
Maciek miał 33 lata i rodzinę, kiedy poważne złamanie nogi zmieniło jego życie. Po operacji i silnym bólu przepisano mu opioidowe leki przeciwbólowe. Początkowo ulga była błogosławieństwem – potem stała się pułapką. Dziś opowiada, jak uzależnił się od opioidów, jak długo walczył, zanim to zauważył, i jak powoli odzyskuje życie.
Redakcja: Opowiedz proszę o tym, jak doszło do Twojej kontuzji i pierwszego kontaktu z opioidami.
Maciek: To było jedno z najgorszych doświadczeń mojego życia – nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Miałem 33 lata, stabilną pracę i rodzinę, gdy pewnego popołudnia złamałem nogę w wyniku upadku ze schodów. Przemieszczenie kości było poważne, konieczna była operacja i stabilizacja nogi implantami. Po zabiegu ból był ogromny, tak intensywny, że nie potrafiłem spać ani usiąść wygodnie. Lekarz prowadzący zalecił mi leki przeciwbólowe z grupy opioidów – najpierw morfinę w mniejszych dawkach, a potem tramadol. W tamtym momencie byłem przekonany, że to jedyny sposób, żeby przetrwać ból i jakoś funkcjonować. Ból był taki, że ciężko mi było myśleć o czymkolwiek innym, więc tabletki były jak ratunek. Pierwsze dni po operacji to była ciągła walka z bólem, a opioidy dawały mi ulgę, której nic innego nie potrafiło zapewnić. Nie zastanawiałem się nad ryzykiem – liczyło się tylko to, żeby móc wstać, iść do łazienki, siedzieć bez tego nieustannego bólu w kościach. Ten pierwszy kontakt z opioidami był dla mnie błogosławieństwem, nie zagrożeniem.
Kiedy zauważyłeś, że zaczynasz polegać na tych lekach bardziej niż medycznie?
Początkowo stosowałem opioidy ściśle według zaleceń lekarza. Jednak im dalej w proces rekonwalescencji, tym częściej zauważałem, że tabletki działają lepiej, niż powinny, że stały się sposobem, żeby nie tylko uśmierzyć ból fizyczny, ale też wewnętrzny niepokój. Po około trzech tygodniach od operacji nadal brałem leki – nie tylko wtedy, gdy ból był doraźny, ale też gdy pojawiały się lęk, napięcie, bezsenność w nocy. To był moment, którego długo nie potrafiłem nazwać – po części dlatego, że nadal uważałem, że skoro mam receptę, to robię to właściwie. Kiedy ból zaczął się zmniejszać, lekarz stopniowo zmniejszał dawki, ale ja nie byłem już w stanie zrezygnować. Tabletki dawały nie tylko ulgę fizyczną, ale też psychologiczną – uspokajały moje myśli, pozwalały zasnąć, wyciszyć się. Po jakimś czasie zauważyłem, że zaczyna mi brakować tej ulgi, nawet jeśli ból jest tylko niewielki. To był moment, w którym powinienem postawić sobie pytanie: „czy naprawdę tego potrzebuję?”. Ale wciąż uważałem, że to normalne – skoro ból wracał przy każdym ruchu, tabletki były jedynym sposobem na godne życie. I tak zaczęła się powolna, nieoczywista zależność, której długo nie umiałem nazwać uzależnieniem.
Jak zmieniło się Twoje codzienne funkcjonowanie, gdy opioidy stały się dla Ciebie ważniejsze niż ból?
Tam, gdzie początkowo było leczenie bólu, powoli zaczął tworzyć się rytuał, który kręcił się wokół tych tabletek. Zaczynałem dzień od myśli: „czy muszę wziąć tramadol, żeby funkcjonować?”. Często jeszcze przed śniadaniem łapałem się na tym, że sięgam po lek, mimo że ból był akceptowalny, dużo mniejszy niż wcześniej. Zaczęło to wpływać na moje relacje i zachowania. Byłem bardziej zirytowany, drażliwy, mniej zaangażowany w rozmowy z żoną, mniej obecny z dziećmi. Moje myśli krążyły wokół tego, kiedy mogę wziąć kolejną dawkę, jak długo jeszcze to potrwa, czy kiedyś w końcu będę mógł przestać. Zamiast planować dzień z rodziną czy pracę online, planowałem go pod kątem przyjmowania leków. Wiedziałem, że jeśli przesunę dawkę, pojawi się niepokój, napięcie, trudność z koncentracją. W pracy stałem się mniej produktywny – nie dlatego, że tabletki mnie osłabiały, ale dlatego, że moja głowa była pochłonięta ich potrzebą. Mówiłem rodzinie, że to jeszcze ból, a tak naprawdę coraz bardziej chodziło o wewnętrzną ulgę, którą dawały mi opioidy. To był czas, kiedy granica między leczeniem a używaniem przestała być jasna, a moje codzienne życie powoli zaczęło kręcić się wokół tych tabletek.
Czy ktoś z Twojego otoczenia zauważył, że coś jest nie tak?
Początkowo nikt – ani żona, ani przyjaciele, ani współpracownicy – nie mieli pojęcia, że coś jest nie tak. Bo z zewnątrz wyglądałem normalnie. Niby byłem obecny, ale w środku byłem skupiony na jednym: „kiedy mogę wziąć kolejny lek, czy mam jeszcze dawki w apteczce, jak długo to jeszcze potrwa?”. Z czasem żona zaczęła zauważać, że coś się zmienia – częściej siedziałem w pokoju, mówiłem mniej, reagowałem nerwowo, gdy ktoś przeszkadzał mi w odpoczynku. Zaczęły się pytania, które wcześniej były dla mnie nie do zniesienia: „czy to jeszcze ból, czy już coś innego?”. Odpowiadałem wymijająco, usprawiedliwiając się kontuzją. Przecież lekarz przepisał, prawda? To legalne, to medyczne, więc musi być okej. Ale żona widziała, że coś jest nie tak. Nie potrafiłem jednak przyznać się przed nią, ani przede wszystkim przed sobą, że to już nie jest tylko leczenie bólu, że to potrzeba. Dopiero wtedy zaczęły się poważne rozmowy o tym, co może się dziać, i o tym, że potrzebuję pomocy.
Co spowodowało, że zdecydowałeś się zacząć szukać pomocy?
Pamiętam poranek, kiedy obudziłem się z myślą, że bez leków nie potrafię się skoncentrować, nie potrafię wstać z łóżka, nie potrafię być sobą. I że jednocześnie wiem, że to nie jest bój fizyczny, tylko psychiczny. To było już ponad pół roku po operacji… Ten moment był jak lustro, które pokazało mi, że straciłem kontrolę. Żona wtedy po raz pierwszy powiedziała wprost: „To nie jest leczenie, to problem”. To było dla mnie jak zimna woda – albo zmieniam coś teraz, albo za chwilę stracę znacznie więcej: zdrowie, rodzinę, pracę. To był początek mojej drogi do tego, aby zauważyć, że potrzebuję pomocy specjalisty, terapeuty, i że muszę wziąć odpowiedzialność za to, co się ze mną dzieje. To była bardzo trudna decyzja – przyznać się do utraty kontroli, do tego, że opioidowe leki, które miały mi pomóc, zaczęły mnie niszczyć.
Jak wyglądał proces leczenia uzależnienia od opioidów?
Proces leczenia był jednocześnie trudny i wyzwalający. Zacząłem od konsultacji z lekarzem medycyny bólu i psychiatrą, którzy pomogli mi stopniowo zmniejszać dawkowanie leków w kontrolowany sposób. Nagłe odstawienie opioidów może być nie tylko bolesne, ale i niebezpieczne – dlatego ten etap był ściśle monitorowany. Poza fizycznym odstawieniem, terapia obejmowała także psychoterapię – był to etap, który uświadomił mi, jakie mechanizmy psychologiczne doprowadziły do tej sytuacji. Uczyłem się rozpoznawać wewnętrzne sygnały napięcia, stresu i lęku bez uciekania się do substancji. Dowiedziałem się, że ból emocjonalny i lęk nie muszą być „uaktywniane” farmakologicznie, tylko można nad nimi pracować poprzez rozmowy, techniki uważności i zmianę wzorców myślenia. To była długa droga – nie tylko od fizycznego bólu, ale od przyzwyczajenia do sięgania po szybkie rozwiązania. Były chwile kryzysowe, momenty słabości, ale także małe sukcesy – kiedy pierwszy raz wstałem rano bez myśli „muszę to zażyć”.
Co zmieniło się w Twoim życiu po terapii?
Po terapii zmieniło się naprawdę wiele. Po pierwsze, odzyskałem kontrolę nad swoim życiem. To nie znaczy, że wszystko jest idealne, ale nauczyłem się rozpoznawać potrzeby, lęki i sposoby radzenia sobie z nimi bez farmakologicznego wspomagania. Zacząłem regularnie pracować nad sobą – poprzez ćwiczenia uważności, stopniowy powrót do sportu, rozmowy z bliskimi i psychoterapię. Relacje z rodziną poprawiły się znacząco, bo przestałem funkcjonować w stanie ciągłego napięcia. Żona zauważyła, że wracam do tego człowieka, którego znała przed kontuzją. Praca zawodowa stała się bardziej stabilna, bo przestałem funkcjonować w chaosie myśli i lęku. Terapia nauczyła mnie też szacunku do własnej granicy i świadomości, że sięganie po substancje na samym początku było uzasadnione medycznie, ale potem stało się sposobem na unikanie trudnych emocji. To była bardzo cenna lekcja.
Jakie masz dziś przesłanie dla osób, które zaczynają farmakologiczne leczenie bólu?
Chciałbym powiedzieć to jasno: farmakologiczne leczenie bólu ma sens i może być bardzo potrzebne, szczególnie po poważnych urazach czy operacjach. Ale warto pamiętać, że leki to narzędzia, a nie rozwiązanie wszystkich problemów. Jeśli zaczynasz odczuwać, że lek działa nie tylko na ból, ale też na lęk, emocje, to znak, aby zatrzymać się i zadać sobie pytanie: czy ja naprawdę tego potrzebuję na ból, czy to już staje się moim sposobem radzenia sobie ze stresem i lękiem? Wczesna refleksja nad tym może uchronić przed uzależnieniem.






Dodaj komentarz