
Katarzyna ma 45 lat, dobrą pozycję zawodową i dwójkę dzieci, które wychowuje samodzielnie. Z
zewnątrz — kobieta silna i zorganizowana. Od środka — ktoś, kto od lat zmaga się z poczuciem, że
w roli matki wciąż nie jest wystarczająca. Rok temu wróciła na terapię, bo nie chce już powielać
schematów wyniesionych z domu.
„Z zewnątrz wyglądałam na ogarniętą, w środku byłam w ciągłym napięciu”
Katarzyna przez lata słyszała, że świetnie sobie radzi. Samodzielnie prowadziła dom, wychowywała
dwójkę dzieci, robiła karierę zawodową. W pracy była skuteczna, konkretna, decyzyjna. W domu —
coraz bardziej zmęczona i pełna napięcia. „Ciągle miałam wrażenie, że zaraz coś zawalę. Że jeśli
puszczę kontrolę, wszystko się rozsypie” — mówi.
Najtrudniejsze było dla niej poczucie, że nie jest dobrą matką. Nie taką, jaką chciałaby być. Z jednej
strony stawiała dzieciom wysokie wymagania, z drugiej robiła za nie zbyt wiele. Sama widziała
sprzeczność w swoim zachowaniu, ale długo nie potrafiła jej zatrzymać. „Potrafiłam w jednej chwili
powiedzieć: musisz być bardziej samodzielny, a minutę później robiłam coś za niego, bo szybciej, bo
lepiej, bo dokładniej”. Po takich sytuacjach przychodziła złość — na dzieci i na siebie. Złość, którą
dobrze znała z własnego dzieciństwa. Coraz częściej łapała się na tym, że używa sformułowań i tonu,
które pamiętała z domu. To ją przerażało, bo obiecała sobie kiedyś, że nigdy nie będzie taka, jak jej
matka.
„Moja matka jednocześnie wymagała i odbierała mi sprawczość”
Kiedy Katarzyna mówi o swoim dzieciństwie, często wraca do poczucia bycia niewystarczającą. Jej
matka miała wobec niej ogromne oczekiwania — dobre stopnie, ambicje, odpowiednie zachowanie.
Jednocześnie bardzo ją kontrolowała i wyręczała. „Słyszałam: musisz być najlepsza, ale też: daj, ja to
zrobię, bo ty nie potrafisz”. Dorastała w sprzecznym komunikacie: masz być doskonała, ale nie jesteś
zdolna zrobić czegoś sama. To stopniowo podkopywało jej poczucie własnej wartości. „Czułam się
nieporadna, mimo że starałam się ze wszystkich sił”. Dziś widzi, jak bardzo ten schemat odcisnął się
na jej dorosłym życiu. W macierzyństwie powielała go niemal automatycznie. Wymagała od dzieci
dojrzałości, odpowiedzialności, a jednocześnie nie dawała im przestrzeni na błędy. „Dopiero na
terapii dotarło do mnie, że robię dokładnie to samo, co moja matka. Tylko z inną intencją — chciałam
dobrze”. Zrozumienie tego było bolesne, ale też uwalniające. Po raz pierwszy zobaczyła, że problem
nie polega na tym, że jest złą matką, tylko na tym, że działa według starych, nieuświadomionych
schematów.
„Pierwsza terapia była za wcześnie. Uciekłam”
Kilka lat temu Katarzyna była już na terapii, ale szybko ją przerwała. „Przyszłam wtedy z
nastawieniem, że ktoś mi powie, co robić, żebym była spokojniejsza”. Kiedy rozmowy zaczęły
schodzić na dzieciństwo, relację z matką i odpowiedzialność za własne reakcje, poczuła opór. „Nie
chciałam tam zaglądać. Mówiłam sobie, że nie mam czasu, że to rozdrapywanie przeszłości”. Dziś
wie, że po prostu nie była gotowa. Rok temu wróciła na terapię z innego miejsca — zmęczona,
sfrustrowana, z poczuciem, że kręci się w kółko. „Zobaczyłam, że moje dzieci zaczynają reagować na
mnie tak, jak ja reagowałam na swoją matkę. To był moment, w którym coś we mnie pękło”. Tym
razem nie uciekła. Przyszła z gotowością, aby zobaczyć siebie bez idealizowania i biczowania.
„Teraz widzę moment, w którym wchodzę w schemat”
Najważniejszą zmianą, jaką przyniosła terapia, jest dla Katarzyny świadomość. „Ja wiem, że mam
schematy. Wiem, kiedy się uruchamiają”. Najczęściej w sytuacjach stresu i zmęczenia. Kiedy dzieci nie
spełniają jej oczekiwań, kiedy coś wymyka się spod kontroli. „Czuję to w ciele. Napinam się,
przyspiesza mi oddech, w głowie pojawia się myśl: muszę to natychmiast ogarnąć”. Dziś coraz częściej
potrafi się zatrzymać. Zrobić pauzę. Nie zawsze się udaje. „Czasem krzyknę, czasem zareaguję
automatycznie. Różnica polega na tym, że teraz to widzę”. Potrafi wrócić do rozmowy, przeprosić,
powiedzieć dzieciom, że to jej emocje wzięły górę. Dla niej to ogromna zmiana, bo w jej domu
przeprosiny nie były normą. „Uczę się, że bycie dorosłym nie oznacza bycia nieomylnym”.
„W relacjach partnerskich działałam dokładnie tak samo”
Schematy, które Katarzyna rozpoznaje w macierzyństwie, były obecne także w jej relacjach. „Brałam
na siebie wszystko. Organizację, odpowiedzialność, planowanie”. Z jednej strony dawało jej to
poczucie kontroli, z drugiej prowadziło do frustracji. Partnerzy często czuli się odsunięci, a ona
samotna. „Miałam pretensje, że nikt mnie nie wspiera, ale jednocześnie nie dopuszczałam nikogo
naprawdę blisko”. Na terapii zobaczyła, że to ten sam mechanizm, który znała z domu. Wysokie
wymagania, mało przestrzeni, dużo kontroli. Dziś uczy się oddawać odpowiedzialność, mówić o
potrzebach, zamiast je egzekwować. „To jest dla mnie trudne, bo kontrola dawała mi poczucie
bezpieczeństwa”.
„Najwięcej pracuję z poczuciem winy”
Jednym z najtrudniejszych tematów na terapii jest dla Katarzyny poczucie winy. „Czuję winę wobec
dzieci, że nie zawsze byłam taka, jaka chciałam”. Uczy się jednak, że poczucie winy nie musi niszczyć.
Może informować. „Terapeutka pomogła mi zobaczyć różnicę między odpowiedzialnością a karaniem
siebie”. Coraz częściej patrzy też na swoją matkę z większym dystansem. „Widzę, że ona też działała
w schematach. To mnie nie usprawiedliwia, ale pozwala zrozumieć”.
„Nie zawsze wychodzi, ale coraz częściej reaguję inaczej”
Katarzyna nie mówi o terapii jak o cudownym rozwiązaniu. „To nie jest tak, że nagle wszystko robię
idealnie”. Nadal zdarzają się trudne dni. Różnica polega na tym, że coraz częściej potrafi zatrzymać się
w pół kroku. „Zamiast od razu poprawiać, pytam. Zamiast krytykować, mówię, że jest mi trudno”.
Widzi, jak ta zmiana wpływa na dzieci. „One są spokojniejsze, bardziej pewne siebie. A ja uczę się im
ufać”.
„Nie chcę być idealną matką. Chcę być wystarczająco dobrą”
Dziś Katarzyna mówi jasno: nie dąży już do ideału. „Perfekcjonizm był moją zbroją”. Teraz chce relacji
opartej na autentyczności — z dziećmi i z samą sobą. „Nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi, ale
wiem, że pierwszy raz naprawdę przerywam coś, co ciągnęło się przez pokolenia”. I to, jak mówi, jest
dla niej najważniejsze.
Mogą Cię zainteresować:






Dodaj komentarz