
Marek, 42-letni menedżer, nie zaczyna swojej historii od pierwszej tabletki. Opowiada ją od momentu, w którym zdał sobie sprawę, że stracił kontrolę nad własnym życiem. Benzodiazepiny, które miały pomóc mu w stresie i bezsenności, stały się więzieniem. Dziś opisuje, jak powoli wpadł w uzależnienie i jak odzyskał siebie.
Redakcja: Patrząc wstecz, kiedy przyszedł moment, kiedy poczułeś, że benzodiazepiny przejęły kontrolę nad Twoim życiem?
Marek: To był zwyczajny poniedziałek, ale ja nie pamiętam go jako zwyczajnego. Obudziłem się w środku nocy, serce biło mi jak oszalałe, ręce drżały, a w głowie kłębiły się myśli – „muszę wziąć tabletkę, muszę wziąć tabletkę, nie dam rady bez niej”. Patrzyłem w sufit, słyszałem oddech żony obok i czułem przerażającą samotność, choć fizycznie nie byłem sam. Wtedy zrozumiałem, że nie chodzi już o sen ani o uspokojenie. To był moment, w którym poczułem, że moje życie zostało podporządkowane substancji, której nigdy nie chciałem nadużywać. Zdałem sobie sprawę, że to nie jest „tymczasowy lek na stres”, lecz coś, co kontroluje każdy mój dzień, każdy moment niepokoju, każdą noc. Fizycznie czułem, że nie mogę funkcjonować bez tabletki, psychicznie – że jestem uzależniony, a wstyd i poczucie porażki paraliżują mnie jeszcze bardziej.
Jak wyglądał Twój dzień „od środka” w środku uzależnienia – kiedy nikt nie widział, co się z Tobą dzieje?
Wyglądało to jak niekończący się cykl. Rano wstawałem, włączałem się w obowiązki – spotkania, raporty, telefony do klientów. Nikt w pracy nie widział, że w środku jestem rozedrgany, zmęczony, a każdy sygnał stresu powoduje natychmiastową potrzebę tabletki. W domu zachowywałem się jak zwyczajny mąż i ojciec, ale w myślach liczyłem czas do kolejnej dawki, planowałem weekendy tak, by nic nie przeszkadzało w przyjęciu leków. Jeśli tabletek brakowało, panika rosła. Czułem niepokój, drażliwość, poczucie zagubienia, a jednocześnie próbowałem udawać, że wszystko jest w porządku. To było podwójne życie – zewnętrznie poprawne, wewnętrznie chaos i lęk. Nie mogłem nikomu powiedzieć, że zwykły lek zniszczył moje poczucie bezpieczeństwa i równowagi.
Czy były sytuacje w pracy lub w domu, które pokazały Ci skalę problemu?
Tak, i to były momenty, które boleśnie wyryły się w mojej pamięci. W pracy zdarzało się, że w środku ważnego spotkania nagle odczuwałem niepokój, który nie pozwalał mi mówić czy logicznie myśleć. Kiedyś po prezentacji w pokoju spotkań poczułem taką panikę i drżenie rąk, że musiałem wyjść na korytarz, uspokajać oddech, modlić się w duchu, żeby nie pokazać słabości przed zespołem. W domu natomiast widziałem żonę patrzącą na mnie pytająco, a ja wstydziłem się przyznać, że to leki sprawiają, że wyglądam na nerwowego. To wtedy dotarło do mnie, że nie chodzi tylko o fizyczne objawy – benzodiazepiny wpłynęły na moje życie, relacje, zdolność do normalnego funkcjonowania. Skala problemu była ogromna, choć z zewnątrz wciąż wydawało się, że „nic się nie dzieje”.
Jak reagowałeś na swoje własne ciało i emocje, które wymykały Ci się spod kontroli?
Nie umiałem z tym walczyć. Fizycznie czułem napięcie, drżenie, czasem mdłości, a serce jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Psychicznie panowały lęk i poczucie bezsilności. To było jak zamknięcie w ciele, którego nie da się kontrolować. Na początku próbowałem ignorować objawy albo minimalizować ich znaczenie: „to chwilowy stres”, „jutro będzie lepiej”. Ale lęk narastał z dnia na dzień. Każdy wieczór bez leków był koszmarem, a każdy poranek bez snu stawał się walką. Próby poradzenia sobie metodami naturalnymi kończyły się frustracją, bo ciało i psychika domagały się chemicznego wsparcia. Byłem uwięziony we własnym ciele i umyśle, a benzodiazepiny były kluczem i jednocześnie więzieniem.
Co było najtrudniejsze w przyznaniu się samemu sobie, że jesteś uzależniony?
Wstyd. To głównie wstyd. Wstyd przed samym sobą, przed rodziną, przed współpracownikami. W mojej głowie byłem odpowiedzialnym mężem, ojcem i profesjonalistą, a jednocześnie wiedziałem, że życie podporządkowałem lekom. Najtrudniejsze było przyznanie przed samym sobą, że to nie kwestia kontroli czy słabości charakteru, lecz chemicznej zależności. Pojawiła się też złość na siebie, że pozwoliłem, by „lek na sen” zamienił moje życie w więzienie. To był moment, kiedy zdałem sobie sprawę, że nie mogę już udawać – muszę szukać pomocy, bo inaczej benzodiazepiny zniszczą całe moje życie.
Jak wyglądał proces odstawienia?
Fizycznie organizm domagał się każdej dawki, emocjonalnie pojawiały się lęk i poczucie pustki. Psychiatra nauczył mnie stopniowego ograniczania dawki, wprowadzania rytuałów, które zastępowały mechanizmy uzależnienia. Ale najważniejsze było zmienienie myślenia w toku terapii: z „bez tego nie przetrwam” na „mogę funkcjonować i radzić sobie bez tabletek”. Psychoterapia pokazała mi, jak stres i lęk kierowały moim życiem, jak destrukcyjnie reagowałem na presję i że mogę nauczyć się nowych strategii radzenia sobie z emocjami. To była edukacja i trening jednocześnie – nie tylko fizycznego odzwyczajania się od substancji, ale psychicznego odzyskiwania życia.
Czy były momenty, kiedy chciałeś się poddać i wziąć kolejną tabletkę, mimo postanowień?
Tak, wiele razy. Najtrudniejsze były pierwsze tygodnie odstawienia. Każdy wieczór bez tabletki był testem wytrzymałości psychicznej. Czułem panikę, myśli „weź, nie dasz rady”, poczucie, że wszystko się rozpada. Wtedy przypominałem sobie, dlaczego podjąłem decyzję – dla rodziny, dla siebie, dla życia, które chciałem odzyskać. Terapia nauczyła mnie strategii: oddychanie, kontakt z bliskimi, spacery, notowanie myśli. To były drobne, ale skuteczne sposoby, które pozwalały przetrwać momenty krytyczne. Wtedy zdałem sobie sprawę, że walka z uzależnieniem to nie tylko fizyczne odstawienie leku, ale codzienna, świadoma praca nad umysłem.
Czy Twoje relacje z bliskimi uległy zmianie?
Na początku relacje były napięte, pełne nieporozumień i frustracji. W toku aktywnego uzależnienia żona nie wiedziała, dlaczego jestem nerwowy, dlaczego unikam rozmów, dlaczego moje emocje wymykają się spod kontroli. Podczas terapii nauczyłem się otwartości, przyznawania do błędów, komunikowania lęku i stresu bez uciekania się do brania leków. Nasze relacje poprawiły się, choć odbudowa trwała miesiące. Zrozumiałem, że uzależnienie nie dotyka tylko osoby uzależnionej – jest jak fala, która rozchodzi się na wszystkich bliskich. Dziś mogę patrzeć na żonę i dzieci z poczuciem spokoju, a nie lęku, że kolejna dawka leku będzie decydować o moim nastroju i zachowaniu.
Co chciałbyś powiedzieć ludziom, którzy myślą, że „to tylko lek, więc nie może zaszkodzić”?
Chcę, żeby wiedzieli jedno: benzodiazepiny mają moc, której nie można lekceważyć. Nawet krótka, zgodna z zaleceniem, terapia może przerodzić się w uzależnienie, jeśli psychika i ciało nie radzą sobie z własnym stresem. To, co zaczyna się jako lek na sen czy nerwy, może stać się więzieniem, które odbiera kontrolę nad życiem.






Dodaj komentarz