
„Przykład osób żyjących w trzeźwości jest dla mnie niezwykle ważny. Daje nadzieję, że z uzależnienia można wyjść, a jednocześnie nadaje sens wszystkim działaniom podejmowanym przeze mnie w czasie pracy w oddziale. Natomiast na samym oddziale takich osób nie spotykam, ponieważ trafiają do mnie w większości osoby z uzależnieniem, które nie podejmują leczenia lub robią to tylko na bardzo krótko. Niektórzy przechodzą od jednego pobytu w oddziale do kolejnego, a w międzyczasie żyją w pewnym zawieszeniu, pogrążając się coraz bardziej w nałogu” – opowiada doktor nauk medycznych, specjalista chorób wewnętrznych oraz toksykologii klinicznej, Eryk Matuszkiewicz.
Redakcja: Jak często pacjenci, którzy trafiają na oddział toksykologiczny, otwarcie nazywają swój problem uzależnieniem? W jakim stopniu starają się go ukrywać?
Eryk Matuszkiewicz: Niestety, ale osoby uzależnione najczęściej nie przyznają się do swojego problemu. Często kategorycznie zaprzeczają uzależnieniu, a w łagodniejszej formie – bagatelizują je. Zastanawiam się, czy wynika to z mechanizmu wyparcia i korzystania z różnych obronnych strategii psychicznych, które są integralną częścią uzależnienia, czy też po prostu z niechęci do przyznania się do swojej słabości w świecie, który stawia na sukces i osiągnięcia. Moim zdaniem przyznanie się przed samym sobą do własnego problemu świadczy o wielkiej dojrzałości i odwadze, a nie o słabości. Ukrywanie problemu nie sprawi, że zniknie, a wręcz przeciwnie, będzie narastał.
Bardzo rzadko ktoś mówi otwarcie o swoim uzależnieniu, dotychczasowym leczeniu czy drodze wychodzenia z nałogu. Nawet jeśli na tej drodze pojawi się potknięcie, np. trafimy do szpitala z powodu przedawkowania, nie świadczy to źle o człowieku, takie sytuacje mogą się zdarzyć. W takiej sytuacji kluczowe jest jednak zastanowienie się, dlaczego do tego doszło i wypracowanie sposobu, by w przyszłości uniknąć podobnego kryzysu. Chodzi o nauczenie się, jak przekierować uwagę i powstrzymać impuls, gdy pojawia się chęć napicia się lub sięgnięcia po substancję.
Zdarza się, że pacjent nie chce współpracować i muszą być zastosowane bardziej radykalne metody?
Rzeczywiście, tak też się zdarza. To trochę paradoksalna sytuacja, ale musimy chronić pacjenta przed nim samym, bo w sytuacji pobudzenia stanowi ogromne zagrożenie dla siebie. Mimo zastosowania leków uspokajających pacjenci szarpią się, bo leki działają z mniejszą siłą u osób z uzależnieniem lub będących pod wpływem różnego rodzaju stymulantów. Odruchowo szarpią za wenflony umieszczone w ich żyłach w celu podawania leków, a takie wyszarpnięcie powoduje krwotok.
Ważna jest także ochrona nas samych – pielęgniarek, ratowników i lekarzy. Osoby będące pod wpływem psychostymulantów często tracą kontrolę nad własnym zachowaniem, stają się agresywne, nieobliczalne i gwałtowne. To właśnie sprawia, że mogą stanowić realne zagrożenie dla personelu medycznego. Kilkakrotnie doświadczyliśmy ataków ze strony pacjentów, a taka przemoc boli nie tylko fizycznie, ale również psychicznie.
Jak wygląda emocjonalna strona pracy z osobami z uzależnieniem? Jak radzi sobie pan z trudnymi sytuacjami i cierpieniem pacjentów?
To rzeczywiście bardzo ważny, a jednocześnie trudny problem: jak zachować równowagę między empatią a zobojętnieniem, między zaangażowaniem a neutralnością. Kluczowe jest posiadanie, jak ja to nazywam, „równoległego świata”, który stanowi przeciwwagę dla środowiska pracy. Co to oznacza? To moje życie prywatne: spotkania ze znajomymi, książki, wyjścia na miasto. W pracy staram się angażować w pełni, nie dać się wypaleniu zawodowemu ani wciągnąć w rutynę, ale po godzinach muszę mieć czas, by przewietrzyć głowę i oderwać się od tego, co działo się w pracy.
Bardzo istotne jest także wsparcie, które otrzymujemy od współpracowników. Rozmowa o trudnych sytuacjach, zwyczajne „wyrzucenie z siebie” problemu i niedopuszczanie do kumulowania emocji w sobie stanowi ważny element dbania o własną psychikę. Może to być trudne, ale musimy sobie uświadomić, że nie mamy supermocy, by uzdrowić i uratować cały świat. Z drugiej strony, słyszałem kiedyś piękne zdanie: kto uratował jedno życie, uratował cały świat.
Jakie wyzwania w edukowaniu pacjentów i społeczeństwa o uzależnieniach dostrzega pan w codziennej pracy szpitalnej?
Edukacja i profilaktyka są dla mnie niezwykle istotnym elementem codziennej pracy. Dlatego, kiedy tylko mogę, staram się spotykać z uczniami, ich rodzicami oraz dorosłymi, którzy mają kontakt z osobami uzależnionymi, a także z tymi, którzy po prostu chcą dowiedzieć się, jak różne substancje działają na organizm człowieka. W końcu lepiej zapobiegać niż leczyć – i tutaj dobrze znany slogan ma ogromne znaczenie.
Jeśli chodzi o problemy, o które pani pyta, to wynikają one z faktu, że nasz styl życia się zmienił, a substancje zmieniające świadomość stały się istotnym elementem codzienności – niestety. W konsekwencji problem ten któregoś dnia może dotyczyć także kogoś z mojego bliższego lub dalszego otoczenia: syna, córki, sąsiada, koleżanki. Dlatego budowanie świadomości, że taki problem istnieje i może pojawić się tuż za przysłowiowym progiem, jest tak istotne. Sam często sobie uświadamiam, że skala i rodzaj zagrożeń znaczenie się zmieniły w ostatnich latach.
Ponadto kluczowe jest uświadamianie zwłaszcza młodym ludziom, że narkotyki to nie zabawa. Choć początkowo ich zażywanie może wiązać się z euforią i ekscytacją, bardzo szybko skutki mogą przerażać i przerastać nas samych. Jeśli ktoś uważa, że substancje zmieniające świadomość mogą rozwiązać jego problemy, musi wiedzieć, że niczego one nie rozwiążą. Wręcz przeciwnie, staną się źródłem nowych, często znacznie poważniejszych trudności. Niedawno słyszałem takie mądre stwierdzenie: trzeźwość daje to, co alkohol tylko obiecuje.
Czy spotyka się pan w pracy z historiami, które dają nadzieję? Pacjentami, którzy dzięki szybkiej interwencji lub leczeniu odzyskują kontrolę nad swoim życiem?
Na szczęście takie osoby istnieją, choć są to bardzo rzadkie przypadki, co pokazuje, jak trudne jest wyjście z uzależnienia. Spotykam je poza oddziałem, na różnego rodzaju spotkaniach dotyczących profilaktyki uzależnień. Przykład osób żyjących w trzeźwości jest dla mnie niezwykle ważny. Daje nadzieję, że z uzależnienia można wyjść, a jednocześnie nadaje sens wszystkim działaniom podejmowanym przeze mnie w czasie pracy w oddziale.
Natomiast na samym oddziale takich osób nie spotykam. Trafiają do mnie w większości osoby z uzależnieniem, które nie podejmują leczenia lub robią to tylko na bardzo krótko. Niektórzy przechodzą od jednego pobytu w oddziale do kolejnego, a w międzyczasie żyją w pewnym zawieszeniu, pogrążając się coraz bardziej w nałogu.
Ważnym dla mnie doświadczeniem było przeczytanie dwóch książek napisanych prosto, od serca, szczerze i przekonująco. Pierwsza z nich to „Bez alko i narkotyków jestem nudna” autorstwa Marty Markiewicz. Druga – „Nie pij dziś” napisana przez Łukasza Tchórzewskiego. Obie dały mi dwie niezwykle istotne rzeczy: nadzieję, że może być lepiej, oraz sens pracy. Zwłaszcza w momentach, kiedy tego sensu zaczyna brakować.
Eryk Matuszkiewicz: doktor nauk medycznych, specjalista chorób wewnętrznych oraz toksykologii klinicznej. Od 2008 roku pracuje w Oddziale Toksykologii Szpitala Miejskiego im. Franciszka Raszei. Od 2012 roku jest także asystentem Zakładu Medycyny Ratunkowej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu
Mogą Cię zainteresować:

Twoje, moje, nasze – Fundacja C.E.L. zaprasza na letnie warsztaty o granicach w związku

Fundacja DRS: Trening kompetencji psychospołecznych dla dzieci nieśmiałych w wieku 10-11 lat




Dodaj komentarz