
Ma 37 lat, pięcioletnie dziecko i męża, z którym jest od dziesięciu lat. Przez lata prowadziła podwójne życie – jedno widoczne dla świata, drugie – ukryte, pełne wstydu i przymusu. Uzależnienie od pornografii i kompulsywnej masturbacji było dla niej ucieczką od napięcia i samotności. Dziś jest w terapii, a jej małżeństwo próbuje przetrwać prawdę, która przyszła zbyt późno.
Dom, w którym trzeba było uważać
Dorastała w domu, w którym najważniejszą umiejętnością było wyczuwanie nastrojów. Ojciec pił. Czasem tygodniami funkcjonował „normalnie”, po czym znikał w alkoholu na kilka dni. Nigdy nie było wiadomo, w jakim stanie wróci.
– Zanim jeszcze umiałam to nazwać, wiedziałam, że muszę być ostrożna – mówi. – Sprawdzałam ton głosu, krok, spojrzenie. To było jak życie na polu minowym.
Matka próbowała „utrzymać dom”. Nie rozmawiało się o problemach. Alkohol był tematem, który istniał, ale nikt go nie wypowiadał. Emocje nie miały przestrzeni. Dziecko miało być grzeczne, spokojne, nie sprawiać kłopotów.
– Bardzo wcześnie nauczyłam się, że moje potrzeby są nieważne. Że lepiej ich nie mieć – wspomina.
O cielesności i seksualności nie rozmawiało się wcale. Były tematem wstydliwym, czymś, co istnieje, ale nie powinno być wypowiadane. Bliskość kojarzyła jej się raczej z napięciem i niepewnością niż z bezpieczeństwem.
Pierwsza ucieczka
Pierwszy kontakt z pornografią pojawił się wcześnie. Nie był efektem ciekawości czy poszukiwania przyjemności. Był reakcją na przeciążenie emocjonalne.
– To było jak wyłączenie świata. Na chwilę wszystko cichło – mówi.
Pornografia i masturbacja szybko zaczęły pełnić funkcję regulującą. Dawały ulgę bez konieczności rozmowy, bez ryzyka odrzucenia, bez konfrontacji. Stały się prywatnym azylem, do którego mogła uciec zawsze.
– Dziś wiem, że to była moja pierwsza strategia radzenia sobie z emocjami – dodaje.
Przez lata nie postrzegała tego jako problemu. Traktowała to jak coś prywatnego, odrębnego od reszty życia. Tajemnicę, która nikogo nie dotyczy.
Dorosłość i iluzja normalności
Gdy poznała przyszłego męża, była już dorosłą kobietą. Stabilną, pracującą, z zewnątrz poukładaną. On dawał jej coś, czego wcześniej nie znała: spokój, przewidywalność, bezpieczeństwo.
– Myślałam, że miłość wszystko naprawi – mówi. – Że skoro ktoś mnie kocha, to reszta się jakoś ułoży.
Przez pierwsze lata związku naprawdę w to wierzyła. Założyli rodzinę, pojawiło się dziecko. Na zewnątrz byli „normalnym” małżeństwem.
Ale uzależnienie nie zniknęło. Zmieniło tylko formę.
Podwójne życie
Pornografia i masturbacja przestały mieć związek z przyjemnością. Stały się przymusem. Reakcją na stres, zmęczenie, frustrację, poczucie niewystarczalności. Zdarzało się kilkanaście razy dziennie. W domu, pracy. W każdej chwili, gdy pojawiał się impuls.
– To nie było już „chcę”. To było „muszę” – mówi.
Po każdym epizodzie pojawiał się wstyd, obrzydzenie do samej siebie i obietnica, że to ostatni raz. A potem kolejny impuls i kolejne złamanie obietnicy. Mechanizm, który napędzał się sam.
Mąż widział, że coś jest nie tak. Oddalanie się, brak bliskości emocjonalnej, napięcie. Nie znał przyczyny. Szukał jej w sobie.
– Myślał, że jest niewystarczający. Że mnie nie pociąga. Że zrobił coś źle – opowiada.
Zanim przyznała się do uzależnienia, próbowała zrzucić winę na niego. Krytykowała, wytykała brak zaangażowania, sugerowała, że to on zaniedbuje relację.
– Dziś wiem, że to była obrona. Gdyby problem był w nim, ja nie musiałabym spojrzeć na siebie.
Moment prawdy
Przełom przyszedł po jednej z kolejnych kłótni. Mąż zapytał wprost, czy ona w ogóle jest jeszcze w tym małżeństwie. Czy chce z nim być. Czy jest uczciwa.
– Nie miałam już siły kłamać – mówi.
Powiedziała mu wszystko. O pornografii, kompulsjach. O tym, że masturbuje się kilkanaście razy dziennie, także w pracy. Widziała, jak jej słowa fizycznie go przygniatają.
– Dla niego to było jak zdrada. Może nawet gorsza, bo niewidzialna.
Czuł się oszukany, odsunięty z najintymniejszej przestrzeni. Jak ktoś, kto przez lata był w związku, ale bez dostępu do prawdy.
Terapia: zderzenie z samą sobą
Na terapię poszła rok temu.
– Nie poszłam ratować małżeństwa. Poszłam, bo nie mogłam już znieść samej siebie – mówi.
Pierwsze spotkania były konfrontacją. Z ciszą, z pytaniami, na które nie da się odpowiedzieć ogólnikiem. Z odpowiedzialnością, której nie da się przerzucić na innych.
– Myślałam, że terapeuta powie mi, co robić. Tymczasem on bardziej pytał, niż mówił. A ja musiałam zacząć mówić prawdę.
Na terapii po raz pierwszy zobaczyła swoje uzależnienie nie jako „dziwny nawyk”, ale jako system. Mechanizm obronny wyuczony bardzo wcześnie. Strategię przetrwania, która przestała działać.
– Zrozumiałam, że pornografia nie była problemem. Problemem było to, że nie umiałam być z emocjami, z samą sobą.
Praca terapeutyczna polega na rozkładaniu impulsów na części. Co się wydarzyło., co poczuła, co pomyślała, co zrobiła. Bez ocen, ale i bez ucieczki.
– Uczę się zatrzymywać pomiędzy bodźcem a reakcją. To dla mnie najtrudniejsze.
Terapia nie polega na zakazach. Polega na uczeniu się tolerowania dyskomfortu. Smutku. Złości. Napięcia. Bez natychmiastowego „rozładowania”.
– To strasznie niewygodne. Czasem mam wrażenie, że skóra mnie swędzi od emocji. Ale to pierwszy raz, kiedy ich nie zagłuszam.
Jednym z najważniejszych odkryć było uświadomienie sobie, jak bardzo jest odcięta od ciała – paradoksalnie, mimo kompulsywnej seksualności.
– Moje ciało było narzędziem, nie domem. Teraz uczę się je odzyskiwać.
Pracuje też nad poczuciem wstydu. Tym głębokim, zakorzenionym przekonaniem, że „coś jest ze mną nie tak”.
– Wstyd był paliwem uzależnienia. Im więcej wstydu, tym większa potrzeba ucieczki.
Małżeństwo po prawdzie
Są nadal razem. Ale to inne małżeństwo. Bardziej kruche. Ostrożne. Zbudowane na rozmowach, które wcześniej nie istniały.
Mąż próbuje jej zaufać na nowo. Czasem sprawdza. Czasem się wycofuje. Ona to rozumie.
– Zaufanie nie wraca od słów. Wraca od czasu i konsekwencji – mówi.
Uczą się nowej bliskości. Wolniejszej. Mniej intensywnej. Bardziej obecnej.
– Seks przestał być ucieczką. Stał się rozmową. I to bywa trudniejsze niż cisza.
Najważniejszą motywacją jest dziecko. Nie chce, by dorastało w domu pełnym napięcia i tajemnic, jak ona kiedyś.
– Nie chcę powielać tego, co sama dostałam – mówi.
Mówi, że jest w procesie. Że zdrowienie to codzienna decyzja, nie jednorazowy akt odwagi.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz