
Monika jest studentką kierunku artystycznego. Przez długi czas marihuana pomagała jej radzić sobie z napięciem, krytycznym myśleniem o sobie i presją perfekcjonizmu. W porę zauważyła, że zamiast wsparcia pojawia się zależność. Zanim doszło do uzależnienia, zdecydowała się na terapię i pracę nad sobą.
Redakcja: Kiedy po raz pierwszy pojawiła się w Pani życiu marihuana i co wtedy Pani dawała?
Monika: Marihuana pojawiła się w moim życiu dość wcześnie, ale długo nie miała dla mnie większego znaczenia. Pierwsze próby były jeszcze w liceum, raczej towarzyskie, okazjonalne. Prawdziwa relacja zaczęła się na studiach artystycznych. To był moment, kiedy presja bardzo wzrosła. Ciągła ocena, porównywanie się z innymi, konieczność bycia kreatywną na zawołanie. Po marihuanie czułam spokój, jakby ktoś ściszył hałas w mojej głowie. Myśli, które zwykle pędziły i krytykowały mnie bez przerwy, nagle zwalniały. Pojawiało się poczucie akceptacji siebie, większa łagodność. Przestawałam analizować każdy ruch, każdy szkic, każde zdanie. To było bardzo kuszące, zwłaszcza w środowisku, gdzie napięcie i stres są na porządku dziennym. Wtedy nie widziałam w tym nic niepokojącego. Myślałam, że znalazłam sposób na balans, na twórczy spokój. Dopiero z czasem zaczęłam zauważać, że coraz częściej sięgam po marihuanę nie dla przyjemności, ale po to, aby w ogóle funkcjonować bez wewnętrznego napięcia.
W którym momencie zauważyła Pani, że to używanie zaczyna być szkodliwe?
To był proces uświadamiania sobie drobnych sygnałów. Zaczęłam zauważać, że coraz trudniej mi się wyciszyć bez marihuany. Kiedy nie paliłam, byłam rozdrażniona, spięta, pełna pretensji do siebie. Wewnętrzny krytyk wracał ze zdwojoną siłą. Coraz częściej odkładałam pracę twórczą „na potem”, bo wydawało mi się, że bez zapalenia nie jestem w stanie stworzyć nic wartościowego. To było bardzo niepokojące, bo sztuka była dla mnie zawsze przestrzenią wolności, a nagle stała się źródłem lęku. Pojawiło się pytanie: czy ja naprawdę tego chcę, czy po prostu boję się być sama ze swoimi myślami? To pytanie długo we mnie pracowało i było impulsem do zatrzymania się.
Jaką rolę odgrywały w tym perfekcjonizm i krytyk wewnętrzny?
Ogromną. Dopiero podczas terapii zrozumiałam, że marihuana była dla mnie sposobem radzenia sobie z perfekcjonizmem, który towarzyszył mi od dziecka. Zawsze chciałam być „wystarczająco dobra”, najlepiej najlepsza. Każdy błąd urastał do rangi porażki. Krytyk wewnętrzny był bezlitosny – oceniał nie tylko moje prace, ale też mnie jako osobę. Marihuana chwilowo go uciszała. Po niej potrafiłam spojrzeć na swoje projekty z dystansem, bez napięcia. Problem polegał na tym, że to była ulga z zewnątrz, a nie realna zmiana wewnętrzna. Zamiast nauczyć się rozmawiać ze sobą łagodniej, ja sięgałam po substancję, która robiła to za mnie. Z czasem zaczęłam się bać, że bez niej ten krytyczny głos mnie zniszczy. To było bardzo wyczerpujące emocjonalnie.
Co skłoniło Panią do pójścia do terapeuty, zanim doszło do uzależnienia?
Myślę, że zadziałała intuicja i strach, ale taki zdrowy, ostrzegawczy. Zobaczyłam u niektórych znajomych, jak marihuana z czasem przestaje być „narzędziem”, a zaczyna być centrum życia. Nie chciałam tam dojść. Zrozumiałam, że jeśli teraz się nie zatrzymam, to później może być dużo trudniej. Poszłam do terapeuty z myślą, że chcę zrozumieć siebie, a nie „rzucić palenie”. Dopiero w trakcie rozmów wyszło, jak bardzo używanie marihuany jest splecione z moimi mechanizmami radzenia sobie z lękiem i oceną. Terapia dała mi bezpieczną przestrzeń, żeby to zobaczyć bez wstydu i osądu.
Jak wyglądała praca terapeutyczna nad tym problemem?
Przede wszystkim skupiałyśmy się na emocjach i myślach, a nie na samej substancji. Uczyłam się zauważać momenty, w których pojawia się napięcie i automatyczna chęć zapalenia. Analizowałyśmy dialog wewnętrzny, ten ciągły strumień krytyki. Pracowałyśmy nad tym, aby go osłabić, a nie zagłuszać. To było trudne, ale przywoływanie faktów pokazywało mi, że jestem wystarczająca. Stopniowo uczyłam się innych sposobów regulowania napięcia: działały muzyka, aktywność na świeżym powietrzu, rozmowy i kontakty z „bezpiecznymi” znajomymi. Marihuana przestała być pierwszym wyborem. To była bardzo delikatna, ale głęboka praca nad sobą.
Jak zmieniła się Pani relacja z marihuaną?
Przede wszystkim odzyskałam poczucie wyboru. Zrozumiałam, że nie muszę jej używać, żeby być spokojna czy twórcza. Na pewnym etapie zdecydowałam się na dłuższą przerwę, żeby sprawdzić, jak funkcjonuję bez niej. To było trudne, ale też bardzo wzmacniające. Zobaczyłam, że potrafię radzić sobie z napięciem, że kreatywność nie znika. Wręcz przeciwnie — stała się bardziej autentyczna. Dziś wiem, że jeśli coś ma mnie uspokajać, to chcę, aby pochodziło z mojego wnętrza, a nie z zewnątrz.
Co zmieniło się w Pani życiu dzięki terapii?
Zmienił się sposób, w jaki traktuję siebie. Jest więcej łagodności, mniej presji. Perfekcjonizm nadal się pojawia, ale nie rządzi mną tak, jak kiedyś. Nauczyłam się, że mogę być wystarczająca, nawet jeśli coś nie jest idealne. To ogromna ulga. Terapia nauczyła mnie uważności na swoje granice i potrzeby. Dzięki temu marihuana przestała być mi potrzebna. To nie była walka z substancją, tylko praca nad relacją z samą sobą.
Co powiedziałaby Pani osobom, które myślą, że „jeszcze mają kontrolę”?
Powiedziałabym, żeby się zatrzymały i zadały sobie kilka szczerych pytań: po co sięgam po tę substancję? Co ona mi daje? I czy potrafię to dać sobie inaczej? Nie trzeba czekać na uzależnienie, aby szukać pomocy. Czasem wystarczy zauważyć, że coś zaczyna pełnić zbyt ważną rolę w naszym życiu. Wczesna reakcja to nie przesada, tylko troska o siebie.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz