
Każda wolna chwila, każdy moment nudy czy stresu – w telefonie. 24-letnia Natalia opowiada, jak
Instagram i TikTok wciągnęły ją w wir powiadomień, lajków i porównań, który zaczął decydować o
jej nastrojach, relacjach i rytmie dnia. To historia o tym, jak trudno zauważyć granicę między pasją
a uzależnieniem i jak krok po kroku odzyskiwać kontrolę nad własnym życiem.
Redakcja: Opowiedz, jak wyglądał Twój typowy dzień, gdy media społecznościowe wypełniały
większość Twojego czasu.
Natalia: Każdy dzień zaczynał się od telefonu, zanim jeszcze wstałam z łóżka. Budzik? Czasem, ale
najpierw scrollowałam Instagram i TikToka, sprawdzałam stories znajomych, lajki, komentarze. Na
początku były to krótkie chwile – kilka minut. Ale bardzo szybko te minuty zamieniały się w godziny.
W drodze na uczelnię, w przerwach między zajęciami, w kolejce do sklepu – cały czas byłam online.
Nawet, gdy spędzałam czas z przyjaciółmi, myśli krążyły wokół telefonu, nowych powiadomień i
treści, które ominęłam. Zauważyłam, że coraz trudniej było mi przerwać scrollowanie – gdy
próbowałam, pojawiało się poczucie lęku i niepokoju. Media społecznościowe nie były już tylko
rozrywką – stawały się mechanizmem kontrolującym mój rytm dnia, emocje i samopoczucie. To było
jak codzienne sprawdzanie, czy wszystko w świecie cyfrowym jest w porządku, a w tym czasie moje
własne życie czekało na mnie gdzieś obok.
Kiedy zdałaś sobie sprawę, że to już nie jest zwykła rozrywka?
Pojawiło się to nagle podczas weekendu, który miałam spędzić z przyjaciółmi. Zamiast rozmów i
śmiechu – non-stop scrollowałam, porównywałam swoje życie z innymi, przeglądałam treści, które
mnie stresowały lub wywoływały poczucie niedoskonałości. Nagle uświadomiłam sobie, że spędzam
całe godziny na czymś, co wcale mnie nie zadowala, a wręcz męczy. To był moment szoku –
zrozumiałam, że media społecznościowe, które miały być narzędziem do kontaktu i zabawy, stały się
źródłem stresu, uzależnienia i poczucia, że coś w moim życiu jest nie tak. To był pierwszy krok do
refleksji: jeśli nie zacznę tego kontrolować, wpadnę w sytuację, z której trudno będzie się wydostać.
Jakie emocje najczęściej prowadziły Cię do telefonu?
Na początku była to ciekawość i przyjemność – nowa treść, reakcje znajomych, kilka lajków dawało
poczucie satysfakcji. Potem pojawiły się emocje trudniejsze: samotność, stres, niepewność siebie.
Każda z tych emocji automatycznie uruchamiała mechanizm sięgania po telefon. Jeśli czułam się źle,
szukałam ulgi w scrollowaniu. To było jak natychmiastowe zastrzyk dopaminy, chwilowa ulga, która
trwała kilka minut, a potem pustka wracała. To cykl: napięcie – scrollowanie – chwilowa nagroda –
poczucie winy. Im dłużej tak funkcjonowałam, tym bardziej automatyczne stały się te reakcje. Nawet
w przyjemnych sytuacjach trudno było mi w pełni uczestniczyć, bo część uwagi była zawsze przy
telefonie i świecie wirtualnym.
Czy bliscy zauważyli, że coś jest nie tak?
Tak, rodzina i przyjaciele często zwracali uwagę, że ciągle sprawdzam telefon, że przerywam
rozmowy, żeby zobaczyć powiadomienia. Na początku bagatelizowałam to – „przecież wszyscy tak
robią”. Jednak z czasem konflikty i poczucie odseparowania stawały się coraz bardziej widoczne.
Spotkania z przyjaciółmi kończyły się moim scrollowaniem, a nie rozmową. Wtedy poczułam, że
problem jest poważny. Przyznałam się jednej przyjaciółce i to była ulga – nie musiałam już ukrywać,
że nie potrafię oderwać się od aplikacji. To też pozwoliło mi zastanowić się, jak zmienić moje nawyki i
odzyskać kontakt z rzeczywistością.
Jak reagowałaś, gdy próbowałaś ograniczyć czas spędzany w sieci?
Pierwsze próby były trudne. Nawet ustawienie limitów, wyłączenie powiadomień, odłożenie telefonu
– wywoływało lęk i niepokój. Miałam poczucie, że „coś mnie omija”, że przegapię ważne informacje,
wydarzenia, reakcje znajomych. Ale jednocześnie pojawiała się ulga – mała, ale realna. Z czasem
zauważyłam, że mogę funkcjonować bez tych wszystkich lajków. Pojawiła się świadomość, że życie
nie kręci się wokół powiadomień. To był proces powolny – wymagał cierpliwości i konsekwencji.
Pierwsze dni były trudne, potem tygodnie, aż w końcu zauważyłam, że mój czas należy do mnie, a nie
do aplikacji.
Czy studia zmieniły Twój rytm dnia i relacje z mediami społecznościowymi?
Rozpoczęcie studiów było punktem zwrotnym. Zajęcia, nowe obowiązki i spotkania wymuszały
koncentrację. Początkowo stresowałam się, że nie nadążam – przerwy wypełniałam telefonem. Ale z
czasem wprowadziłam inne aktywności: spotkania ze znajomymi, spacery, rysowanie. Telefon
przestał dyktować moje dni. Zaczęłam obserwować, kiedy naprawdę chcę używać mediów
społecznościowych, a kiedy jest to kompulsywny nawyk. Studia dały strukturę i pozwoliły na
świadome korzystanie z telefonu.
Co było najtrudniejsze w tym procesie?
Powiedziałabym, że zaakceptowanie, że to proces, że nie da się od razu wszystkiego zmienić. Każdy
dzień wymagał uwagi, refleksji i dyscypliny. Były chwile powrotu do starych przyzwyczajeń, pojawiał
się stres lub poczucie nudy, a wtedy telefon automatycznie stawał się ucieczką. Musiałam nauczyć się
rozpoznawać te chwile i reagować inaczej – rozmowa, spacer, notowanie myśli. To wymagało
cierpliwości i świadomości siebie. Najtrudniejsze było też odróżnienie potrzeby emocjonalnej od
realnej potrzeby korzystania z aplikacji. Ale każda mała zmiana dawała ogromną satysfakcję.
Jak dziś wyglądają Twoje relacje z Instagramem i TikTokiem?
Teraz korzystam świadomie. Media społecznościowe nie sterują moim dniem, nie dyktują nastroju
ani nie wpływają na moje relacje. Nadal scrolluję, oglądam, komentuję, ale robię to w określonych
momentach – kiedy chcę, a nie kiedy czuję presję. To duża różnica. Czuję, że odzyskałam kontrolę nad
własnym czasem, że mogę żyć w świecie realnym, a aplikacje są dodatkiem, a nie centrum życia.
Codziennie pracuję nad tym, żeby emocje nie zmuszały mnie do sięgania po telefon, a nagroda
płynęła z rzeczywistości, nie z lajków. To daje spokój i poczucie wolności, którego wcześniej nie
znałam.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz