
Bliscy osób z uzależnieniem – także od narkotyków – żyją w stanie nieustannego napięcia. Odbierają telefony w środku nocy, spłacają długi, usprawiedliwiają w pracy za partnera czy dziecko w szkole, czuwają, kontrolują, ratują. Boją się, że jeśli przestaną, wydarzy się tragedia. Gdzie kończy się troska, a zaczyna wyniszczające poczucie odpowiedzialności za cudze życie? Terapeutka uzależnień pracująca w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach opowiada o tym, jak pracować z lękiem, budować bezpieczne granice i odzyskiwać wpływ – bez obwiniania i bez odcinania miłości.
Redakcja: Skąd bierze się lęk bliskich, że jeśli przestaną ratować osobę z uzależnieniem, wydarzy się coś złego?
Dorota Bąk: Ten lęk nie bierze się z nadwrażliwości ani z potrzeby kontroli. On bardzo często ma swoje korzenie w realnych doświadczeniach zagrożenia. Bliscy osób z uzależnieniem – szczególnie od narkotyków – nierzadko przeżyli sytuacje przedawkowania, nagłego zniknięcia, kontaktu z dilerami, konfliktów z prawem, hospitalizacji czy prób samobójczych. W ich pamięci zapisane są obrazy chaosu i bezradności. Wówczas „ratowanie” przestaje być nadopiekuńczością, a staje się strategią przetrwania.
W nurcie TSR nie podważamy tego lęku. Nie mówimy: „Przesadzasz” ani „Musisz się odciąć”. Zamiast tego uznajemy, że w tamtym czasie te reakcje miały sens. One były próbą ochrony życia, zdrowia, rodziny. Każde zachowanie, nawet jeśli dziś wydaje się nadmiarowe, kiedyś było najlepszym dostępnym rozwiązaniem.
Problem zaczyna się wtedy, gdy ratowanie staje się automatyczne i chroniczne. Gdy bliski żyje w stałej gotowości bojowej, odbiera telefony o trzeciej w nocy, spłaca długi, usprawiedliwia osobę z uzależnieniem w pracy lub przed rodziną. Wtedy organizm funkcjonuje jak w stanie permanentnego alarmu. To wyczerpuje.
Lęk jest też związany z iluzją odpowiedzialności. Bliscy często wierzą, że jeśli nie zareagują natychmiast, będą współwinni tragedii. W ich wewnętrznym dialogu pojawia się zdanie: „Jeśli coś się stanie, a nic nie zrobię, to przeze mnie”. To ogromne obciążenie psychiczne.
W TSR pomagamy oddzielić realne zagrożenie od poczucia totalnej odpowiedzialności. Zadajemy pytania: „Na co naprawdę masz wpływ?”, „Co należy do ciebie, a co do drugiej osoby?”. Już samo to porządkowanie przynosi ulgę. Lęk nie znika, ale przestaje być jedynym kompasem działania.
Dlaczego ratowanie daje złudne poczucie kontroli?
Ratowanie działa jak szybki środek uspokajający. Gdy bliski reaguje natychmiast – odbiera, jedzie, płaci, załatwia – napięcie chwilowo spada. Pojawia się wrażenie: „Zrobiłem coś. Nie jestem bierny”. To bardzo silny mechanizm regulowania własnych emocji.
W rzeczywistości jednak ratowanie nie daje realnej kontroli nad uzależnieniem. Ono daje poczucie wpływu, ale nie zmienia decyzji osoby dotkniętej uzależnieniem. Można spłacić dług, ale nie można podjąć za kogoś decyzji o niebraniu. Można wyciągnąć z komisariatu, ale nie można przeżyć za kogoś konsekwencji.
W TSR często pracujemy na wyjątkach. Pytamy: „Czy zdarzyło się, że ratowałeś, a mimo to sytuacja się powtórzyła?” Albo: „Czy były momenty, gdy nie zareagowałeś od razu, a świat się nie zawalił?”. Te pytania nie mają obnażać bezsilności, tylko pomóc zobaczyć realny zakres wpływu.
Ratowanie bywa też próbą redukcji własnego lęku. To zrozumiałe. Problem w tym, że im częściej ktoś ratuje, tym bardziej utrwala przekonanie, że bez niego druga osoba sobie nie poradzi. A to odbiera przestrzeń na odpowiedzialność osobie z uzależnieniem.
Zmiana zaczyna się wtedy, gdy bliski zobaczy, że może regulować swoje emocje inaczej niż poprzez natychmiastową interwencję. Że może zrobić pauzę. Że może sprawdzić, czy to realne zagrożenie życia, czy raczej kryzys emocjonalny. To małe różnice, ale fundamentalne.
Jak odróżnić realne zagrożenie od nadmiarowego poczucia odpowiedzialności?
To jedno z kluczowych pytań w pracy z rodzinami. W TSR wprowadzamy bardzo konkretne rozróżnienie: reagowanie na zagrożenie życia to odpowiedzialność. Ratowanie przed konsekwencjami – to już coś innego.
Jeśli pojawiają się objawy przedawkowania – utrata przytomności, spłycony oddech – reakcja jest jasna: wzywamy pomoc medyczną. To nie jest współuzależnienie, to ochrona życia. Jeśli jednak osoba z uzależnieniem dzwoni, bo potrzebuje pieniędzy „na spłatę długu”, sytuacja ma inny charakter. To nie jest bezpośrednie zagrożenie życia, choć emocjonalnie może być tak odbierane.
Pracujemy nad stworzeniem planu bezpieczeństwa. Konkretnego: „Jeśli wydarzy się X, zrobię Y”. Taki plan zmniejsza chaos i panikę. Bliski nie musi reagować impulsywnie, bo ma ustalone kryteria.
Drugim krokiem jest praca nad przekonaniami. Często pojawia się myśl: „Jeśli nie pomogę, stanie się tragedia”. Pytam wtedy: „Skąd wiesz?”, „Czy zawsze tak było?”. Czasem okazuje się, że lęk opiera się bardziej na wyobrażeniach niż na faktach.
To rozróżnienie nie jest po to, by odbierać komuś wrażliwość. Jest po to, by przywrócić proporcje. Bo kiedy każda sytuacja jest traktowana jak katastrofa, organizm nie ma szansy na regenerację.
Jak pracować z lękiem, nie podważając troski i miłości bliskich?
Najpierw poprzez uznanie. Mówię wprost: „To, że się boisz, świadczy o tym, jak bardzo ci zależy”. Troska nie jest problemem. Problemem jest jej koszt. W TSR nie mówimy: „Musisz przestać się bać”. Raczej pytamy: „Co pomaga ci choć trochę obniżyć napięcie?”. Szukamy wyjątków – momentów, gdy lęk był mniejszy. Co wtedy było inaczej? Może ktoś był obok. Być może była rozmowa. Może była informacja zwrotna od lekarza.
Uczymy też mikro-pauzy. Zanim zareagujesz, zadaj sobie pytanie: „Czy to sytuacja zagrożenia życia, czy trudna emocjonalnie?”. Ta sekunda refleksji bywa przełomowa.
Ważna jest również praca nad własnym życiem bliskiego. Lęk rośnie, gdy całe życie kręci się wokół uzależnienia. Gdy pojawiają się inne źródła sensu – praca, relacje, pasje – napięcie stopniowo maleje. To nie jest egoizm. To odbudowywanie równowagi.
Czy małe zmiany naprawdę mają znaczenie?
W TSR wierzymy, że zmiana nie musi być rewolucją. Czasem pierwszym krokiem jest nieodebranie jednego telefonu. Albo powiedzenie: „Nie dam pieniędzy, ale mogę pomóc znaleźć terapię”. Małe zmiany zmieniają dynamikę systemu rodzinnego. Osoba z uzależnieniem zaczyna doświadczać konsekwencji swoich decyzji. Bliski zaczyna odzyskiwać energię.
Co ważne – te zmiany testujemy. Nie zakładamy, że muszą być na zawsze. To eksperyment: „Sprawdźmy, co się stanie, jeśli zrobisz X przez tydzień”. Taka perspektywa zmniejsza lęk. Zmiana to proces. A proces zaczyna się od jednego, wykonalnego kroku.
Jak budować plan bezpieczeństwa, który zmniejsza panikę?
Plan bezpieczeństwa to konkret. Spisane zasady: kiedy reaguję, a kiedy nie. Kogo wzywam. Gdzie dzwonię. Co robię w sytuacji agresji. Kiedy plan jest nazwany, lęk staje się bardziej oswojony. Bliski wie, że nie musi wymyślać wszystkiego w chaosie. To przywraca poczucie wpływu – realnego, nie iluzorycznego. Plan obejmuje też dbanie o siebie: „Jeśli sytuacja mnie przerasta, dzwonię do…”, „Idę na grupę wsparcia”. To równie ważne jak reagowanie na kryzys osoby z uzależnieniem.
Czy zmiana bliskich może wpłynąć na osobę borykającą się z uzależnieniem?
Tak, ale nie w sposób bezpośredni i nie poprzez kontrolę. Nie mamy mocy, by podjąć decyzję o trzeźwieniu za drugą osobę. Mamy natomiast realny wpływ na kontekst, w którym ta osoba funkcjonuje – a kontekst bywa czynnikiem kluczowym.
Uzależnienie, szczególnie od narkotyków, nie dzieje się w próżni. Ono zawsze funkcjonuje w relacjach. W systemie rodzinnym tworzą się określone role, reakcje i schematy. Jedna osoba bierze na siebie odpowiedzialność, druga unika konsekwencji, ktoś łagodzi konflikty, ktoś inny milczy. To nie jest kwestia winy, lecz adaptacji do chronicznego stresu. Te strategie – choć kiedyś chroniły rodzinę przed rozpadem – z czasem zaczynają utrwalać uzależnienie.
Kiedy bliscy zaczynają zmieniać swoje reakcje, system traci równowagę. Jeśli partner przestaje spłacać długi czy usprawiedliwiać nieobecności w pracy, a siostra odmawia kolejnej pożyczki – osoba z uzależnieniem doświadcza rzeczywistości w bardziej bezpośredni sposób. Pojawiają się konsekwencje, które wcześniej były amortyzowane. To nie jest kara. To przywrócenie naturalnego porządku odpowiedzialności.
W TSR często mówię rodzinom: „Nie możesz zmusić kogoś do zmiany, ale możesz przestać podtrzymywać to, co nie działa”. To subtelna, ale fundamentalna różnica. Zmiana bliskich nie polega na ultimatum czy emocjonalnym szantażu. Polega na przesunięciu granic i odzyskaniu wpływu na własne życie.
W praktyce widzę, że kiedy bliski przestaje funkcjonować w trybie ciągłego ratowania, osoba z uzależnieniem zaczyna doświadczać większej autonomii – a wraz z nią odpowiedzialności. Czasem budzi to złość, czasem eskaluje napięcie. System broni się przed zmianą. Ale z czasem może pojawić się refleksja: „Skoro nikt już mnie nie chroni przed skutkami, może coś jest po mojej stronie”.
Nie zawsze efekt jest natychmiastowy. Bywa, że osoba z uzależnieniem przez pewien czas testuje nowe granice. Jednak nawet wtedy zmiana po stronie bliskich przynosi realne korzyści – obniża ich napięcie, przywraca poczucie godności i zmniejsza chaos w domu. A stabilniejsze, spokojniejsze środowisko paradoksalnie zwiększa szansę, że ktoś zacznie rozważać leczenie.
Z perspektywy systemowej wystarczy, że jedna osoba zacznie reagować inaczej, by cała relacyjna układanka musiała się przestawić. To trochę jak w mechanizmie zegarka – poruszenie jednego trybiku zmienia ruch wszystkich pozostałych. Nie wiemy dokładnie, kiedy pojawi się decyzja o terapii, ale wiemy, że zmiana dynamiki relacji zwiększa prawdopodobieństwo odpowiedzialnych wyborów.
Dlatego w TSR mówimy: zacznij od tego, na co masz wpływ. Nie od przekonywania, nie od straszenia, nie od kontrolowania. Od własnych granic, spójności i konsekwencji. To nie daje gwarancji trzeźwienia drugiej osoby, ale daje coś równie ważnego – odzyskanie równowagi przez cały system rodzinny. A to często staje się początkiem realnej zmiany.
Co powiedziałaby Pani bliskim, którzy wciąż boją się „odpuścić”?
Powiedziałbym: odpuszczenie ratowania nie oznacza odpuszczenia miłości. To oznacza zmianę sposobu jej wyrażania. Nie jesteś odpowiedzialny za czyjeś decyzje. Jesteś odpowiedzialny za swoje granice i swoje zdrowie. A dbając o siebie, paradoksalnie zwiększasz szansę, że druga osoba zacznie brać odpowiedzialność za siebie.
Dziękuję za rozmowę.
Dorota Bąk – certyfikowana specjalistka psychoterapii uzależnień, absolwentka Studium Terapii Uzależnień Instytutu Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Z Klientami pracuje w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. Jest realizatorką Programu CANDIS, który jest ambulatoryjnym programem terapeutycznym skierowanym do osób z uzależnieniem od przetworów konopi, realizatorką programu wcześniej interwencji FreD Goes Net skierowanego do młodzieży używającej substancji psychoaktywnych. Ukończyła także szkolenie przygotowujące do prowadzenia Programu Ograniczania Picia (POP) zgodnie z wymogami PARPA oraz szkolenie Psychoterapia Uzależnień Dzieci i Młodzieży współfinansowane przez Krajowe Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom. W latach 2021-2023 pracowała z młodzieżą używającą substancji psychoaktywnych w Poradni Leczenia Uzależnień dla Dzieci i Młodzieży Mazowieckiego Centrum Neuropsychiatrii w Warszawie. Aktualnie związana z Fundacją UNA, gdzie prowadzi terapię indywidualną i grupową dla osób dorosłych i młodzieży zmagających się z uzależnieniem, grupy wsparciowo-warsztatowe, warsztaty psychoedukacyjne oraz koordynuje projekty dotyczące uzależnień.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz