
Ma 42 lata, kieruje zespołem w międzynarodowej korporacji, osiąga wyniki, o których wielu marzy. Z zewnątrz życie wygląda jak spełnienie: dom, żona, dzieci, wyjazdy, stabilność finansowa. Jednak w środku jego życie wymyka się spod kontroli. Uzależnienie od pracy doprowadziło do kryzysu rodzinnego, który ujawnił prawdę o tym, czego w domu nigdy nie dostał i czego sam nie potrafił dać innym.
Ruina, której nie widać
W ostatnich miesiącach ich życie rodzinne zaczęło przypominać ciągłą ciszę po burzy. Żona jest wyczerpana, dzieci coraz częściej pytają: „Tato znowu nie będzie na kolacji?” lub „Dlaczego tata zawsze musi pracować?”. Dwie siostry, które wcześniej były jego poczuciem sensu i podporą, teraz widzą go tylko w weekendy, jeśli w ogóle.
– Praca była moją strefą, w której czułem się potrzebny i doceniany – mówi. – W domu tego nie miałem. Nie umiałem znaleźć złotego środka.
Dom wyglądał dobrze: dwa samochody, dwa razy w roku wyjazdy zagraniczne, wygodny apartament spłacony długo przez terminem. Ale jego żona od lat czuła się samotna w obowiązkach, które ciążyły jej na barkach. Sama organizowała życie domowe i dzieci, a on wciąż był „tato w delegacji” lub „tato w pracy”.
– Czułam się niewidoczna – przyznaje. – Zajmowałam się wszystkim sama. Nie tylko domem, ale emocjami dzieci, szkołą, logistyka, lekarze… A on? Obecny tylko w fakturach i raportach.
Pierwsze rozmowy o kryzysie przerodziły się w terapię par. Żona chciała porozmawiać, usłyszeć, zobaczyć zmianę. On przyszedł raczej z przekonaniem, że „to chwilowa faza”, że wystarczy kilka wskazówek.
– Powiedział, że terapia to strata czasu – wspomina żona. – Śmiał się, kiedy terapeuta zaproponował konsultację w kierunku uzależnienia. Po kilku spotkaniach zrezygnował całkiem, bo terapia kolidowała z napiętym grafikiem.
Ucieczka w pracę
Nie była to tylko „praca po godzinach”. To była potrzeba bycia nieustannie aktywnym, osiągania, dostarczania wyników, bycia podziwianym, docenianym. W pracy czuł to, czego w domu brakowało: uznanie, widoczność, efekt, wpływ.
– Błem bohaterem. W domu nigdy nie wystarczałem – mówi dziś. – Bycie docenionym przez zespół dawało mi iluzję, że robię coś ważnego, że jestem wartościowy.
Każdy telefon, każda wiadomość, każda prezentacja były sposobem na odroczenie problemów, których nie chciał konfrontować w domu. Im więcej czasu spędzał poza domem, tym bardziej narastała frustracja żony i poczucie samotności dzieci.
– Mówiły wprost: „Tato, czy nie możesz być z nami?” – wspomina. – Ale ja wciąż miałem wymówki: deadline, raport, spotkanie strategiczne. Nie widziałem problemu.
Kryzys małżeński i ostateczny wybuch
Żona długo cierpliwie próbowała komunikować swoje potrzeby. Prosiła o czas, obecność, wsparcie. Bez efektu. W końcu zagroziła rozwodem. Ostatecznym ciosem było, gdy pewnego dnia po cichu zabrała dzieci i przeprowadziła się do rodziców. Po prostu – zniknęła z codziennego życia, zostawiając mu przestrzeń i pustkę.
– Poczułem się nagle sam – przyznaje. – I wtedy po raz pierwszy zastanowiłem się: czy naprawdę mogę być uzależniony od pracy?
Świadomość, która uderza jak grom
Pierwsza konsultacja u terapeuty uzależnień była dla niego szokiem.
– „Uzależnienie od pracy? Przecież to tylko praca, to nie narkotyk, nie alkohol” – pomyślałem.
Terapeuta wyjaśnił, że uzależnienie od pracy może być tak samo destrukcyjne, jak każde inne. Nie chodzi o liczbę godzin, tylko o mechanizm: kompulsję, przymus, ucieczkę od emocji, brak zdolności do wyłączenia się, utratę równowagi między własnym życiem a innymi zobowiązaniami.
– To było jak spojrzenie w lustro. Widziałem samego siebie: ciągle w biegu, zawsze w działaniu, zawsze dla efektu, zawsze poza domem. I jednocześnie pustego, samotnego, bez prawdziwej satysfakcji w życiu rodzinnym.
Korzenie w rodzinie pochodzenia
Kiedy zagłębia się w swoje dzieciństwo, widzi wyraźny wzorzec. Dorastał w domu, w którym wymagało się wszystkiego, a pochwał praktycznie nie było. Rodzice stawiali wysoko poprzeczkę: dobre oceny, wyniki w sporcie, aktywności dodatkowe. Każdy sukces traktowany był jako oczywisty obowiązek, a każde potknięcie – jako porażka.
– Nigdy nie dostałem słowa „brawo” ani „jestem z ciebie dumny”. Zawsze musiałem zabiegać o ich uwagę – mówi. – Praca stała się miejscem, gdzie wreszcie mogłem ją dostać.
To doświadczenie z dzieciństwa ukształtowało jego wzorzec: by czuć się wartościowym, musiał nieustannie działać, osiągać, być „lepszym”. Dom rodzinny nauczył go, że wystarczy „robić”, by ktoś zauważył. W pracy ta zasada zaczęła funkcjonować destrukcyjnie.
Terapia: pierwsze pół roku
Od pół roku uczestniczy w terapii indywidualnej. Sesje pozwalają mu rozpoznać, że praca stała się mechanizmem kompensującym brak poczucia własnej wartości, samotność w związku i brak bliskości emocjonalnej.
– Terapia uczy mnie zatrzymywać się – mówi. – Patrzeć na siebie i rodzinę bez wymówek. Bez uciekania w raporty, prezentacje, kolejne godziny w biurze.
Uczy się rozpoznawać impulsy: „muszę coś zrobić”, „nie mogę odpocząć”, „jeszcze jeden projekt”. Zamiast natychmiast reagować, zatrzymuje się, analizuje, szuka alternatywy.
– To trudne, bo mechanizm jest głęboko zakorzeniony. Ale pierwszy raz zaczynam widzieć granicę między pracą a życiem osobistym.
Terapia uświadomiła mu również, jak ważna jest szczerość wobec żony i dzieci. Bez tego nie ma prawdziwego powrotu do rodziny.
– Muszę odbudować zaufanie – mówi. – Ale najpierw muszę odbudować zaufanie do siebie samego.
Życie po terapii: kroki w kierunku równowagi
Od czasu rozpoczęcia terapii jego relacje w domu zaczynają się powoli odbudowywać. Rozmowy z żoną stają się częstsze i szczere. Dzieci powoli uczą się obecności ojca nie tylko jako dostawcy, ale jako człowieka.
– Nie oczekuję natychmiastowego cudu – mówi. – Wiem, że zdradziłem zaufanie mojej rodziny. Teraz chcę być tu i teraz, a nie w pracy, która była moją ucieczką.
Planuje wprowadzić stałe rytuały: wspólne kolacje, weekendy offline, czas dla dzieci. Nie wszystko wychodzi idealnie, ale świadome działanie staje się pierwszym krokiem ku równowadze.
– Czasem odruch włączenia laptopa w weekend jest silniejszy niż ja – przyznaje. – Ale uczę się zatrzymywać i mówić sobie: „Nie musisz tego robić, nie dzisiaj”.
Zrozumienie własnego uzależnienia
Najważniejsze odkrycie terapii: uzależnienie od pracy istnieje i jest realne. Nie wymaga narkotyków ani alkoholu. Potrafi niszczyć relacje, emocje i zdrowie. I często jest niewidoczne dla otoczenia, bo na zewnątrz wygląda „normalnie” – a nawet wzorowo.
– Nie wiesz, że jesteś uzależniony, dopóki nie tracisz tego, co naprawdę ważne – mówi. – W moim przypadku była to rodzina, obecność, emocje.
Przestroga i nadzieja
Dziś mówi: jeśli ktoś pyta, czy praca może stać się uzależnieniem, odpowiada zdecydowanie: tak. I to uzależnienie może być równie wyniszczające jak każde inne.
– Nie chodzi o liczby godzin ani tytuł kierownika. Chodzi o mechanizm ucieczki, potrzebę bycia „ważnym” w jednym miejscu, bo w drugim nie dostajesz nic – mówi.
Terapia daje mu nadzieję, że można odbudować życie i relacje, choć droga jest długa i wymaga cierpliwości.
– Wiem, że nigdy nie będę idealnym ojcem czy mężem. Ale mogę być tu naprawdę, a nie tylko fizycznie. I to wystarczy na początek.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz