
Każdy dzień zaczynał podobnie – telefon, szybka masturbacja, przegląd treści, które chwilowo rozładowywały napięcie. Praca, spotkania, rozmowy z bliskimi – wszystko podporządkowane rytuałom, które na początku wydawały się niewinne. 32-letni Kacper opowiada o tym, jak potrzeba masturbacji powoli zaczęła kierować jego dniem, relacjami i emocjami, oraz o tym, jak stopniowo odzyskał nad nimi kontrolę. To historia o codziennym balansowaniu między pragnieniem a świadomością, między przyjemnością a odpowiedzialnością.
Redakcja: Opisz typowy poranek, kiedy jeszcze wszystko podporządkowane było uzależnieniu.
Kacper: Budzik dzwonił, a ja leżałem jeszcze kilka minut w łóżku, przeglądając telefon. To była pierwsza czynność, zanim wstałem – sprawdzałem nowe treści, powtarzałem gesty, które stały się automatyczne. Czasami to była tylko sekunda, czasem kilkanaście minut. Dopiero potem brałem prysznic, ubierałem się, czasem kolejna sesja w łazience. Nawet przygotowanie śniadania było zdominowane przez myśl „aaaa potem mogę…”. Na początku nie czułem winy, było to po prostu coś, co sprawiało mi przyjemność i dawało poczucie odprężenia. Jednak z czasem zauważyłem, że każdy dzień planowałem wokół tego rytuału. Świadomość tego pojawiła się dopiero, gdy zaczęło to przeszkadzać w pracy i w relacjach. Poranki były dla mnie metaforą całego problemu – automatyczny start w dzień, w którym przyjemność była ważniejsza niż obowiązki czy relacje. To był moment, kiedy uświadomiłem sobie, że coś wymyka się spod kontroli, że mój czas jest podporządkowany nawykowi, który kiedyś wydawał się niewinny.
Jak reagowałeś, kiedy pojawiało się napięcie lub stres w pracy?
Zaczynałem szukać szybkiej ulgi, bo stres stawał się trudny do zniesienia. Jeśli projekt w pracy był wymagający, nie mogłem od razu wrócić do relaksu na sportowo czy kontaktu z przyjaciółmi. Natychmiast pojawiała się myśl: „a może chwilę przy tym, co zwykle?” – czyli pornografia lub fantazje seksualne. Dawało to krótką ulgę, ale nie rozwiązywało problemu. Czułem się jak w pułapce – wiem, że powinienem inaczej, ale mózg domagał się nagrody, przyjemności, rozładowania napięcia. Te rytuały pozwalały przetrwać trudniejsze chwile, ale stopniowo zaczęły przejmować miejsce innych sposobów radzenia sobie z problemami. To była nauka, że trzeba znaleźć równowagę, bo łatwo można zastąpić wszystkie normalne strategie przetrwania tym jedynym, łatwym nawykiem, który na krótką metę wydaje się rozwiązaniem, a w dłuższej perspektywie sam staje się problemem.
Co jest dla Ciebie największym zaskoczeniem, gdy patrzysz wstecz?
Najbardziej uderzyło mnie to, że moje uzależnienie rozwijała się powoli, prawie niezauważalnie. Na początku wszystko wydawało się normalne – przecież każdy ma swoje rytuały, a ja miałem przyjemność i chwilę relaksu. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że myślenie o masturbacji i seksie zaczęły wpływać na mój dzień, decyzje i relacje. To zaskakujące, jak mózg przyzwyczaja się do krótkiej nagrody i oczekuje jej coraz częściej. Nie czułem początkowo, że to problem – po prostu tak było wygodnie. Ale potem zobaczyłem, że straciłem część spontaniczności, że relacje zaczęły cierpieć, a codzienność była podporządkowana przyjemności, która nigdy nie była zła sama w sobie, ale wymagała uważności. To była lekcja, że nawet niewinne nawyki mogą zmienić sposób, w jaki żyjemy, jeśli nie jesteśmy świadomi mechanizmów, które nimi rządzą.
Jak wyglądały dni, kiedy próbowałeś się powstrzymać?
