
Marek ma 52 lata, własną firmę i rodzinę. Z zewnątrz wszystko wyglądało idealnie: sukces
zawodowy, szacunek w branży, wyjazdy służbowe, pełne portfele. W środku jednak rozgrywała się
inna historia. Alkohol powoli przejmował kontrolę, a on oddalał się od żony i dzieci. Dopiero
wypadek samochodowy, który mógł skończyć się tragedią, zmusił go do spojrzenia prawdzie w
oczy.
Perfekcyjny na zewnątrz
– „Na zewnątrz wszystko funkcjonowało perfekcyjnie” – mówi Marek, siadając przy stole w kuchni. –
„Firmę prowadziłem od lat, ludzie mi ufali, wyniki były świetne, a w domu też wszystko wyglądało
dobrze… przynajmniej na pokaz.”
Marek był typowym wysokofunkcjonującym alkoholikiem. Na spotkaniach biznesowych wino czy
whisky nie wzbudzały zdziwienia. On zawsze potrafił wszystko ukryć, nawet przed sobą samym. Dzień
był napięty: od porannych spotkań, przez telefony i negocjacje, po wieczorne raporty i dokumenty,
które musiał sprawdzić. Alkohol był początkowo nagrodą za ciężką pracę, potem środkiem na stres, a
w końcu substytutem obecności przy rodzinie.
– „Czułem, że kontroluję wszystko, co się dzieje wokół mnie. Ale nie kontrolowałem najważniejszego
– siebie i mojej relacji z bliskimi” – przyznaje.
Alkohol w cieniu sukcesu
– „Na początku to były dwa kieliszki wina po pracy. Nic wielkiego” – wspomina Marek. – „Potem
kieliszki się mnożyły. A ja nawet tego nie zauważałem.” W pracy potrafił funkcjonować doskonale – podejmować strategiczne decyzje, prowadzić negocjacje i
utrzymywać wizerunek silnego lidera. W domu jednak pojawiały się pierwsze rysy. Zaniedbywał
rozmowy z żoną, dzieci rosły w poczuciu nieobecności ojca, a jego emocjonalna nieobecność była
coraz bardziej wyraźna. Alkohol wypełniał przestrzeń, która kiedyś była przestrzenią kontaktu z
rodziną.
– „Dzieci potrzebowały mnie na co dzień, a ja nie potrafiłem być obecny. Poświęciłem się pracy, a
kiedy byłem obecny fizycznie, to mentalnie i emocjonalnie nieobecny przez alkohol” – mówi. – „Nie
zdawałem sobie sprawy, jak bardzo je zawodziłem, dopóki nie było za późno.”
Pęknięcie pozorów
Przełom nastąpił pewnego deszczowego popołudnia. Marek jechał samochodem po powrocie od
klienta, zmęczony i po kieliszku wina wypitym wcześniej, aby „odprężyć się po stresującym
spotkaniu”. Na zakręcie wpadł w poślizg. Na szczęście skończyło się na lekkich otarciach i strachu, ale
mógł stracić życie lub spowodować wypadek z udziałem dzieci lub innych osób.
– „To był moment, który mną wstrząsnął” – wspomina. – „Uświadomiłem sobie, że moje życie i życie
moich bliskich mogło się zakończyć w jednej chwili, a ja nic nie zrobiłem, aby temu zapobiec.”
Strach, poczucie winy i nagła świadomość realnych konsekwencji uzależnienia stały się punktem
wyjścia do decyzji, którą Marek odwlekał latami: poszukania pomocy profesjonalnej.
Decyzja o terapii
Na terapię Marek poszedł sam, świadomie, choć z poczuciem niepewności i wstydu. Wiedział, że
musi zmierzyć się z problemem, który od lat ignorował lub maskował sukcesami zawodowymi.
Pierwsze sesje były wyzwaniem – konfrontacja z własnymi ograniczeniami, poczuciem winy i
mechanizmami obronnymi była bardziej wymagająca niż jakiekolwiek negocjacje biznesowe.
– „Przyznać przed sobą, że alkohol rządził moim życiem, było trudniejsze niż przyznać się do błędu w
pracy. Widziałem w tym zagrożenie mojej tożsamości, mojej dumy, całego wizerunku, który
budowałem przez lata” – wspomina.
Na terapii Marek zaczął dostrzegać, jak bardzo jego życie zawodowe i alkohol były ze sobą splecione.
Poznawał własne mechanizmy: kompulsywne dążenie do perfekcji, nadmierną kontrolę nad
wszystkim, co się dzieje w firmie, oraz uciekanie w pracę, aby unikać kontaktu z własnymi emocjami.
Terapia pozwoliła mu nazwać te schematy i zobaczyć, że sukces zawodowy nie chroni przed
konsekwencjami picia.
– „To było jak ściągnięcie maski. Zobaczyłem, że moje zachowania w pracy i w domu mają wspólne
źródło, które ignorowałem przez lata” – dodaje.
Spotkanie z prawdą
Najważniejsze w terapii było uświadomienie sobie, po co pił. Alkohol nie był już tylko sposobem na
relaks – był mechanizmem radzenia sobie z lękiem, poczuciem osamotnienia i trudnymi emocjami,
których nie umiał przyjąć ani wyrazić. Terapia pokazała mu, że jego nieobecność w domu wynikała z
tego samego mechanizmu, który uaktywniał się w dzieciństwie: unikania konfliktu, tłumienia emocji i
poszukiwania kontroli w sytuacjach, których nie potrafił przewidzieć.
– „Nauczyłem się rozpoznawać moje emocje, a przede wszystkim odróżniać je od impulsów picia.
Zrozumiałem, że nie mogę wymazać lat zaniedbań, ale mogę nauczyć się reagować inaczej” – mówi
Marek.
Podczas terapii Marek uczył się nowego języka komunikacji – mówić o uczuciach, przyjmować własne
słabości i szukać wsparcia bez poczucia wstydu czy winy. To właśnie dzięki terapii zaczął rozumieć, że
obecność emocjonalna w domu jest tak samo ważna, jak skuteczność w pracy.
– „Terapia pokazała mi, że nie muszę być perfekcyjny, aby być dobrym ojcem i partnerem. Mogę
popełniać błędy, uczyć się z nich i odbudowywać relacje z bliskimi” – dodaje.
Proces terapeutyczny był długi i pełen wyzwań, ale Marek zaznacza, że największą wartością jest
świadomość siebie. Dzięki temu potrafi teraz zauważyć momenty kryzysowe i reagować w zdrowy
sposób, zamiast automatycznie sięgać po alkohol. Terapia nauczyła go również cierpliwości – wobec
siebie i wobec rodziny – oraz przyjmowania emocji dzieci i żony bez lęku czy obrony.
Rok bez alkoholu
Od roku Marek jest trzeźwy. Nadal uczestniczy w terapii i nie traktuje procesu jako zakończonego.
Zmiana dotyczy nie tylko picia, ale całego życia: relacji z rodziną, sposobu pracy, reagowania na stres.
– „Trzeźwość to nie nagroda. To codzienny wybór. Nie wszystko jest idealne, ale jestem w pełni
obecny przy moich dzieciach. I to jest dla mnie największy sukces” – przyznaje.
Dziś Marek potrafi odpuszczać, stawiać granice, komunikować potrzeby i przepraszać za błędy.
Alkohol przestał być narzędziem radzenia sobie ze stresem. Jego życie stało się pełniejsze, a relacje z
bliskimi – głębsze i bardziej autentyczne.
Odpowiedzialność zamiast ucieczki
Historia Marka pokazuje, że uzależnienie nie zawsze widać na zewnątrz. Tak zwany
wysokofunkcjonujący alkoholik może mieć pieniądze, sukcesy i szacunek w pracy, a jednocześnie
powoli tracić najważniejsze – bliskich i samego siebie. Terapia nie odbiera sukcesów zawodowych, ale
pozwala odzyskać życie osobiste i emocjonalną równowagę. – „Nie mogę zmienić przeszłości, ale mogę być tu i teraz. Przy dzieciach, przy żonie, przy sobie. I to jest jedyna rzeczywistość, która się liczy” – mówi Marek.
Mogą Cię zainteresować:

Ruch, który uczy trzeźwości. Dlaczego medytacja w ruchu powinna być elementem terapii uzależnień





Dodaj komentarz