
Agnieszka spędziła lata, próbując ratować związek z mężczyzną, którego życie zdominował alkohol.
Każdego dnia mierzyła się z poczuciem winy, stresem i odpowiedzialnością, która nie powinna była
należeć do niej. Dopiero moment, w którym zrozumiała, że gubi siebie i traci kontakt z dziećmi,
zmusił ją do zatrzymania się i szukania pomocy. Dziś opowiada, jak terapia pozwoliła jej odzyskać
własne życie i emocjonalną równowagę, i jak nauczyła się kochać innych, nie zatracając siebie.
Początki, które wydawały się normalne
– „Na początku wszystko wydawało się normalne” – mówi Agnieszka, siadając w salonie z kubkiem
herbaty i wpatrując się w okno. – „Poznaliśmy się, zakochaliśmy się w sobie, życie toczyło się swoim
rytmem. Pił od czasu do czasu, na imprezach, przy okazji spotkań z przyjaciółmi. Nie wydawało mi się,
że to problem. Tłumaczyłam sobie – przecież to tylko zabawa, to nie codzienny problem, a ja przecież
kocham go całym sercem”.
Przez pierwsze lata picie partnera było sporadyczne i społecznie akceptowalne. Agnieszka widziała w
tym sposób na relaks – stres w pracy usprawiedliwiała kieliszkiem wina, a wieczorne spotkania ze
znajomymi to przecież nic złego. Wtedy jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że drobne kompromisy i
wybaczenia, które dawała, stopniowo wciągają w pułapkę emocjonalną.
– „Nie myślałam, że mogę stać się częścią problemu. Z czasem jednak zaczęłam zauważać, że moje
myśli i emocje krążą wokół jego picia. Zamiast żyć swoim życiem, zaczęłam planować każdy dzień w
taki sposób, aby nie wywołać konfliktu ani niepotrzebnego napięcia. To były subtelne zmiany, ale
powoli gubiłam siebie” – dodaje.
Pierwsze sygnały alarmowe
Z czasem Agnieszka zaczęła dostrzegać pierwsze sygnały, że życie z osobą z uzależnieniem zaczyna jej
ciążyć. Picie partnera coraz częściej wpływało na codzienny rytm dnia, wprowadzało niepokój i
napięcie, które wcześniej ignorowała lub tłumaczyła jako stres zawodowy.
– „Czułam się odpowiedzialna za jego samopoczucie i za to, by wszystko w domu funkcjonowało
poprawnie. Kiedy pił, starałam się go uspokajać, tłumaczyć, organizować, aby wszystko było w
porządku. Było to wyczerpujące, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Wciąż myślałam: jeśli ja się nie
zaopiekuję, coś pójdzie nie tak” – wspomina.
Agnieszka zaczęła powoli rezygnować z własnych potrzeb, hobby i kontaktów z przyjaciółmi,
zastępując je obowiązkami domowymi i próbami kontrolowania sytuacji. Współuzależnienie nie
polegało na piciu – polegało na przejmowaniu odpowiedzialności za cudze życie, co z czasem stawało
się coraz bardziej przytłaczające.
– „Nie wiedziałam, że tak bardzo wciągnie mnie ten mechanizm. Czułam, że bez mojej ciągłej uwagi i
kontroli dom może się zawalić. Dzieci były świadkami napięcia, choć starałam się to ukrywać. Byłam
fizycznie obok nich, ale psychicznie byłam przy nim – przy jego nastrojach, przy jego problemach” –
dodaje.
Głębokie poczucie winy
– „Najgorsze było poczucie winy” – mówi Agnieszka, zakładając ręce na kolanach. – „Kiedy partner
pił, czułam, że to moja wina. Że powinnam była wcześniej zareagować, inaczej postąpić, bardziej go
wspierać. W rzeczywistości próbowałam ratować siebie i dzieci, choć sama nie zdawałam sobie z tego
sprawy”.
Współuzależnienie objawiało się także nadmierną kontrolą, ciągłym analizowaniem zachowań
partnera i przewidywaniem problemów zanim one się pojawią. Agnieszka przestawała ufać własnej
intuicji i ignorowała własne emocje. Jej życie kręciło się wokół alkoholu partnera, zamiast jej
własnych potrzeb.
– „Byłam jak w matni. Kochałam go, chciałam, aby się zmienił, a jednocześnie gubiłam siebie. Nie
miałam siły na własne marzenia, na własne życie. Każdy dzień był powtarzającym się cyklem:
kontrola, uspokajanie, poczucie winy, wyczerpanie. Dzieci zaczęły zauważać moją nieobecność, ale janie potrafiłam tego zmienić” – mówi.
Punkt przełomowy
Moment przełomowy przyszedł pewnego wieczoru, gdy partner po raz kolejny wrócił pijany, a dzieci
były już w łóżkach. Agnieszka siedziała sama w kuchni, odczuwała narastający chaos w myślach i
nagle poczuła strach o siebie i o rodzinę.
– „Nie było kłótni ani dramatycznej awantury. Było ciche, bolesne uderzenie w świadomość – nagle
dotarło do mnie, że mogę stracić siebie, dzieci mogą cierpieć, a nasze życie może się rozsypać.
Zrozumiałam, że muszę zatroszczyć się o siebie i rodzinę, zanim będzie za późno” – mówi.
Ten moment stał się punktem wyjścia do zmiany. Agnieszka zaczęła szukać wsparcia – najpierw w
literaturze, potem w grupach wsparcia dla osób z tzw. współuzależnieniem, a w końcu na terapii
indywidualnej.
Terapia jako lustro
– „Terapia była jak lustro. Zobaczyłam w sobie mechanizmy, które powielałam przez lata” – opowiada
Agnieszka. – „Zrozumiałam, że poczucie winy, nadmierna odpowiedzialność i próby kontroli były
reakcją na alkohol partnera, ale też moją własną strategią przetrwania z dzieciństwa. Nigdy wcześniej
nie przyglądałam się temu tak szczegółowo”.
Na terapii uczyła się dostrzegać swoje emocje, nazywać je i przyjmować. Dowiedziała się, że nie jest
odpowiedzialna za każdy kieliszek i uczucia partnera. Współuzależnienie to choroba relacyjna –
kochała i chroniła, ale w sposób, który szkodził jej samej.
– „Najtrudniejsze było pozwolić sobie na emocje: złość, smutek, bezradność. Przez lata tłumiłam je,
myśląc, że muszę być silna dla wszystkich – dla partnera, dzieci, pracy. Terapia nauczyła mnie, że
emocje są częścią życia, a nie zagrożeniem” – dodaje.
Pierwsze zmiany w codzienności
Dzięki terapii Agnieszka zaczęła wprowadzać zmiany w codziennym życiu: uczyła się stawiać granice,
odmawiać w sposób asertywny, dbać o własne potrzeby i regenerację. Zaczęła uczestniczyć w życiu
dzieci w sposób świadomy, a nie tylko wykonując obowiązki domowe.
– „Po raz pierwszy od lat poczułam, że mam prawo do własnych decyzji i emocji. Mogę być obecna
dla dzieci, ale nie za cenę całkowitego zaniedbania siebie. To było odkrycie – że dbanie o siebie nie
jest egoizmem, a warunkiem zdrowej relacji” – mówi.
Granice, które wyznaczyła, pozwoliły również partnerowi zobaczyć, że nie można jej kontrolować ani
obarczać całkowitą odpowiedzialnością. Pojawiła się przestrzeń do rozmowy, a nie do konfliktów.
Wsparcie i nowe strategie
Współuzależnienie wymaga cierpliwości i stałej pracy nad sobą. Agnieszka uczestniczy w terapii
indywidualnej i grupach wsparcia, gdzie dzieli się doświadczeniami i uczy od innych, jak nie powielać
dawnych schematów.
– „Uczę się być w związku obecna emocjonalnie, nie tylko jako ‘opiekunka’. Mówić o
potrzebach i oczekiwaniach, nie wstydząc się, że są moje. Uczę się słuchać i reagować inaczej niż
kiedyś. To proces, który trwa, ale daje nadzieję i poczucie, że życie może być pełniejsze” – mówi.
Agnieszka uświadomiła sobie też, że ratowanie innych kosztem siebie prowadzi do wypalenia
emocjonalnego i zaniku własnej tożsamości. Terapia daje narzędzia do odzyskania siebie – poprzez
granice, świadomość emocji i wsparcie.
– „Nie mogę zmienić jego przeszłości ani jego nawyków. Mogę zmienić siebie i to, jak reaguję. To jest
jedyna rzecz, którą mam w swoim zasięgu. I w tym sensie odzyskuję życie – i siebie – krok po kroku” –
mówi Agnieszka.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz