
Michał ma 34 lata, dwójkę małych dzieci i życie, które z zewnątrz wygląda stabilnie. Praca, rodzina,
odpowiedzialność. Dopiero gdy sam został ojcem, zrozumiał, że schematy z domu rodzinnego wciąż
w nim żyją. I że to, co przez lata uważał za „normalne”, było doświadczeniem tzw. Dorosłego
Dziecka Alkoholika.
Redakcja: Kiedy po raz pierwszy pomyślałeś o sobie w kategorii DDA?
Michał: Szczerze? Bardzo późno. Dopiero po narodzinach pierwszego dziecka zaczęło do mnie
docierać, że moje reakcje i emocje mają źródło w domu rodzinnym. Wcześniej wydawało mi się, że
mam wszystko poukładane: pracowałem, nie piłem, byłem odpowiedzialny, a życie wyglądało
stabilnie. Myślałem, że skoro nie powieliłem uzależnienia ojca, to temat mnie nie dotyczy. Nawet nie
zastanawiałem się nad tym, że pewne schematy – perfekcjonizm, nadodpowiedzialność, trudność z
wyrażaniem uczuć – mogą mieć źródło w dzieciństwie spędzonym w rodzinie, gdzie alkohol był
codziennością. Dopiero wyzwania ojcostwa uwidoczniły te wzorce i pokazały, że wciąż działają
automatycznie, bez mojej świadomości.
Co się zmieniło, gdy zostałeś ojcem?
Pojawił się lęk. Ogromny, irracjonalny. Bałem się, że coś zrobię źle, że skrzywdzę dziecko
nieświadomie. Reagowałem bardzo nerwowo na płacz, na chaos, na brak kontroli. Zauważyłem, że w
sytuacjach stresowych albo się zamykam, albo próbuję wszystko kontrolować do granic absurdu.
Czasem czułem, że moja cierpliwość jest na wyczerpaniu, że moje ciało i głowa funkcjonują w ciągłym
napięciu. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że te mechanizmy znam od lat, że są wdrukowane i że
kiedyś pomagały przetrwać, a teraz utrudniają życie.
Jak wyglądał twój dom rodzinny?
Ojciec pił. Nie codziennie, ale wystarczająco, żeby w domu było napięcie i niepewność. Mama
próbowała to ogarniać, tuszować, usprawiedliwiać, tłumacząc jego zachowania. Dzieciństwo było
pełne milczenia, obserwowania, uczenia się niepisanych zasad: nie robić problemu, nie zadawać
pytań, nie wchodzić w konflikty. Ja byłem „tym grzecznym”. Nie sprawiałem kłopotów, nie mówiłem,
czego chcę ani czego potrzebuję. Bardzo szybko nauczyłem się, że spokój jest ważniejszy niż prawda i
że moje emocje najlepiej ukrywać.
Myślałeś wtedy, że to może mieć wpływ na twoje dorosłe życie?
Nie. Wydawało mi się, że skoro nie było przemocy fizycznej ani krzyku na co dzień, to nie było też
traumy. Dopiero później zrozumiałem, że trauma to nie zawsze spektakularny dramat. Czasem to
przewlekłe napięcie, ciągłe uczucie bycia ocenianym i odpowiedzialnym za wszystko dookoła. To była
nauka, która przygotowywała mnie do życia w stałym stresie, ale nie nauczyła mnie, jak w zdrowy
sposób budować relacje i reagować na emocje. Dlatego dopiero w roli ojca wszystko wyszło na jaw.
Co konkretnie zaczęło cię niepokoić w twoim zachowaniu jako ojca?
To, jak bardzo się spinam, jak trudno mi odpuścić, jak obsesyjnie próbuję wszystko kontrolować.
Złapałem się na tym, że każdy płacz dzieci wywołuje we mnie dyskomfort i poczucie winy – że coś
robię źle. Moje myśli biegną w trybie: „Muszę to naprawić, muszę mieć wszystko pod kontrolą,
inaczej zawiodę”. I wtedy pojawia się frustracja, a czasem złość, której wcześniej nie umiałem
nazwać. Zrozumiałem też, że w środku jest mały chłopiec, który wciąż nasłuchuje, czy „wszystko jest w porządku”, tak jak w domu rodzinnym. Ta świadomość była trudna, ale jednocześnie uwalniająca,
bo mogłem zacząć pracować nad sobą.
Kiedy dotarło do ciebie, że to może być DDA?
Podczas jednej rozmowy z żoną. Powiedziała: „Ty reagujesz tak, jakby cały czas groziła nam jakaś
katastrofa”. To było dla mnie jak lustro – nagle zobaczyłem swoje zachowania w kontekście
dzieciństwa. Zacząłem szukać, czy istnieje termin dla tego, co czuję. Lista cech DDA była jak opis
mnie: perfekcjonizm, nadodpowiedzialność, trudność z wyrażaniem emocji, problem z zaufaniem,
potrzeba kontroli. Zrozumiałem, że moje reakcje nie są przypadkowe – że są wzorcami wyniesionymi
z domu, które teraz powielają się w nowej roli ojca.
Jaką decyzję wtedy podjąłeś?
Poszedłem na terapię. Nie dlatego, że było bardzo źle, lecz dlatego, że nie chciałem, żeby było źle. Nie
chciałem powielać wzorców, które poznałem w dzieciństwie. Chciałem zrozumieć siebie, swoje
reakcje, emocje, potrzeby. Wiedziałem, że terapia nie da mi natychmiastowych odpowiedzi ani
idealnej trzeźwości emocjonalnej, ale da mi narzędzia i świadomość. Był to pierwszy krok do życia w
pełniejszej obecności – przy dzieciach i przy sobie samym.
Co dała ci terapia?
Przede wszystkim nazwanie rzeczy po imieniu. Zrozumiałem, że moje lęki, reakcje i nawyki nie biorą
się znikąd, że są strategiami przetrwania, które kiedyś były potrzebne, a dziś przeszkadzają.
Nauczyłem się rozpoznawać emocje, których wcześniej unikałem: złość, smutek, bezradność,
poczucie odrzucenia. Terapia pozwoliła mi też uczyć się nowych sposobów reagowania: stawiania
granic, odpuszczania, wyrażania uczuć bez lęku. Z czasem zyskałem świadomość, że nie muszę być
perfekcyjny, by być dobrym ojcem, i że moje dzieci potrzebują przede wszystkim obecności i
autentyczności.
Co było najtrudniejsze?
Kontakt z własnymi emocjami. Przez lata byłem „zadaniowy” – zawsze robiłem to, co trzeba,
ignorując to, co czuję. Na terapii okazało się, że nie umiem mówić o tym, co mnie boli, co mnie cieszy,
co mnie frustruje. To było bolesne doświadczenie, ale równocześnie odkrycie, że emocje nie są
zagrożeniem ani słabością. Mogę je przyjąć i działać mimo nich, a nie przeciwko nim.
Jak to wpłynęło na twoje ojcostwo?
Jestem spokojniejszy, bardziej obecny. Nadal nieidealny, ale uczę się reagować inaczej. Uczę się
mówić dzieciom o swoich uczuciach i przepraszać, gdy popełniam błędy. Nie muszę kontrolować
wszystkiego ani udawać, że zawsze wiem, co robić. Dzieci uczą mnie cierpliwości, a ja uczę się
rozumienia siebie i własnych reakcji. Każdy dzień jest lekcją – o mnie, o nich, o naszej wspólnej relacji.
Czy nadal identyfikujesz się jako DDA?
Tak, ale inaczej niż kiedyś. To nie jest etykieta, która mnie definiuje, ani klatka, w której żyję. To
kontekst, część historii, którą rozumiem i akceptuję. Dzięki temu mogę wybierać, jak reagować, jak
być ojcem i partnerem, jak budować relacje. DDA nie jest wyrokiem – jest informacją, która daje
wybór.
Co powiedziałbyś innym młodym ojcom, którzy wychowali się w domach z problemem alkoholowym?
Że warto zatrzymać się i przyjrzeć sobie, zanim zaczniemy wychowywać dzieci „lepiej niż nasi
rodzice”. Bo bez refleksji łatwo powielić schematy – tylko w innej formie. Terapia to nie słabość, lecz
odpowiedzialność wobec siebie i dzieci. Im wcześniej zaczniemy rozumieć swoje mechanizmy, tym
większa szansa, że relacja z dzieckiem będzie świadoma, pełna obecności i bliskości. I że wreszcie
możemy odetchnąć – nie idealizując życia, lecz żyjąc świadomie.






Dodaj komentarz