
Na początku był zachwyt. Uczucie, że w końcu jest się dokładnie takim, jakim zawsze chciało się być – pewnym siebie, szybkim, niewstydzącym się słów ani emocji. Mefedron dawał to wszystko natychmiast. A potem zaczął zabierać sen, spokój i poczucie, że życie to coś więcej niż czekanie na kolejną dawkę. Poznajcie historię Piotrka.
Pierwszy kontakt – energia, której zawsze brakowało
Kiedy po raz pierwszy spróbował mefedronu, miał 24 lata i wrażenie, że w końcu coś „zaskoczyło”. Wcześniej był raczej wycofany, spięty, pełen wątpliwości. Imprezy go męczyły, rozmowy z ludźmi kosztowały wysiłek. Mefedron zrobił coś, czego nie potrafił osiągnąć sam. „Nagle byłem szybki, błyskotliwy, pewny siebie. Nie analizowałem każdego zdania” – wspomina Piotrek. Substancja pojawiła się w jego życiu jako narzędzie do bycia bardziej „sobą”, a raczej wersją siebie, którą uważał za lepszą. Nie kojarzył jej z uzależnieniem. W jego środowisku funkcjonowała jako coś nowoczesnego, lżejszego niż „twarde narkotyki”. Brakowało ostrzeżeń, a skutki uboczne wydawały się chwilowe. Po imprezie przychodził zjazd, ale szybko znikał. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to właśnie intensywna nagroda połączona z ostrym spadkiem nastroju czyni mefedron tak silnie uzależniającym.
Imprezy, które przestały być tylko weekendowe
Początkowo Piotrek używał mefedronu okazjonalnie. Weekendy, jakiś koncert, domówka. Z czasem jednak zauważył, że coraz częściej czeka na moment, kiedy znów będzie mógł wziąć. „Nie chodziło już o imprezę. Chodziło o ten stan” – mówi. Mefedron sprawiał, że nie potrzebował snu, jedzenia, odpoczynku. Noce się wydłużały, granice zacierały. Zdarzało się, że impreza trwała do poniedziałku rano. Potem szybki prysznic, praca, kawa, obietnica, że to ostatni raz. W tygodniu pojawiało się zmęczenie, drażliwość, pustka. Myśl o kolejnej dawce stawała się coraz bardziej kusząca. To, co miało być dodatkiem do życia, zaczęło je organizować. Mefedron przestał być substancją „na okazję” – stał się odpowiedzią na każdą trudność: stres, nudę, samotność.
Zjazdy, które były coraz dłuższe i ciemniejsze
Najpierw zjazdy trwały kilka godzin. Potem cały dzień. Potem dwa, trzy dni. „Czułem się, jakby ktoś wyłączył we mnie światło” – opowiada Piotrek. Pojawiały się stany depresyjne, lęk, poczucie winy. Myśli stawały się natrętne, czarne. Jednocześnie pamięć o euforii sprawiała, że chciał jak najszybciej to przerwać. W ten sposób powstawała pętla: mefedron dawał ulgę od skutków mefedronu. Organizm domagał się kolejnej dawki, żeby wrócić do „normy”.
Relacje na przyspieszeniu
Na mefedronie ludzie wydawali się Piotrkowi bliżsi, rozmowy głębsze, emocje intensywniejsze. „Miałem wrażenie, że w końcu naprawdę się z kimś łączę” – mówi. Problem w tym, że te relacje rzadko przenosiły się poza używanie. Po zjeździe znikały. Telefony milczały, wiadomości pozostawały bez odpowiedzi. Z czasem jego krąg znajomych zawęził się do osób, z którymi brał. Spotkania trzeźwe stawały się nieznośne. Czuł się wtedy pusty, nudny, nieadekwatny. Mefedron zmienił jego sposób bycia z innymi – szybko, intensywnie, bez granic. Trzeźwe relacje wymagały cierpliwości, której już nie miał.
Praca i codzienność na resztkach energii
Przez długi czas udawało mu się utrzymać pracę. Był produktywny, szybki, zaangażowany. Do czasu. Po nocach bez snu przychodziły dni, w których ledwo funkcjonował. Pojawiły się błędy, spóźnienia, konflikty. „Mefedron zabierał mi energię, którą rzekomo dawał” – tłumaczy. Każdy tydzień był walką o przetrwanie do kolejnego użycia. Ciało było wyczerpane, psychika rozchwiana. Coraz trudniej było odróżnić zmęczenie od depresji, stres od lęku. Substancja, która miała pomagać, zaczęła systematycznie niszczyć podstawy jego życia.
Moment, w którym strach przestał być abstrakcyjny
Punktem zwrotnym był silny atak paniki po kilkudniowym ciągu. Serce waliło, ręce drżały, pojawiło się przekonanie, że zaraz umrze. Trafił na SOR. Badania nie wykazały nic „poważnego”. Usłyszał, że to reakcja organizmu na substancje i przemęczenie. „Wyszedłem stamtąd z ulgą, ale też z przerażeniem” – wspomina. Po raz pierwszy zobaczył, że jego ciało ma granice, których nie da się negocjować. Przez kilka dni nie brał. Potem wrócił. Ale coś się zmieniło – strach przestał być teoretyczny.
Nazwanie problemu i decyzja o terapii
Decyzja o terapii dojrzewała w nim długo, pomiędzy kolejnymi zjazdami i obietnicami poprawy. W końcu powiedział sobie wprost: „To nie jest już imprezowanie. To jest uzależnienie”. Terapia zaczęła się od psychoedukacji – zrozumienia, jak mefedron działa na układ nerwowy, dlaczego tak szybko uzależnia i czemu „kontrola” jest iluzją. To przyniosło ulgę. „Przestałem myśleć, że jestem słaby. Zrozumiałem, że mój mózg został przeprogramowany” – mówi. Praca terapeutyczna dotyczyła też emocji, które wcześniej regulował substancją: napięcia, wstydu, potrzeby akceptacji.
Uczenie się życia bez dopingu
Trzeźwość była trudna. Bez mefedronu świat wydawał się wolniejszy, mniej intensywny. Pojawiła się nuda, frustracja, zmęczenie. Terapia uczyła go, że to normalny etap – układ nerwowy potrzebuje czasu, by się odbudować. Stopniowo wracały sen, apetyt, zdolność do koncentracji. Relacje zaczęły się zmieniać. Zamiast intensywności pojawiła się stabilność. „To było mniej spektakularne, ale prawdziwe” – mówi. Najtrudniejsze było zaakceptowanie, że nie będzie już tej euforii. Najważniejsze – że nie będzie też tej pustki po niej.
Życie po mefedronie – bez skrótów
Dziś mówi o sobie, że jest w procesie zdrowienia. Wie, że wspomnienie euforii może wracać, zwłaszcza w trudnych momentach. Ale ma narzędzia, by nie iść za tym impulsem. „Mefedron obiecywał mi łatwe życie. Terapia nauczyła mnie, że łatwe nie znaczy dobre” – podsumowuje. Odzyskał codzienność, która nie wymaga chemicznego wsparcia. I choć bywa trudniej, jest w niej miejsce na prawdziwe emocje, a nie tylko na ich sztuczny odpowiednik.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz