi znajomymi kończyły się często milczeniem albo uprzejmym dystansem.
– Miałem wrażenie, że świat poszedł dalej beze mnie – mówi.
Z rodzicami rozmowy były trudne. Po raz pierwszy musiał powiedzieć wprost, że nie „lenił się” ani nie „marnował czasu”, ale zmagał się z uzależnieniem.
– To było upokarzające i uwalniające jednocześnie – wspomina. – Jakby ktoś w końcu nazwał to, co ja czułem od dawna.
Życie bez natychmiastowej nagrody
Dziś Mateusz mówi, że największą zmianą nie było ograniczenie grania, ale zgoda na to, że życie offline nie daje natychmiastowych efektów.
– Nie ma punktów, awansów co godzinę ani gratulacji za zwykłe rzeczy – mówi.
Uczy się cierpliwości i nudy. Uczy się tego, że poczucie własnej wartości nie musi być potwierdzane co kilka minut.
– To trudniejsze niż jakikolwiek boss w grze – dodaje z gorzkim uśmiechem.
Nie idealizuje swojej sytuacji. Wie, że uzależnienie nie znika, tylko przechodzi w stan uśpienia.
– Ale teraz wiem jedno: jeśli znowu zacznę znikać, będę wiedział dlaczego.
„Najbardziej bolało to, że nikt nie zauważył, jak bardzo znikam”
Na koniec mówi coś, co zostaje na długo:
– Uzależnienie od gier jest podstępne. Bo wygląda jak pasja. Jak hobby. Jak coś normalnego. A ja po prostu powoli znikałem.
Dziś uczy się być „tu”, nawet gdy jest trudno. Bez natychmiastowej nagrody. Bez poziomów i punktów doświadczenia.
– To najtrudniejsza gra, w jaką kiedykolwiek grałem – mówi. – I jedyna, w której naprawdę chodzi o życie.
Mogą Cię zainteresować:

Pokolenie Z a uzależnienia behawioralne. „Myślę, że to pokolenie i kolejne przedefiniują pojęcie uzależnień cyfrowych”





Dodaj komentarz