Dni były trudne i pełne pokus. Pierwsze godziny były łatwe, bo mogłem zająć się czymś innym – sport, spacer, hobby. Ale wieczory i chwile samotności były wyzwaniem. Pojawiało się napięcie, irytacja, myśli typu „zrób to, co zwykle, przecież nic się nie stanie”. Z czasem nauczyłem się obserwować te reakcje i zatrzymywać się, próbując wybierać inne działania. Czasem działało – czytałem książkę, spotykałem się ze znajomymi, wychodziłem na trening. Czasem wracałem do starych przyzwyczajeń, ale każde takie doświadczenie było lekcją. Najważniejsze było uświadomienie sobie, że mogę reagować inaczej i stopniowo zmieniać swoje zachowanie. Nie było łatwo, ale każdy dzień, kiedy udawało się powstrzymać, dawał poczucie kontroli i satysfakcji, że mogę żyć inaczej niż wcześniej.
Twoja partnerka nic nie dostrzegała?
Pojawiło się między nami trochę napięcia. Partnerka zauważyła, że czasem jestem zamknięty, mniej obecny emocjonalnie, że unikam rozmów. Nie wiedziałem wtedy, jak wytłumaczyć, że to nie jej wina ani brak uczuć, tylko rytuały, które przejmowały część mojego dnia. Początkowo było trochę nieporozumień i frustracji, bo każdy z nas widzi sytuację inaczej. Z czasem otwartość i szczerość pozwoliły jej zrozumieć, że problem leży w moich przyzwyczajeniach, a nie w naszych relacjach. Dzięki temu mogliśmy razem znaleźć sposoby, które pomagały mi się kontrolować i nie wpływać na nasz związek. To pokazało, że wsparcie bliskich jest niezwykle ważne, nawet jeśli problem wydaje się „prywatny”.
Który moment w terapii był dla ciebie przełomowy?
Najważniejsze było uświadomienie sobie mechanizmów własnego zachowania. Zrozumiałem, że przyzwyczajenia seksualne nie są złe same w sobie – problem pojawia się, gdy przejmują kontrolę nad codziennym życiem. Moment przełomowy to było zrozumienie, że mogę wybierać, kiedy i w jaki sposób reaguję na emocje i napięcie. Zaczynałem dostrzegać swoje myśli, zamiast poddawać się automatycznym impulsom. To było stopniowe uświadamianie sobie schematów, które powtarzałem przez lata, i nauka nowych, zdrowszych reakcji. To przywracało mi poczucie sprawczości i kontroli.
Jak wygląda teraz twój dzień?
Poranek już nie zaczyna się od telefonu. Wstaję, robię kawę, ćwiczę, planuję dzień spokojnie. Po pracy znajduję czas na kontakty z ludźmi, hobby, aktywności, które kiedyś odkładałem. Oczywiście czasem pojawia się myśl o starych rytuałach, ale nie są już centralnym punktem dnia. To nie oznacza, że problem zniknął, ale nauczyłem się równowagi i planowania dnia, w którym mogę funkcjonować normalnie. Czerpię przyjemność z relacji, sportu, spotkań z przyjaciółmi i małych codziennych rzeczy. To daje poczucie spokoju i satysfakcji, którego wcześniej mi brakowało.
Co było najtrudniejsze w tym procesie?
Chyba nauczenie się innego sposobu reagowania na stres i napięcie. Nie chodziło o całkowitą rezygnację z przyjemności, tylko o świadome wybory. Ciało i umysł przez lata przyzwyczaiły się do automatycznych reakcji, więc każda zmiana wymagała cierpliwości i uważności. Były dni, gdy wracałem do starych nawyków, gdy stres testował moją wytrwałość. Najtrudniejsze było przyznanie przed sobą, że potrzebuję wsparcia i że zmiana wymaga czasu. To była lekcja pokory, ale też szansa na rozwój i naukę życia w harmonii ze sobą.
Co teraz jest dla ciebie najważniejsze w życiu?
Stawiam na zachowanie równowagi i świadomości własnych potrzeb. Chcę, żeby seksualność była częścią życia, a nie jego centrum. Staram się wybierać świadomie – jak spędzam czas, jak reaguję na emocje i napięcie. Każdy dzień to ćwiczenie uważności i planowania, które pozwala cieszyć się relacjami, bliskością i codziennymi doświadczeniami. To proces, który wciąż trwa, ale już wiem, że mogę żyć w harmonii ze sobą i swoimi potrzebami, bez podporządkowywania wszystkiego starym nawykom.






Dodaj komentarz