
Przez lata prowadził podwójne życie. W dzień – mąż, ojciec, pracownik, ktoś „normalny”. W nocy – gracz, który wpatrywał się w ekran, licząc, że tym razem los odda to, co wcześniej zabrał. Dziś ma 47 lat, jest po rozwodzie, w trakcie terapii i próbuje poukładać relacje z córką. Opowiada, jak hazard – krok po kroku – odebrał mu wszystko, co uważał za pewnik. Poznajcie historię Krzysztofa.
Redakcja: Pamięta pan moment, w którym hazard pojawił się w pana życiu po raz pierwszy?
Krzysztof: Tak, bardzo dokładnie. To nie było nic spektakularnego, żadne wielkie pieniądze. Automaty w barze, do którego chodziliśmy z kolegami po pracy. Ktoś wrzucił parę złotych, ktoś inny wygrał dwadzieścia czy pięćdziesiąt. Śmialiśmy się z tego. Traktowałem to jak przedłużenie przerwy na piwo.
Nigdy nie pomyślałem wtedy, że to początek czegokolwiek. Hazard kojarzył mi się z ludźmi, którzy przegrywają domy. Ja byłem „rozsądny”. Tak sobie wmawiałem.
Co sprawiło, że granie przestało być dodatkiem, a stało się czymś więcej?
Samotność i dostępność. Automaty były tylko wstępem. Prawdziwa zmiana przyszła z kasynem online. Nagle mogłem grać wszędzie – w domu, w łóżku, w łazience. Bez spojrzeń, bez komentarzy.
Pamiętam pierwszą większą wygraną w Internecie. Kilka tysięcy złotych w kilkanaście minut. To było jak uderzenie adrenaliny. Pomyślałem, że odkryłem sposób na szybkie pieniądze. Że skoro raz się udało, uda się znowu. I znowu.
Nie zauważyłem momentu, w którym przestałem grać dla przyjemności, a zacząłem grać z potrzeby.
Kiedy pojawiły się pierwsze straty?
Bardzo szybko. Tylko wtedy jeszcze je bagatelizowałem. Przegrywałem pensję, ale mówiłem sobie, że „następnym razem ją odbiję”. To była logika hazardzisty: strata nie jest stratą, dopóki jej nie zaakceptujesz. Każda przegrana bolała, ale jeszcze bardziej bolała myśl, że mógłbym przestać i pogodzić się z tym, że pieniądze zniknęły na zawsze.
Wtedy zaczął pan pożyczać?
Tak. Najpierw od ludzi, którzy mi ufali. Rodzina, znajomi. Zawsze miałem gotową historię. Zawsze wiarygodną. Byłem w tym dobry. Oddawałem – przynajmniej na początku. Czasem z wygranej, częściej z kolejnej pożyczki. To dawało mi iluzję kontroli. Skoro oddaję, to znaczy, że nie jest tak źle.
Chwilówki były kolejnym krokiem. Szybkie, bez rozmów, bez wstydu. Klik i pieniądze na koncie. Idealne paliwo dla kogoś, kto już dawno przestał myśleć o konsekwencjach.
Jak w tym wszystkim funkcjonowała pana rodzina?
Na zewnątrz – normalnie. Pracowałem, wracałem do domu, jadłem kolację. Byłem obecny fizycznie, ale głową ciągle byłem gdzie indziej. Liczyłem straty, planowałem kolejne granie. Żona pytała, czemu jestem nerwowy, czemu ciągle brakuje pieniędzy. Odpowiadałem półsłówkami. Kłamstwo stało się codziennością. Nawet nie czułem już wyrzutów sumienia. Miałem poczucie, że chronię rodzinę przed „niepotrzebnym stresem”. Dziś wiem, że to była tylko wymówka.
Jak doszło do konfrontacji?
List. Windykacja. Przyszedł na domowy adres. Żona otworzyła go z ciekawości. Pamiętam ciszę, która zapadła po jej pytaniu: „Co to jest?”. To była cisza, w której zawalił się cały mój świat. Nie krzyczała. Płakała. Pytała, ile tego jest. A ja nie potrafiłem odpowiedzieć, bo sam nie znałem sumy. Długi były porozrzucane po różnych miejscach, jak kawałki życia, którego nie chciałem oglądać w całości.
Co straciliście?
Zaufanie – przede wszystkim. Pieniądze są drugorzędne, choć oczywiście też bolały. Sprzedaliśmy samochód, zrezygnowaliśmy z wielu rzeczy. Każda rozmowa kręciła się wokół długów. Żona powiedziała, że nie wie, kim jestem. I to było najgorsze. Bo miała rację.
Decyzja o rozwodzie była dla pana zaskoczeniem?
Nie, ale i tak bolała. Rozdzielność majątkowa była logiczna. Rozwód – ostateczny. Rozumiem ją. Żyła latami w kłamstwie. Miała prawo odejść. Mimo to do dziś mam w sobie nadzieję, że kiedyś spojrzy na mnie inaczej. Nie jak na hazardzistę, tylko jak na człowieka, który próbuje się podnieść.
Jak wygląda dziś pana relacja z córką?
Jest trudna. Spotykamy się, ale czuję dystans. Ona wie więcej, niż bym chciał. Widziała płacz matki, napięcie w domu. Czasem patrzy na mnie jak na kogoś, komu nie do końca ufa. I ma do tego prawo.
Najbardziej boli mnie to, że nie mogę cofnąć czasu. Mogę tylko próbować być teraz uczciwy.
Co było momentem, w którym zdecydował się pan na terapię?
Kolejna przegrana. Taka, po której już nie było „planu B”. Siedziałem sam, patrzyłem w ekran i poczułem pustkę. Bez złości, bez emocji. Zrozumiałem, że jeśli czegoś nie zmienię, stracę resztki relacji z córką i szacunek do samego siebie. Zadzwoniłem następnego dnia. Powiedzenie na głos, że jestem hazardzistą, było jednocześnie upokarzające i uwalniające.
Jak wygląda życie dziś?
Jest spokojniejsze. Trudniejsze, ale prawdziwsze. Uczę się żyć bez adrenaliny, bez ciągłego napięcia.
Spłacam długi. Odbudowuję relacje. Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Ale wiem jedno: nie chcę już żyć w kłamstwie.
Czego najbardziej się pan boi?
Że nie odzyskam zaufania córki. Że żona nigdy do mnie nie wróci. Ale boję się też czegoś innego – że zapomnę, jak łatwo było wszystko stracić. Dlatego terapia jest dla mnie kotwicą.
Co powiedziałby pan komuś, kto myśli, że „jeszcze panuje nad grą”?
Że kontrola w hazardzie to mit. Że to nie kwestia inteligencji ani charakteru. I że im szybciej poprosi się o pomoc, tym mniej będzie do stracenia.
Terapia
Na terapię poszedł nie dlatego, że uwierzył w zmianę. Poszedł, bo nie miał już dokąd uciec. Mówi, że na początku traktował ją jak ostatnią deskę ratunku, coś w rodzaju formalności: „spróbuję, zobaczymy”. Nie miał w sobie ani wielkiej motywacji, ani wiary, że rozmowy mogą cokolwiek naprawić.
Pierwsze spotkania były dla Krzysztofa trudniejsze, niż się spodziewał. Nie dlatego, że terapeuta zadawał trudne pytania. Wręcz przeciwnie – zaskoczyła go zwyczajność tych rozmów. Brak ocen, brak moralizowania. Cisza, która zmuszała do mówienia prawdy.
– Myślałem, że będę się tłumaczył. A on po prostu słuchał – mówi mężczyzna.
Dopiero po kilku sesjach zrozumiał, że terapia nie polega na opowiadaniu o hazardzie. Hazard jest tylko objawem. Prawdziwa praca zaczęła się wtedy, gdy przestali rozmawiać o automatach, a zaczęli o nim samym.
Dowiedział się rzeczy, których wcześniej nie chciał o sobie wiedzieć. Że granie nie było próbą zarobienia pieniędzy, tylko sposobem regulowania emocji. Że sięgał po hazard wtedy, gdy czuł napięcie, złość, poczucie porażki. Gdy nie umiał powiedzieć, że jest mu ciężko. Gdy bał się przyznać do słabości.
Na terapii pierwszy raz nazwał wstyd po imieniu. Ten, który kazał mu kłamać żonie. Ten, który sprawiał, że zamiast prosić o pomoc, brał kolejną pożyczkę. Zrozumiał, że wstyd był paliwem uzależnienia – im większy, tym silniejsza potrzeba ucieczki.
Praca z terapeutą jest konkretna i wymagająca. Krzysztof uczy się rozpoznawać momenty, w których wcześniej automatycznie myślał o graniu. Analizują sytuacje: co się wydarzyło, co poczuł, co zrobił. Rozbierają jego decyzje na czynniki pierwsze, bez usprawiedliwień i bez biczowania się.
– Zawsze myślałem, że mam problem z hazardem. Teraz wiem, że mam problem z radzeniem sobie z życiem – dodaje.
życie od nowa
Jednym z najtrudniejszych odkryć było uświadomienie sobie, że nie ma „bezpiecznego grania”. Że dla niego nie istnieje coś takiego jak jeden zakład, jedno wejście do kasyna, jedno kliknięcie. Terapia odebrała mu złudzenia, ale dała coś w zamian: jasne zasady.
Krzysztof uczy się odpowiedzialności. Nie tej wielkiej, patetycznej, ale codziennej. Punktualności. Oddzwaniania. Przyznawania się do błędów bez tłumaczeń. Spłacania długów małymi krokami. Życia bez skrótów.
Najważniejsze jest jednak to, że terapia nauczyła go zatrzymywać się. Zanim zrobi coś impulsywnie, skłamie. Zanim ucieknie. To zatrzymanie – mówi – bywa bolesne, bo odsłania emocje, od których przez lata uciekał. Ale właśnie w nim jest zmiana.
Nie wierzy już w spektakularne odkupienie. Wie, że nie odzyska wszystkiego. Terapia nie obiecuje mu powrotu żony ani natychmiastowego naprawienia relacji z córką. Daje mu coś innego: szansę, aby nie powtórzyć tego samego scenariusza.
– Po raz pierwszy od lat mam poczucie, że żyję naprawdę, a nie w ciągłym „zaraz” – mówi.
I dodaje, że to wystarcza, żeby przychodzić na kolejne spotkania.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz