
Gdy myślimy o kryzysach zdrowia psychicznego, w naszej świadomości społecznej istnieje pewna hierarchia cierpienia. Z jednej strony stoi depresja – coraz częściej rozumiana jako choroba, uwarunkowana biologicznie, zasługująca na leczenie i empatię. Z drugiej – zaburzenia odżywiania, które wciąż dla wielu pozostają mglistym obszarem „dziwnych nawyków żywieniowych” lub świadomych wyborów. Osoby cierpiące z powodu anoreksji, bulimii czy zaburzenia z napadami objadania się spotykają się z większym brakiem zrozumienia i ostrzejszym społecznym osądem niż osoby z depresją.
Badanie: mapa uprzedzeń
Badacze postanowili zmierzyć te społeczne uprzedzenia w sposób systematyczny. Grupę 235 osób z ogólnej populacji poproszono o wypełnienie kwestionariuszy oceniających ich nastawienie do różnych stanów psychicznych. Wyniki były jednoznaczne: wszystkie trzy typy zaburzeń odżywiania (anoreksja, bulimia, zaburzenie z napadami objadania) były oceniane surowiej niż depresja.
Co zaskakujące, szczególnym bagatelizowaniem i stygmatyzacją obarczone było zaburzenie z napadami objadania się. Choć na pierwszy rzut oka uczestnicy wydawali się oceniać je „łagodniej”, to właśnie osoby z tym zaburzeniem były najczęściej sprowadzane do krzywdzącego stereotypu o „braku silnej woli” i „przesadnym jedzeniu”.
„To twój wybór” – dlaczego zaburzenia odżywiania są tak źle rozumiane?
Skąd bierze się ta surowość? Klucz leży w sposobie, w jaki społeczeństwo interpretuje przyczyny. Depresja, dzięki wieloletniej edukacji, powoli przechodzi w sferę chorób wymagających wsparcia medycznego. Tymczasem zaburzenia odżywiania wciąż widziane są przez pryzmat świadomego stylu życia, wyborów dietetycznych czy słabości charakteru.
To głęboko niesprawiedliwe i błędne spojrzenie. Zaburzenia odżywiania są poważnymi, złożonymi chorobami psychicznymi o udowodnionych podłożach biologicznych, genetycznych i psychologicznych. Nie są „fanaberią” ani „modą”. To stan, w którym relacja z jedzeniem i własnym ciałem staje się polem bitwy o kontrolę, ucieczką od nieznośnych emocji lub krzykiem o pomoc, którego nikt nie słyszy. Sprowadzenie tego cierpienia do kwestii „silnej woli” jest nie tylko ignoranckie, ale i okrutne.
„Po prostu weź się w garść” – głosy zza ekranu
Presja i niezrozumienie, które mierzyło badanie, znajdują swoje najostrzejsze odbicie w przestrzeni internetu. Anonimowość daje przyzwolenie na hejt, który potrafi zatrzymać proces zdrowienia i pogłębić poczucie winy i wstydu. Oto kilka głosów, które pokazują, z czym mierzą się osoby w chorobie:
„Kiedy po raz pierwszy publicznie napisałam o mojej walce z bulimią, pod postem pojawiły się komentarze: 'O, kolejna panienka, która wymiotuje, żeby być chudą. Nie masz problemu, masz problem z głową’. To 'głowa’ to właśnie było całe sedno, o którym oni nie mieli pojęcia. Ale ten komentarz sprawił, że zamknęłam się na kolejne dwa lata.” – Magda, 28 lat
„Przez lata moje zaburzenie objadania było tematem żartów nawet wśród znajomych. 'O, patrzcie, Jan dzisiaj znowu pracuje nad swoją formą’ – słyszałem, gdy biorąc dokładkę. W sieci jest jeszcze gorzej. Na forach o odchudzaniu, gdy szczerze pytałem o pomoc, dostawałem w odpowiedzi: 'Przestań żreć, glutorze’. To słowo 'glutor’ ścigało mnie potem w myślach przy każdym posiłku.” – Jan, 34 lata
„W anoreksji często słyszy się: 'Ale ty jesteś szczupła, zazdroszczę!’. To komplement, który brzmi jak wyrok. Gdy w trakcie leczenia zaczęłam przybierać na wadze, te same osoby pisały: 'Uważaj, widzę, że się rozpuściłaś’. Nie ma dobrej drogi. Jesteś albo 'chora na uwagę’, albo 'bezwolna’. Nikt nie widzi osoby, która się boi.” – Laura, 21 lat
Konsekwencje stygmatyzacji: błędne koło cierpienia
Niezrozumienie i osąd mają bardzo realne, dramatyczne konsekwencje. Badanie wyraźnie wskazuje, że presja społeczna utrudnia osobom z zaburzeniami odżywiania aktywne szukanie pomocy. Wstyd i obawa przed oceną („uzna mnie za słabą”, „pomyśli, że jestem próżna”) sprawiają, że choroba tli się w ukryciu, często przez lata.
To tworzy błędne koło: im bardziej ktoś ukrywa swój stan, tym bardziej izoluje się od potencjalnego wsparcia. Samotność pogłębia cierpienie emocjonalne, które z kolei napędza destrukcyjne zachowania żywieniowe. Droga do zdrowienia wydłuża się, a szanse na pełne wyzdrowienie maleją. Stygmatyzacja nie jest więc jedynie „niemiłym dodatkiem” do choroby – jest aktywną barierą na drodze do leczenia.
Edukacja zamiast osądu: jak możemy pomóc?
Co możemy zrobić? Autorzy badania i praktycy podkreślają znaczenie edukacji i zmiany narracji.
- Mówmy o tym jak o chorobie: Kluczowe jest przesunięcie dyskursu z „to jest twój wybór” na „to jest zaburzenie psychiczne wymagające wsparcia„. To fundamentalna różnica, która odbiera stygmatowi paliwo.
- Słuchajmy, nie oceniajmy: Gdy ktoś dzieli się swoją walką, naszą rolą nie jest dawanie rad („po prostu jedz”), tylko okazanie zrozumienia i zaproponowanie pomocy w znalezieniu specjalisty.
- Uważajmy na język: Komentarze o ciele, wadze czy „samodyscyplinie” żywieniowej mogą – nawet niechcący – ranić osoby zmagające się z zaburzeniami. Wrażliwość w tym temacie jest bezcenna.
Walka z zaburzeniami odżywiania toczy się na dwóch frontach: wewnętrznym – z chorobą, i zewnętrznym – z niezrozumieniem społecznym. Ta druga walka jest całkowicie zbędna. Warto pamiętać, że za każdym „dziwnym” nawykiem żywieniowym, za każdym postem o „idealnym ciele” lub za milczeniem przy stole, może kryć się człowiek prowadzący wyczerpującą, niewidoczną walkę. Nasza empatia i gotowość do zrozumienia, potwierdzone przez najnowszą naukę, mogą być dla niego pierwszym krokiem do wyjścia z cienia.






Dodaj komentarz