
Katarzyna ma 43 lata, dwójkę dzieci i dom, który z zewnątrz wyglądał na poukładany. Pracujący do
późna mąż, ona – „ogarnięta”, odpowiedzialna, zawsze na posterunku. Alkohol nie zrujnował jej życia
w jednej chwili. Wślizgnął się do niego cicho, wieczorami, w kieliszku wina, który miał dać ulgę. Dał
coś zupełnie innego – dystans do dzieci i narastające poczucie winy. Ocknęła się na czas.
Zawsze „ta silna”
Katarzyna od zawsze była tą, na którą można liczyć. W pracy – rzetelna, w domu – zorganizowana.
Gdy urodziły się dzieci, naturalnie przejęła większość obowiązków. Mąż pracował dużo, coraz więcej.
Z czasem praca stała się jego bezpieczną przystanią – miejscem, gdzie nie było płaczu, zabawek pod
nogami i wiecznego zmęczenia.
Samotna opieka nad dwójką dzieci, logistyka dnia, emocje najmłodszych i brak realnego wsparcia
zaczęły ją przytłaczać. Nie było dramatycznych kłótni, nie było przemocy. Była cisza i narastające
poczucie, że wszystko spoczywa na jej barkach.
Alkohol, który „nie był problemem”
W młodości Katarzyna piła trochę więcej niż przeciętnie. Studia, spotkania towarzyskie, imprezy – nic,
co by ją wyróżniało. Alkohol wtedy nie był tematem alarmowym. Gdy pojawiły się dzieci, picie zeszło
na dalszy plan. Aż do momentu, gdy wieczory zaczęły być najtrudniejszą porą dnia.
– Dzieci wreszcie spały. W domu było cicho. I wtedy pojawiał się kieliszek wina. Tylko jeden. Na
rozluźnienie.
Jeden kieliszek szybko stał się dwoma. Potem całą butelką. Nie codziennie – na początku. Katarzyna
tłumaczyła sobie, że przecież nikomu nie robi krzywdy. Pracuje, dzieci są zaopiekowane, alkohol pije
wieczorem, „jak dorośli”.
Moment, w którym zapaliła się czerwona lampka
Przełom nie przyszedł w postaci spektakularnego dna. Nie było utraty pracy, interwencji rodziny ani
porannego kaca, który kazałby spojrzeć w lustro z przerażeniem. Był za to jeden, pozornie nieistotny
wieczór. Dzieci już leżały w łóżkach, Katarzyna sprzątała kuchnię, myśląc o winie, które czekało w
lodówce. Wtedy do pokoju przyszła córka. Chciała porozmawiać – o szkole, o koleżankach, o czymś,
co było dla niej ważne. – Pamiętam, że poczułam irytację – mówi Katarzyna. – Nie dlatego, że nie kocham dziecka. Tylko dlatego, że ten moment kolidował z moim planem.
W głowie pojawiła się myśl: zaraz, nie teraz, jeszcze tylko naleję sobie wina. Ta myśl uderzyła ją z całą
mocą. Zrozumiała, że alkohol przestał być dodatkiem do wieczoru, a zaczął go organizować. Że to nie
dzieci były centrum jej uwagi, ale moment, w którym wreszcie będzie mogła się napić.
Później przyszło poczucie winy. Coraz częściej łapała się na tym, że jest fizycznie obecna, ale
emocjonalnie nieobecna. Że rozmowy z dziećmi skraca, odkłada, spłyca. Że wieczorne picie staje się
ważniejsze niż bliskość. To wtedy po raz pierwszy pomyślała, że może tracić coś, czego nie da się
odzyskać.
Decyzja o terapii
Decyzja o terapii dojrzewała w niej powoli, ale była jedną z najtrudniejszych w jej życiu. Katarzyna
długo próbowała sama „ogarniać” problem. Ograniczała picie, wyznaczała sobie dni bez alkoholu,
obiecywała, że to tylko chwilowe. Każda kolejna próba kontroli kończyła się jednak powrotem do
punktu wyjścia – czasem szybciej, czasem wolniej.
Najtrudniejsze było przyznanie się przed sobą, że sama sobie nie poradzi. Że to nie jest kwestia słabej
woli ani gorszego okresu. Towarzyszył temu wstyd i lęk przed oceną – bo przecież była „normalną”
kobietą, matką, żoną, osobą funkcjonującą.
Na pierwszą wizytę terapeutyczną poszła sama. Bez wiedzy męża, bez deklaracji składanych
komukolwiek. Bała się, że usłyszy coś, na co nie jest gotowa. Bała się też, że usłyszy prawdę.
– Kiedy po raz pierwszy powiedziałam na głos, że mam problem z alkoholem, rozpłakałam się. To
było jak zdjęcie z siebie ciężkiego płaszcza, który zbyt długo nosiłam. Terapia nie była ulgą od razu. Była konfrontacją – z własnymi emocjami, z samotnością, z przemęczeniem, które spychała na bok.
Co dała jej terapia?
Terapia dała Katarzynie przede wszystkim zrozumienie. Zobaczyła, że alkohol nie był jej największym
problemem, lecz sposobem radzenia sobie z trudnościami, których nie umiała inaczej udźwignąć.
Picie było formą ucieczki – od odpowiedzialności, od ciągłego napięcia, od poczucia, że jest sama ze
wszystkim.
Na sesjach nauczyła się nazywać emocje, które wcześniej tłumiła lub bagatelizowała. Złość, żal,
rozczarowanie, zmęczenie – wszystko to miało prawo istnieć. Terapia pokazała jej, że nie musi być
zawsze silna i że „radzenie sobie” nie oznacza samotnego dźwigania wszystkiego.
Bardzo ważnym elementem była nauka stawiania granic. Katarzyna po raz pierwszy zaczęła jasno
komunikować swoje potrzeby – również w domu. Rozmowy z mężem były trudne, pełne napięcia, ale
konieczne. Dzięki terapii potrafiła mówić nie z pozycji oskarżenia, lecz odpowiedzialności za siebie.
– Zrozumiałam, że mam wpływ. Nie na wszystko, ale na to, czy dbam o siebie.
Terapia dała jej też narzędzia do życia w trzeźwości: uważność na sygnały ostrzegawcze, umiejętność
proszenia o pomoc, akceptację tego, że proces zdrowienia nie ma końca. Nie zabrała zmęczenia ani
trudnych dni, ale sprawiła, że Katarzyna przestała je zagłuszać alkoholem.
Rok bez alkoholu
Katarzyna nie pije od roku. Nadal jest w terapii i nie traktuje abstynencji jako zamkniętego rozdziału.
To proces, który trwa. Relacja z dziećmi się zmieniła. Jest bardziej obecna, uważna. Wieczory nie są już ucieczką, ale czasem, w którym bywa zmęczona – i to też jest w porządku. – Nie jestem idealną matką. Ale jestem trzeźwa i prawdziwa.
Historia Katarzyny nie jest wyjątkowa. Jest za to bardzo prawdziwa. Uzależnienie często rozwija się po
cichu, w domach, które z zewnątrz wyglądają normalnie. Terapia nie zabrała Katarzynie problemów,
ale dała narzędzia, by przestały ją niszczyć.
Dziś Katarzyna mówi jedno: warto zareagować, zanim kieliszek wina stanie się ważniejszy niż czyjeś
„mamo”.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz