
Nie płakał, gdy się przewrócił. Nie prosił o pomoc z zadaniami. Jako 10-latek już wiedział, jak uspokoić płaczącą matkę i wyłagodzić humor pijanego ojca. W szkole mówili, że jest niezwykle dojrzały jak na swój wiek. W domu był po prostu małym mężczyzną, który zbyt wcześnie nauczył się, że jego spokój i dzieciństwo są luksusem, na który jego rodzina nie może sobie pozwolić. Ten chłopiec nie był wyjątkiem – wychował się w domu, w którym dziecko musi stać się rodzicem. Psychologia nazywa to parentyfikacją, a w przypadku synów z rodzin alkoholowych przybiera ona specyficzną, męską formę: syndrom małego bohatera.
Szybki „kurs” na mężczyznę
Parentyfikacja to odwrócenie ról w rodzinie, w której dziecko przejmuje funkcje rodzica. W przypadku synów w rodzinach alkoholowych przybiera ona specyficzne formy. Często związane z ochroną, odpowiedzialnością materialną i byciem „zastępczym partnerem” emocjonalnym. Nie chodzi o pomoc w naprawie kranu czy wyniesieniu śmieci, lecz o systematyczne obciążanie chłopca odpowiedzialnością za emocje, bezpieczeństwo, a czasem nawet finanse rodziny.
Jak precyzyjnie wyjaśnia ten mechanizm psycholog Krzysztof Rusiniak: „Dziecko powinno być dzieckiem. Sytuacja życiowa, która wymaga od dziecka, by ponosiło odpowiedzialność za błędy dorosłych, pozbawia dziecko szansy na rozwój we własnym tempie. Poza tym, to jest nie fair. Dzieci nie mają narzędzi, bagażu doświadczeń, by mierzyć się z takimi dylematami”.
W rodzinie z problemem alkoholowym chaos tworzy próżnię, którą często wypełnia najstarszy lub najbardziej odpowiedzialny syn. Staje się on „mężczyzną domu” w sytuacji, gdy biologiczny ojciec jest nieobecny – fizycznie lub emocjonalnie – z powodu alkoholu.
W układzie z pijanym ojcem syn zostaje wciągnięty w rolę „zastępczego mężczyzny”, który musi chronić matkę i mediować w konfliktach. „Jeśli ojciec jest agresywny, to [dziecko] może bronić matki i stawiać siebie w roli dorosłego” – przypomina psycholog Krzysztof Rusiniak. To bolesne ćwiczenie z męskości rodzi konflikt. Chłopiec uczy się, że bycie mężczyzną oznacza jednocześnie obronę i konfrontację z innym mężczyzną. Jedynym wzorcem jest często obraz męskości zniekształcony przez alkohol.
Gdy problemem jest alkoholizm matki, parentyfikacja syna przybiera formę „małego opiekuna”. Chłopiec przejmuje praktyczne obowiązki i emocjonalne wsparcie dla nieobecnego lub zagubionego ojca, stając się domowym menedżerem chaosu. W tej roli, jak trafnie ujmuje to psycholog Anna Prokop, działa mechanizm uniwersalny: „Jest zaprogramowane na potrzeby innych, zatem będzie postępowało tak, by nie być obciążeniem”. Jego wartość zaczyna zależeć od efektywności w gaszeniu pożarów rozpalanych przez chorobę rodzica.
Stracone dzieciństwo, złamana tożsamość
Niezależnie od konfiguracji, skutki są głębokie i trwałe. Parentyfikowany syn wypracowuje przekonanie, że jego wartość zależy od tego, jak dobrze wypełnia powierzone mu zadania. Jak chroni, jak zarządza kryzysami. Jego własne potrzeby – na zabawę, beztroskę, popełnianie błędów typowych dla wieku – zostają zepchnięte na dalszy plan. To prowadzi do wykształcenia się postawy, którą można nazwać „syndromem małego bohatera”.
W dorosłym życiu ten syndrom odtwarza się na różne sposoby. Jak zauważa Rusiniak: „Zazwyczaj mężczyźni, którzy byli wychowywani przez uzależnionych od alkoholu ojców realizują jeden z dwóch scenariuszy: albo stają się do swoich ojców bardzo podobni, albo żyją i postępują dokładnie odwrotnie”. Ten drugi scenariusz, choć pozornie pozytywny, ma swoją wysoką cenę: „Mężczyźni, którzy stają w opozycji do męskiego wzorca, który dostali, są uczynni, pracowici, troskliwi, zaangażowani, a jednocześnie nieszczęśliwi. Dlatego, że taki mężczyzna nie postępuje w ten sposób, bo taka jest jego naturalna potrzeba, lecz dlatego, że robi to w opozycji do tego, kim był tata. Często kieruje nim nieuświadomiona potrzeba bycia lepszym człowiekiem niż był jego ojciec. Nie jest sobą, jest przeciwnością ojca. Ogrywa rolę”.
W relacjach z kobietami parentyfikowani mężczyźni często szukają albo partnerki, która potrzebuje ratowania (replikując dynamiczną relację z matką). Albo wręcz przeciwnie – unikają jakiegokolwiek zaangażowania, bo boją się powtórzenia wzorca z dzieciństwa. Rusiniak tłumaczy: „Może starać się nie popełniać błędów swego ojca i faktycznie nie pić i nie znikać z domu, ale jednocześnie np. nie dotrzymywać słowa i nie zauważać tego – bo taki dostał wzorzec”.
Ojcostwo jako pole bitwy
Dla parentyfikowanego mężczyzny zostanie ojcem to często wejście na pole minowe własnych nieprzepracowanych traum. Z jednej strony może odtwarzać wzorzec nadmiernej kontroli i odpowiedzialności, próbując stworzyć dziecku „idealne” dzieciństwo, którego sam nie miał. Z drugiej strony, jak wskazuje Rusiniak, brak zdrowego wzorca skutkuje fundamentalną niepewnością. „Pijący ojciec też może być w stanie poświęcać dziecku uwagę i czas, może nauczyć syna wielu rzeczy, natomiast na pewno nie da mu jednego: poczucia pewności i bezpieczeństwa. Ten brak zaufania sprawia, że później mężczyzna zwyczajnie nie wie, jak ma budować to zaufanie w relacji ze swoim dzieckiem czy partnerką. Nie wie, co jest normalne, dopuszczalne, a co nie”.
Dodatkowo, może pojawić się nieuświadomiona złość na własne dziecko za to, że ono może być po prostu dzieckiem. Może być nieodpowiedzialne, roszczeniowe, egoistyczne – podczas gdy on sam tego prawa nigdy nie miał. To tworzy niebezpieczną mieszankę ambiwalentnych uczuć.
Jak zrzucić zbroję
Uzdrowienie z parentyfikacji dla mężczyzny to proces rozbrojenia wewnętrznego „małego bohatera”. To nauka, że prawdziwa siła nie polega na noszeniu pancerza odpowiedzialności za innych, ale na umiejętności rozpoznawania i szanowania własnych granic oraz potrzeb. To symboliczne oddanie rodzicom ich odpowiedzialności za ich życie i wybory.
Jak zauważa Rusiniak, kluczem jest uświadomienie sobie mechanizmów. „Jeśli ten młody mężczyzna ma w sobie motywację do dobrego życia, potrafi rozpoznać swoje emocje, nazywać je, przeżyć, wie, jak działają mechanizmy, które rządzą funkcjonowaniem rodziny z problemem alkoholowym, ma potencjał do tworzenia dobrego związku i dobrej rodziny. Od tego jest też terapia”.
Ci „mali mężczyźni” noszą w sobie chłopców, którzy nigdy nie mogli być po prostu chłopcami. Ich droga do autentycznej męskości – opartej na wyborze, a nie na przymusie, na odpowiedzialności za siebie, a nie za wszystkich dookoła – to proces odzyskiwania siebie. Pierwszym krokiem jest uznanie: ta zbroja była za ciężka, za duża i nigdy nie powinna była trafić na moje dziecięce barki.






Dodaj komentarz