
Ma około czterdziestu lat, dobrą pozycję zawodową i historię kilku związków, które kończyły się
podobnie — poczuciem winy, niezrozumienia i samotności. Dopiero po ostatnim rozstaniu trafił na
terapię DDA. Dziś mówi o kontroli, lęku przed porzuceniem i nadziei, że jeszcze nie jest za późno.
„Dorastałem w domu, w którym wszystko było warunkowe”
Dorastałem w domu, w którym miłość nigdy nie była czymś oczywistym ani bezpiecznym. Ojciec pił,
matka żyła w ciągłym napięciu, a ja bardzo wcześnie nauczyłem się, że trzeba uważać, obserwować,
przewidywać nastroje. Jako dziecko byłem „grzeczny”, odpowiedzialny ponad wiek, zawsze pod ręką.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to klasyczny schemat DDA, że ta czujność i potrzeba kontroli to nie
cecha charakteru, tylko strategia przetrwania. W moim domu nie było miejsca na słabość. Jeśli
płakałem, słyszałem, że przesadzam. Jeśli się cieszyłem, to też nie było do końca bezpieczne, bo zaraz
coś mogło to zepsuć. To doświadczenie bardzo mocno ukształtowało mnie jako dorosłego mężczyznę.
Długo wydawało mi się, że jestem po prostu ambitny, zdyscyplinowany i wymagający. Dopiero na
terapii zacząłem rozumieć, że pod spodem jest ogromny lęk przed byciem nieważnym, przed
odrzuceniem, przed chaosem. Ten lęk sprawiał, że w relacjach chciałem mieć wszystko pod kontrolą
— rozmowy, emocje, plany, reakcje drugiej osoby. Nie dlatego, że chciałem dominować, tylko
dlatego, że bałem się, że jeśli odpuszczę, wszystko się rozsypie, a ja znowu zostanę sam – jak wtedy,
gdy byłem dzieckiem.
„W pracy czułem się silny, w związkach kompletnie bezradny”
Zawodowo zawsze radziłem sobie dobrze. Korporacja dała mi jasne zasady, strukturę, cele, które
można było odhaczyć. Wiedziałem, co trzeba zrobić, aby awansować, aby być docenionym. Tam moje
cechy — kontrola, perfekcjonizm, potrzeba przewidywalności — były nagradzane. W relacjach
partnerskich działało to dokładnie odwrotnie. Wchodziłem w związki z nadzieją, że wreszcie poczuję
się ważny dla kogoś bezwarunkowo, ale jednocześnie nie potrafiłem w to uwierzyć. Ciągle
sprawdzałem, czy druga osoba jest ze mną naprawdę, czy na pewno mnie kocha, czy nie odejdzie.
Zadawałem pytania, analizowałem ton głosu, gesty, milczenie. Zamiast bliskości budowałem napięcie.
Partnerki na początku widziały we mnie stabilnego, zaangażowanego faceta, ale z czasem czuły się
coraz bardziej osaczone. Ja z kolei miałem wrażenie, że daję z siebie wszystko, a i tak to za mało. Ten
rozdźwięk był strasznie bolesny. Wracałem z pracy, gdzie byłem kimś, a w domu czułem się jak mały
chłopiec, który boi się, że zaraz zostanie zostawiony. Nie umiałem tego nazwać ani zatrzymać. Każdy
kolejny związek kończył się podobnie, a ja utwierdzałem się w przekonaniu, że coś jest ze mną
fundamentalnie nie tak.
„Najdłuższy związek trwał trzy lata i myślałem, że to już na zawsze”
Ten ostatni związek był inny. Trwał trzy lata i naprawdę wierzyłem, że to jest to. Kochaliśmy się,
mieliśmy wspólne plany, codzienność, rytuały. Ona była ciepła, cierpliwa i bardzo długo próbowała
mnie zrozumieć. Z czasem jednak moje zachowania zaczęły ją przerastać. Kontrola nie zawsze
wygląda jak zakazy czy krzyki. U mnie to było ciągłe „dlaczego”, „a co jeśli”, „czy na pewno”.
Sprawdzanie, dopytywanie, analizowanie. Mówienie, co jest logiczne, a co nie. Z perspektywy czasu
widzę, że odbierałem jej przestrzeń i prawo do własnych emocji. Ona wielokrotnie mówiła mi, że
mnie kocha, ale że nie może brać odpowiedzialności za mój lęk. Zachęcała mnie do terapii, mówiła o
DDA, o schematach, o pracy nad sobą. Ja słuchałem, ale odkładałem to na później, bo przecież
„jeszcze nie jest tak źle”. A było. Rozstanie rok temu było dla mnie ciosem, który rozbił wszystkie
iluzje. Straciłem nie tylko partnerkę, ale też wizję siebie jako mężczyzny, który wreszcie „dał radę” w
związku.
„Rozstanie było impulsem, którego nie dało się już zignorować”
Po rozpadzie tego związku długo funkcjonowałem jak automat. Praca, siłownia, spotkania ze
znajomymi, którzy mówili, że wszystko będzie dobrze. W środku czułem pustkę i wstyd. Wstyd, że
znowu się nie udało, że znowu ktoś odszedł. Dopiero po kilku miesiącach dotarło do mnie, że jeśli nic
nie zmienię, ten schemat będzie się powtarzał do końca życia. Poszedłem na terapię DDA, bo nie
miałem już nic do stracenia. Pierwsze sesje były trudne. Zderzenie z dzieciństwem, z emocjami, które
przez lata były zamrożone, z poczuciem krzywdy, ale też odpowiedzialności za własne dorosłe życie.
Zrozumiałem, że to, co robiłem w związkach, było próbą ochrony siebie, ale jednocześnie raniło
innych. To było bolesne odkrycie, bo zawsze uważałem się za „tego dobrego”, za kogoś, kto się stara.
Terapia pokazała mi, że dobre intencje nie wystarczą, jeśli nie ma świadomości własnych
mechanizmów. To był moment, w którym po raz pierwszy poczułem, że może jest dla mnie jakaś inna
droga niż ciągłe powtarzanie tego samego scenariusza.
„Na terapii uczę się rzeczy, które dla innych są oczywiste”
Uczestniczę w terapii od kilku miesięcy i to jest jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie w życiu
zrobiłem. Uczę się nazywać emocje, odróżniać lęk od złości, smutek od poczucia winy. Dla wielu ludzi
to brzmi banalnie, ale dla mnie to była czarna magia. W domu nikt mnie tego nie nauczył. Tam
emocje były problemem, czymś, co należało ukryć albo zdusić. Teraz powoli odkrywam, że mam
prawo czuć, że nie muszę wszystkiego kontrolować, żeby być bezpieczny. Pracujemy nad moją
potrzebą bycia „wystarczającym”, nad tym wewnętrznym głosem, który ciągle mówi, że muszę się
bardziej postarać, zasłużyć, udowodnić. Najtrudniejsze jest dla mnie puszczanie kontroli w relacjach.
To budzi ogromny lęk, ale jednocześnie widzę, że tylko w ten sposób można zbudować prawdziwą
bliskość. Terapia nie daje szybkich efektów ani prostych odpowiedzi. Daje raczej świadomość i
narzędzia, z którymi trzeba żyć na co dzień. Czasem wychodzę z sesji zmęczony, rozbity, ale z
poczuciem, że robię coś ważnego — pierwszy raz naprawdę dla siebie.
„Nadal mam nadzieję, że ona do mnie wróci”
Nie będę udawał, że to już zamknięty rozdział. Nadal mam nadzieję, że moja była partnerka do mnie
wróci. To uczucie jest we mnie bardzo silne i terapia nie polega na tym, żeby je wymazać. Raczej na
tym, aby zrozumieć, skąd się bierze i co z nim zrobić. Dziś jesteśmy przyjaciółmi, wspieramy się,
rozmawiamy szczerze. Ona widzi moją pracę nad sobą, ja widzę jej granice. To delikatna równowaga.
Uczę się nie traktować jej jako „nagrody” za terapię, nie robić tego wszystkiego tylko po to, żeby ją
odzyskać. To bardzo trudne, bo przez całe życie byłem nastawiony na cel i rezultat. Teraz uczę się
procesu. Tego, że zmiana jest dla mnie, niezależnie od tego, jak potoczą się nasze dalsze losy.
Nadzieja jest, ale nie chcę, żeby była kolejną formą kontroli. Chcę, żeby była czymś cichszym, bardziej
dojrzałym.
„Najbardziej boli poczucie, że przez lata byłem nieważny”
Jednym z najtrudniejszych odkryć na terapii było uświadomienie sobie, jak głęboko siedzi we mnie
poczucie bycia nieważnym. To nie jest myśl, to jest stan. Towarzyszy mi od dzieciństwa i wpływa na
wszystko — na relacje, na sposób pracy, na to, jak reaguję na krytykę. W związkach sprawiało, że
każdy sygnał oddalenia urastał do rangi zagrożenia. Jeśli partnerka była zmęczona, jeśli potrzebowała
przestrzeni, ja odbierałem to jako dowód, że zaraz mnie zostawi. Reagowałem napięciem, kontrolą,
czasem chłodem. Paradoksalnie dokładnie tym przyspieszałem to, czego najbardziej się bałem. Dziś
widzę, jak bardzo to było niesprawiedliwe wobec moich partnerek, ale też wobec mnie samego.
Żyłem w ciągłym trybie alarmowym. Teraz powoli uczę się, że moja wartość nie zależy od czyjejś
obecności ani aprobaty. To najtrudniejsza lekcja, bo nie da się jej „zaliczyć” — trzeba ją codziennie
praktykować.
„Nie chcę już budować relacji na strachu”
Na tym etapie mojego życia najważniejsze jest dla mnie to, abym przestał budować relacje na
strachu. Chcę nauczyć się być w związku, w którym jest miejsce na niedoskonałość, niepewność,
różnice. Wiem, że to proces długi i nie zawsze wygodny. Mam czterdzieści lat i czasem żałuję, że
dopiero teraz to wszystko rozumiem. Ale staram się nie utknąć w poczuciu straty. Patrzę na terapię
jak na szansę na zupełnie inną jakość życia, niezależnie od tego, z kim będę. Jeśli kiedykolwiek wejdę
w nowy związek — czy z moją byłą partnerką, czy z kimś innym — chcę być bardziej obecny, mniej
kontrolujący, bardziej świadomy. Chcę dać sobie i drugiej osobie to, czego sam nigdy nie dostałem w
dzieciństwie: poczucie bezpieczeństwa bez warunków.
„Pierwszy raz czuję, że nie muszę już udowadniać, że zasługuję”
Największą zmianą, jaką widzę w sobie po kilku miesiącach terapii, jest to, że przestaję żyć w trybie
udowadniania. Nie muszę już cały czas pokazywać, że jestem wystarczająco dobry, odpowiedzialny,
silny. Uczę się przyjmować siebie takim, jakim jestem — z lękiem, z niepewnością, z historią, której
nie da się wymazać. To nie oznacza rezygnacji z pracy nad sobą, wręcz przeciwnie. Ale ta praca nie
jest już karą ani próbą naprawienia „wadliwego” człowieka. Jest troską o kogoś, kto długo był
pomijany — o mnie samego. Nie wiem, jak potoczy się moja przyszłość uczuciowa. Wiem natomiast,
że po raz pierwszy mam narzędzia, żeby nie powtarzać w kółko tego samego błędu. I to daje mi
ostrożną, ale prawdziwą nadzieję.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz