
Barbara ma 50 lat, stabilną pracę i rodzinę. Przez lata nikt nie podejrzewał, że łączy benzodiazepiny z alkoholem, stopniowo wpadając w jedno z bardziej podstępnych uzależnień. Dziś opowiada, jak się zaczęło… Niewinnie – od bezsenności i lęku. I jak długo nie potrafiła przyznać, że straciła kontrolę.
Redakcja: Jak wyglądał moment, w którym po raz pierwszy sięgnęła Pani po benzodiazepiny?
Barbara: Miałam około czterdziestu kilku lat, dużo pracy, dorastające dzieci, chorującą matkę i poczucie, że wszystko jest na mojej głowie. Zaczęły się problemy ze snem, najpierw sporadyczne, potem coraz częstsze. Budziłam się w nocy z uczuciem napięcia w klatce piersiowej, z myślami, które nie chciały się zatrzymać. Lekarz rodzinny przepisał mi benzodiazepiny, tłumacząc, że to na krótko, tylko żeby „ustabilizować sen”. Wtedy nie widziałam w tym niczego groźnego. To był lek, legalny, przepisany przez lekarza, w dodatku przynosił ulgę. Po tabletce zasypiałam szybciej, sen był głębszy, a rano miałam wrażenie, że wreszcie funkcjonuję normalnie. Nikt mnie nie ostrzegł, jak łatwo można się do tego przyzwyczaić. Ja sama też nie zadawałam pytań. Chciałam tylko spać i mieć siłę na kolejny dzień. Z perspektywy czasu widzę, że to był moment, w którym zaczęłam uczyć się żyć i regulować emocje farmakologicznie, zamiast przyjrzeć się temu, dlaczego jest mi tak ciężko. Wtedy jednak wydawało mi się, że po prostu radzę sobie jak odpowiedzialna dorosła osoba.
Kiedy w Pani życiu pojawił się alkohol i dlaczego zaczął towarzyszyć lekom?
Alkohol był obecny od zawsze, ale w społecznie akceptowalnej formie. Lampka wina wieczorem, kieliszek do kolacji, czasem dwa w weekend. Problem zaczął się wtedy, gdy zauważyłam, że połączenie tabletki i alkoholu działa szybciej i mocniej. Najpierw był to przypadek – wzięłam lek na noc, a wcześniej wypiłam kieliszek wina. Zasypiałam niemal natychmiast, napięcie znikało, ciało się rozluźniało. Z czasem zaczęłam to powtarzać świadomie. To był moment, w którym stres, lęk i napięcie związane z okresem okołomenopauzalnym zaczęły się nasilać. Uderzenia gorąca, rozdrażnienie, niepokój, płaczliwość – czułam się, jakbym traciła kontrolę nad własnym ciałem i emocjami. Alkohol „zmiękczał” działanie dnia, benzodiazepiny wyciszały lęk. Razem tworzyły mieszankę, która dawała mi złudne poczucie bezpieczeństwa. Mówiłam sobie, że to tylko wieczorem, że nikomu nie robię krzywdy, że przecież rano wstaję, idę do pracy, funkcjonuję. Nie widziałam, że przesuwam granicę, że coraz trudniej jest mi zasnąć bez tego zestawu. To nie było picie „dla zabawy”, tylko picie, żeby przestać czuć.
Jak wyglądało codzienne funkcjonowanie, gdy uzależnienie zaczęło się pogłębiać?
Z zewnątrz wszystko wyglądało normalnie. Praca, dom, zakupy, spotkania rodzinne. Byłam tą samą kobietą, którą wszyscy znali. W środku jednak toczyła się ciągła walka. Dawkowanie leków przestało być zgodne z zaleceniami. Czasem brałam jedną tabletkę, czasem dwie, tłumacząc sobie, że „dzisiaj był trudniejszy dzień”. Alkohol stał się elementem wieczornego rytuału, a nie dodatkiem. Zaczęłam planować dzień pod to, żeby wieczorem móc się „wyłączyć”. Pojawiły się luki w pamięci, poranki z poczuciem ciężkości, wstyd, że znowu to zrobiłam. Obiecywałam sobie, że od jutra ograniczę, że to ostatni raz. Ale kiedy nadchodził wieczór, napięcie wracało i znów sięgałam po to samo rozwiązanie. Najbardziej przerażające było to, że długo nie widziałam siebie jako osoby uzależnionej. Myślałam: uzależnieni to są ci, którzy piją od rana albo biorą narkotyki. Ja byłam „normalna”, tylko zmęczona. Dopiero z czasem zauważyłam, że bez tych substancji czuję niepokój, drżenie rąk, rozdrażnienie. To już nie była ulga – to było podtrzymywanie stanu, żeby nie było gorzej.
Czy ktoś z otoczenia zauważał, że coś jest nie tak?
Nie wprost. Pojawiały się pytania, czy wszystko w porządku, czy nie jestem przemęczona. Mąż mówił, że jestem bardziej nieobecna, że szybciej się irytuję. Dzieci zauważały, że wieczorami zamykam się w sobie. Ale nikt nie podejrzewał, że łączę leki z alkoholem. Bardzo pilnowałam pozorów. Piłam w domu, nie upijałam się publicznie, nie robiłam awantur. To uzależnienie jest wyjątkowo podstępne, bo długo pozwala funkcjonować. Jednocześnie izoluje. Zaczęłam unikać rozmów, spotkań wieczornych bez alkoholu, wyjazdów, gdzie nie miałabym kontroli nad dostępem do leków. W środku rosło poczucie winy i wstydu. Wiedziałam, że robię coś niebezpiecznego, ale bałam się powiedzieć komukolwiek. Bałam się oceny, utraty zaufania, tego, że ktoś każe mi „po prostu przestać”, a ja wiedziałam, że nie potrafię. To była samotność, której wcześniej nie znałam.
Co było momentem przełomowym, który sprawił, że zaczęła Pani myśleć o leczeniu?
Pewnego ranka obudziłam się z ogromnym lękiem, drżeniem całego ciała i poczuciem, że zaraz stracę przytomność. Nie pamiętałam dokładnie poprzedniego wieczoru. Przeraziło mnie to, że nie wiedziałam, ile wzięłam i ile wypiłam. Zrozumiałam, że to mogło skończyć się bardzo źle. Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że to nie jest już „radzenie sobie”, tylko realne zagrożenie dla zdrowia i życia. Zaczęłam czytać o łączeniu benzodiazepin z alkoholem i zobaczyłam siebie w opisach: tolerancja, uzależnienie, ryzyko depresji oddechowej. To było jak zimny prysznic. Jednocześnie poczułam ogromny strach przed odstawieniem. Wiedziałam, że nie mogę zrobić tego sama. To był moment, w którym po raz pierwszy powiedziałam na głos: mam problem.
Jak wyglądał proces leczenia i odstawiania substancji?
Leczenie zaczęło się od konsultacji psychiatrycznej i bardzo ostrożnego planu redukcji benzodiazepin. Dowiedziałam się, że nagłe odstawienie może być niebezpieczne, zwłaszcza przy równoczesnym piciu alkoholu. To było trudne, bo musiałam zmierzyć się z lękiem, bezsennością, rozdrażnieniem – tym wszystkim, przed czym uciekałam. Terapia nauczyła mnie rozpoznawać emocje, nazywać je i znosić bez natychmiastowego „znieczulania”. Alkohol musiał zniknąć całkowicie, co było ogromnym wyzwaniem. Każdy wieczór był konfrontacją z samą sobą. Zrozumiałam, jak bardzo bałam się ciszy, myśli, samotności. Proces leczenia nie był szybki ani łatwy. Były nawroty myśli, chwile zwątpienia. Ale po raz pierwszy czułam, że ktoś prowadzi mnie przez ten proces, a nie zostawia samą z hasłem „weź się w garść”.
Co zmieniło się w Pani życiu po terapii?
Zmieniło się wszystko. Przede wszystkim odzyskałam poczucie sprawczości. Nauczyłam się, że napięcie i lęk są sygnałami, a nie wrogami, których trzeba uciszyć. Sen wracał powoli, naturalnie. Relacje z bliskimi stały się bardziej szczere. Przestałam udawać, że wszystko jest w porządku. Zrozumiałam, że przez lata byłam silna kosztem siebie. Terapia dała mi narzędzia, żeby dbać o siebie inaczej niż przez substancje. Nadal miewam trudniejsze dni, ale wiem, że nie muszę po nie sięgać. To ogromna zmiana.
Co powiedziałaby Pani kobietom, które są dziś w podobnym miejscu?
Powiedziałabym im, że uzależnienie nie ma jednego oblicza i bardzo często dotyczy kobiet, które całe życie były „odpowiedzialne” i „silne”. Łączenie leków z alkoholem to nie jest rozwiązanie, tylko pułapka. Wstyd i milczenie tylko ją pogłębiają. Szukanie pomocy nie jest porażką, ale aktem odwagi. Da się wyjść z tego miejsca, ale nie w samotności. I nie trzeba czekać na dno, żeby powiedzieć: potrzebuję pomocy.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz