
Kamila ma 44 lata. Jest siedem lat po rozwodzie i wychowuje dorastającą córkę. Alkohol pojawił się
w jej życiu niepostrzeżenie — jako sposób na rozładowanie napięcia i samotność. Dziś nie pije od
stycznia 2025 roku i jest w terapii. O tym, jak wyglądała droga w uzależnienie i co zmieniła
trzeźwość, opowiada w szczerym wywiadzie.
Redakcja: Kiedy po raz pierwszy zauważyłaś, że alkohol zaczyna odgrywać w twoim życiu większą
rolę, niż powinien?
Kamila: Po rozwodzie zostałam sama z dzieckiem, z ogromnym zmęczeniem emocjonalnym i
poczuciem porażki. Wieczorami, kiedy córka zasypiała, robiło się cicho i pusto. Lampka wina była
wtedy czymś, co pomagało mi „zamknąć dzień”. Mówiłam sobie, że to normalne, że mi się należy, że
przecież wszyscy tak robią. Przez długi czas rzeczywiście była to jedna lampka, potem dwie. Alkohol
stał się nagrodą, chwilą ulgi, czymś przewidywalnym w chaosie emocji. Nie kojarzyłam tego z
uzależnieniem, raczej z dbaniem o siebie w trudnym czasie. Dopiero z perspektywy terapii widzę, że
to był moment, w którym zaczęłam regulować emocje alkoholem. Nie potrafiłam wtedy inaczej radzić
sobie z napięciem, smutkiem, samotnością. Alkohol nie był problemem — był rozwiązaniem.
Przynajmniej tak mi się wydawało.
Jak rozwijało się twoje picie? Kiedy jedna lampka przestała wystarczać?
To było bardzo podstępne. Nie obudziłam się pewnego dnia z myślą: piję za dużo. Raczej stopniowo
przesuwałam granicę. Najpierw była butelka na dwa wieczory, potem na jeden. Tłumaczyłam sobie,
że miałam ciężki dzień, że stres w pracy, że hormony, że samotność. Alkohol stał się tłem mojej
codzienności. Zaczęłam planować wieczory tak, żeby móc wypić. Jeśli wiedziałam, że rano muszę
wcześnie wstać, mówiłam sobie, że dziś tylko trochę — ale to rzadko się udawało. Nadal
funkcjonowałam, pracowałam, zajmowałam się córką. To dawało mi złudne poczucie kontroli.
Myślałam: skoro ogarniam życie, to znaczy, że nie mam problemu. Dziś wiem, że to była iluzja.
Alkohol nie rozwalał mojego życia od razu — on je po cichu przejmował.
Czy był moment, w którym poczułaś, że coś jest nie w porządku?
Tak, bardzo konkretny. Kiedy zaczęłam kupować małpki „na spacer z psem”. To było dla mnie
wstrząsające, choć wtedy jeszcze nie potrafiłam tego nazwać. Mówiłam sobie, że to tylko mała
butelka, że szybciej zadziała, że nikt nie zauważy. Pojawił się wstyd. Zaczęłam zmieniać sklepy,
chodzić do różnych, żeby ekspedientki mnie nie kojarzyły. To był moment, w którym alkohol przestał
być tylko elementem wieczoru, a stał się czymś, co trzeba ukrywać. Pamiętam, jak szłam z psem i
czułam napięcie: czy ktoś mnie zobaczy, czy ktoś mnie oceni. To już nie było relaksujące. To było
kompulsywne. Ale zamiast się zatrzymać, zaczęłam kombinować, jak to kontrolować. Uzależnienie
jest bardzo kreatywne.
Wspomniałaś o próbie kontrolowania picia. Jak to wyglądało?
W pewnym momencie powiedziałam sobie: stop, przesadzasz. Postanowiłam nie pić przez dwa
miesiące. I udało się. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że problemu nie ma. Myślałam: skoro
potrafię przestać, to znaczy, że jestem bezpieczna. Po dwóch miesiącach wróciłam do alkoholu
„rozsądnie”. Oczywiście bardzo szybko wróciłam do starych ilości, a nawet większych. Dziś na terapii
wiem, że to klasyczny mechanizm — iluzja kontroli. Te dwa miesiące nie były zdrowieniem, tylko
przerwą. Nie zmieniłam nic w sobie, nie nauczyłam się inaczej regulować emocji. Alkohol czekał. A ja
wróciłam do niego dokładnie tam, gdzie skończyłam.
Jak alkohol wpływał na twoją relację z córką?
To jest dla mnie najtrudniejszy temat. Długo żyłam w przekonaniu, że ona niczego nie zauważa. Że
przecież nie piję rano, nie leżę pijana, nie robię awantur. Dopiero na terapii dotarło do mnie, jak
bardzo się oszukiwałam. Dzieci widzą więcej, niż nam się wydaje. Widzą nieobecność, huśtawki
nastrojów, zmęczenie, drażliwość. Czują zapach. Moja córka nigdy nie powiedziała wprost: mamo,
pijesz za dużo. Ale dziś wiem, że czuła, że coś jest nie tak. To ogromne poczucie winy, nad którym
pracuję. Jednocześnie uczę się nie tonąć w nim, bo to niczego nie naprawia. Najważniejsze jest to, co
robię teraz.
Co sprawiło, że ostatecznie odstawiłaś alkohol?
Sylwester 2025 roku. Doszło wtedy do ogromnej kłótni z moim bratem. On widział, co się ze mną
dzieje, i powiedział to wprost. Bez owijania w bawełnę. Było dużo emocji, wstydu, złości. Ale coś we
mnie pękło. Po raz pierwszy nie mogłam już zaprzeczyć. Wróciłam do domu i powiedziałam sobie:
dość. Następnego dnia nie wypiłam. I kolejnego. I tak trwa to do dziś. To nie było łatwe, ale to była
decyzja z poziomu dna emocjonalnego.
Co zmieniła terapia w twoim życiu?
Wszystko. Terapia nauczyła mnie, że alkohol był moim „lekarstwem”. Tłumiłam nim smutek, złość,
lęk, samotność. Dziś uczę się przeżywać te emocje bez ucieczki. To bywa strasznie trudne. Są dni,
kiedy napięcie jest ogromne. Ale mam narzędzia: rozmowę, aktywność sportową, pisanie,
zatrzymywanie się. Uczę się rozpoznawać, czego naprawdę potrzebuję. Alkohol dawał szybkie
ukojenie, ale zabierał wszystko inne. Trzeźwość daje mi prawdę — czasem niewygodną, ale tę
potrzebną.
Jak wygląda twoja codzienność dziś?
Nie piję, ale to nie jest bajka. Trzeźwość to konfrontacja. Z emocjami, z przeszłością, z relacjami.
Różnica polega na tym, że dziś nie uciekam. Mam wsparcie terapeutyczne, grupę, świadomość.
Widzę, jak bardzo zmieniła się moja relacja z córką — jest więcej obecności, rozmów, spokoju. To
mnie trzyma.
Co powiedziałabyś osobie, która podejrzewa u siebie problem z alkoholem?
Że nie musi być „bardzo źle”, aby było wystarczająco źle. Że wstyd nie powinien decydować. I że życie
bez alkoholu nie jest stratą — jest odzyskaniem siebie. Ja to wiem dopiero teraz. I żałuję, że tak długo
czekałam.






Dodaj komentarz