Przejdź do treści głównej
Grupa nastolatków siedzi i stoi na zewnątrz, wszyscy skupieni na swoich smartfonach. Są swobodnie ubrani, a słońce świeci, sugerując jasny, przyjemny dzień.
2 lipca 2025

Komunikatory stały się dla wielu dzieci i nastolatków główną przestrzenią kontaktu – i właśnie dlatego budzą tyle emocji. Psycholożka Joanna Sapletta-Lewandowska mówi wprost: dają iluzję relacji, a jednocześnie odbierają to, co dla rozwoju najważniejsze – obecność, rozmowę, język, emocje i rozwiązywanie konfliktów twarzą w twarz.

Rozmawiamy też o „dopaminowej” atrakcyjności telefonu, o lęku rodziców przed utratą kontroli oraz o zasadach, które realnie chronią: opóźnianiu komunikatorów, wspólnych ustaleniach w klasie i szkole wolnej od smartfonów.

Redakcja: Coraz więcej relacji rówieśniczych przenosi się do świata online. Jaką rolę – Pani zdaniem – odgrywają dziś komunikatory w życiu młodych ludzi?

Joanna Sapletta-Lewandowska: Komunikatory odpowiadają na bardzo podstawową potrzebę – potrzebę bycia w relacji. Człowiek od zawsze „ustawia się” na kontakt: chce być zauważony, usłyszany, przynależeć do grupy. Dla wielu młodych internet stał się więc najłatwiej dostępnym miejscem, w którym tę potrzebę można szybko zaspokoić – napisać, odezwać się, być na bieżąco.

Tyle że jest w tym pewien niedosyt. Relacja online nie daje tego, co buduje prawdziwą bliskość: spojrzenia, obecności, wspólnego śmiechu, zwykłego „jestem obok”. Nie ma tej mikro-chemii spotkania – drobnych gestów, ciszy, w której nie trzeba nic udowadniać, ani poczucia, że przeżywamy coś razem, choćby oglądając film czy idąc na spacer. Internet może dać poczucie bycia częścią grupy, ale zwykle robi to w sposób powierzchowny. A młodzi – tak jak dorośli – potrzebują czegoś głębszego: relacji, która nie tylko łączy, ale też naprawdę karmi emocjonalnie i zostaje w pamięci jako dobre doświadczenie.

W takim razie: co komunikatory zmieniają w rozwoju emocjonalnym i społecznym? Czy coś jednak dają?

W literaturze nie znalazłam potwierdzenia, że „dają” w tym sensie, w jakim my często chcielibyśmy to widzieć. Raczej zabierają – zabierają chwile, które mogłyby być prawdziwe, głębokie i pamiętane w sobie, a nie tylko zapisane w telefonie.

Oczywiście komunikacja jest potrzebna: można napisać „spóźnię się”, „nie wyjeżdżajcie po mnie”. To ułatwia życie. Ale my rozmawiamy o czymś innym: o tym, że komunikatory dają iluzję relacji i często spłycają kontakt.

Co Pani ma na myśli, mówiąc „spłycają”?

Na prawdziwą rozmowę składa się kontakt wzrokowy, dotyk, gest, uważne słuchanie – To jest mnóstwo bodźców, a poprzez komunikatory komunikacja często redukuje się do jednego–dwóch słów. Dostrzegam to również w gabinecie, wielu nastolatków mówi, że nie lubi rozmawiać, woli pisać. Komunikatory rozbijają umiejętność porozumiewania się. Młody człowiek ma trudność w wypowiadaniu się, w budowaniu myśli, czasem brakuje mu słów. Zdarza się „pustka w głowie” – i ja wierzę, że to nie jest brak wiedzy, tylko brak ćwiczenia wypowiadania się i bycia w rozmowie.

Coraz mniej „wymagamy” mówienia: bo ktoś nie lubi, bo nie musi, bo da się szybciej. A to w dłuższej perspektywie utrudnia prawdziwy kontakt.

Mówi Pani ostro o komunikatorach, ale wiemy, że nie uciekniemy od technologii. Jak rodzice mają to ugryźć? Gdzie jest zdrowy środek?

Telefon „do kontaktu” nie musi od razu oznaczać pełnego wejścia w świat komunikatorów, grup klasowych i niekończących się powiadomień. Warto rozdzielić dwie rzeczy: narzędzie bezpieczeństwa i logistyki (żeby dziecko mogło zadzwonić, gdy się spóźnia, zgubi drogę, potrzebuje pomocy) oraz urządzenie rozrywkowo-społecznościowe, które bardzo łatwo przejmuje uwagę i staje się centrum codzienności.

Dlatego telefon można wprowadzać rozważnie i etapami, z jasno określonym celem: „masz go po to, żebyśmy mogli się skontaktować”. W praktyce oznacza to ograniczenie funkcji, które najbardziej „wciągają”: brak komunikatorów grupowych, brak swobodnego dostępu do mediów społecznościowych, mniej aplikacji, mniej bodźców. Im mniej „drzwi” do świata rozproszenia, tym większa szansa, że telefon pozostanie tym, czym ma być – narzędziem, a nie środowiskiem życia.

Ale presja rówieśnicza i presja „grup klasowych” jest duża. Co wtedy?

Warto pamiętać, że komunikatory i grupy rówieśnicze to nie tylko rozmowy. To często ciągła presja bycia dostępnym, lęk przed pominięciem, porównywanie się, mikrokonflikty, a czasem treści, nad którymi rodzic realnie nie ma kontroli. Nawet jeśli rodzic „sprawdza” telefon, dziecko może kasować wiadomości, a wymiana w grupach odbywa się szybko i poza zasięgiem dorosłych. W efekcie telefon staje się przepustką do świata, który jest intensywny, zmienny i dla wielu dzieci po prostu zbyt obciążający emocjonalnie.

Dlatego to jest dziś akt odwagi. I tu pojawia się ważna myśl: jeśli nie chcemy dawać telefonu za wcześnie – chroniąc przed uzależnieniem, szukajmy innych rodziców, którzy też tego nie chcą. Twórzmy mikrospołeczności. Wtedy dziecko nie jest „jedynym wyjątkiem”.

I jeszcze jedno: dzieci biologicznie nie mają wykształconych mechanizmów samokontroli, by poradzić sobie z cyfrowym światem. Dlatego to my jesteśmy odpowiedzialni, za ochronę i żeby im nie rzucać kłód pod nogi.

Czyli jak długo – Pani zdaniem – warto opóźniać komunikatory?

Najlepiej byłoby, gdyby dzieci dostawały dostęp do tego świata jak najpóźniej, by najpierw wchodziły w bezpośrednią komunikację. Czwarta klasa jest takim przejściem na wyższy etap edukacji i większej samodzielności i tutaj często może pojawić się potrzeba rodziców, aby dać smartphone, ale to jest każdego odpowiedzialność [w okolicach 15–16 roku życia].

To jest moje spojrzenie i mówię o tym nie z pozycji „zakazów”, tylko z pozycji rozwojowej: jeśli damy dziecku telefon zbyt szybko, to zakłócamy rozwój jego potencjału i tego co w nim najpiękniejsze. Wystawiamy je na ryzyko uzależnienia od dopaminy i ciągłej stymulacji.

W rozmowie padło też porównanie telefonu do substancji psychoaktywnych…

Tak, ponieważ telefony wykorzystują te same mechanizmy, które odpowiadają za rozwój uzależnienia. Telefon bywa regulatorem napięcia. Psychoaktywne substancje działają „na chwilę”, dają ulgę, pomagają uciec od przeżywanych emocji (regulują napięcie), ale długofalowo problem zostaje- telefon działa podobnie.

Dla mnie Istnieje pewien kłopot z ideą uczenia dzieci „zdrowego korzystania” ze smartphona – one nie mają jeszcze rozwiniętego tzw. „mechanizmu hamowania”, by poradzić sobie z takim poziomem stymulacji.

A szkoła? Czy szkoła może uczyć zdrowego korzystania z komunikatorów – na przykład w ramach edukacji zdrowotnej?

Myślę, że szkoła powinna być wolna od telefonów. Jeśli wprowadzamy zasady, to potrzebujemy odważnych dorosłych – dyrektora, kadry – gotowych wchodzić w polemikę z rodzicami, którzy z lęku mówią: „moje dziecko musi mieć telefon, bo ja muszę wiedzieć, czy wszystko dobrze”.

Tylko że jeśli dziecko ma lęki i ma telefon, to lęki raczej nie znikną. Dziecko nie doświadcza, że sobie poradzi. Zamiast zwrócić się o pomoc do osoby, która jest obok – wychowawcy, pedagoga, woźnej – pisze do rodzica, którego nie ma, bo jest w pracy. To paradoksalnie nakręca spiralę niepokoju i nie zmniejsza problemu.

Tu wracamy do zaufania: szkoła powinna mówić rodzicom „Zrobimy wszystko, by zadbać o państwa dzieci – proszę nam zaufać”. Tyle że poziom zaufania społecznego spada, a my – jako dorośli – często chcemy mieć kontrolę. Telefon daje poczucie kontroli i ochrony, ale czasem to tylko poczucie.

Czyli w pewnym sensie edukacja powinna być kierowana do… rodziców?

Tak. Często jako rodzice bronimy się przed skonfrontowaniem z faktem, że jakaś decyzja – choć wygodna i praktykowana społecznie – niekoniecznie jest najlepsza dla dziecka.

Bycie z drugim człowiekiem jest dla mózgu najbardziej stymulującą czynnością, ale też najbardziej wymagającą. Trzeba słuchać, być obecnym, odpowiadać – my się męczymy, więc uciekamy w rozpraszacze. A dzieci uczą się od nas. Jeśli my chcemy „zatrzymać” dzieci, najpierw musimy zatrzymać się sami.

W tej rozmowie wybrzmiewa mocno wątek: „relacja leczy”…

Specjalistka: Tak. Bo – jak mówił Johann Hari – przeciwieństwem uzależnienia nie jest trzeźwość, przeciwieństwem uzależnienia jest więź. Oczywiście pewną rolę odgrywają również czynniki biologiczne: jedni mają większą podatność na uzależnienia, inni mniejszą. Ale relacja chroni jednych i drugich. To jest proste – i strasznie trudne jednocześnie.

Joanna Sapletta-Lewandowska – psycholożka dzieci i młodzieży, od ponad 15 lat pracuje terapeutycznie z dziećmi, nastolatkami i ich rodzinami. Wspiera młodych pacjentów m.in. w trudnościach emocjonalnych, problemach szkolnych oraz w relacjach rówieśniczych. W swojej praktyce łączy sprawdzone metody pracy z indywidualnym podejściem. Prowadzi pracownie malarską „Malort. Miejsce spontaniczności i entuzjazmu.” oraz uczestniczy w obozach wędrownych dla młodzieży. Prowadzi praktykę w Gdyni.

Zostaw swój komentarz:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Mogą Cię zainteresować:

dzieci eksperymenty nauka laboratorium warsztaty naukowe

Trwają zapisy na „Eksperymenty na Śródmieściu”: bezpłatne zajęcia dla dzieci z Fundacją RoRo

rodzina na dywanie szczęśliwi uśmiechnięci rodzice chłopiec i dziewczynka dom

„Przystań Mokotów”: Kompleksowe wsparcie dla rodzin w jednym miejscu

Starsza kobieta wygląda na zmartwioną, opierając głowę na dłoni, podczas gdy starszy mężczyzna stoi obok niej, delikatnie kładąc dłoń na jej ramieniu.

Telefon Pomocy dla Starszych – bezpłatne wsparcie informacyjne i poradnicze

Starszy mężczyzna siedzi i podpiera się o laskę

Fundacja Projekt Starsi: bezpłatna pomoc starszym doświadczającym przemocy

The owner of this website has made a commitment to accessibility and inclusion, please report any problems that you encounter using the contact form on this website. This site uses the WP ADA Compliance Check plugin to enhance accessibility.