Znaj ryzyko - kampania społeczna

córka alkoholikaMonika często się uśmiecha, kiedy ktoś pyta ją, dlaczego taka śliczna, inteligentna i wesoła dziewczyna jest sama. Jak mówi – śmieje się przez łzy, bo oburza ją taka powierzchowna ocena. Ale przede wszystkim pod uśmiechem ukrywa smutek. Jest sama, bo nie potrafi być z nikim. Wszyscy są niewystarczający…

– Potrafię mówić o alkoholu. Nie jest dla mnie tematem tabu tak, jak w wielu rodzinach. Nałóg nie jest też dla mnie „ocenialny i stopniowalny” – po prostu jest, a każdy chory mierzy się z nim inaczej. Mój ojciec był alkoholikiem. Nigdy nie podjął leczenia i choroba go zabiła. Taki był jego wybór. To nie oznacza, że leżał brudny pod śmietnikiem. Przeciwnie. Zawsze elegancki, uśmiechnięty – inne emocje przynosił do domu. Nie mam do niego żalu. Póki co jeszcze mam żal do siebie, że wiedziałam, widziałam i nie zadbałam o siebie. Ale teraz dbam i pracuję nad tym, aby sobie wybaczyć.

Idealny dom Moniki

Kiedy Monika wspomina swoje dzieciństwo, opowiada o dużym, pełnym gwaru domu. Na starych zdjęciach widać uśmiechniętych ludzi, czuć, że dużo się działo.

– To był taki trochę „włoski” dom. Wszyscy mówili w tym samym czasie, ale jakoś każdy się dogadywał i rozumiał. Często byli w nim goście i zawsze był alkohol. Nigdy ordynarnie, typowo „po polsku” – z butelką czystej na stole, a raczej elegancko, wytwornie, w starym stylu. Koniaki, whisky, bimberki dla smaku, jakieś owocowe nalewki, dobre wina. Trochę to, co oglądamy w starych – panowie na salony, panie na plotki. Ale perspektywa dziecka jest inna. Wychowywałam się w domu pełnym gości i trunków. Nie dlatego, że ministerialna posada ojca tego wymagała. A dlatego, że usprawiedliwiała taki tryb życia.

Pod znakiem musztry

Kiedy dom pustoszał, obrazek szarzał. Potrzebna była cisza i chodzenie pod linijkę. Każde odstępstwo karane było milczeniem. Nagrodą była ojcowska aprobata, gdy spełnione zostały oczekiwania.

– Pytasz jakie oczekiwania? Tego nie wiem do tej pory. Tylko on wiedział, co w danym momencie jest potrzebne, czego chce i jak powinnam się zachować. Albo przypadkiem udało mi się odpowiedzieć na te potrzeby, wówczas dostawałam nagrodę w postaci uśmiechu i pochwały, albo przeciwnie – spotykało mnie milczenie. Nigdy nie wiedziałam, co się wydarzy, jak ojciec zareaguje. Jego nastroje zmieniały się w zaskakująco szybkim tempie.

Monika mówi, że wcześniej uznawała ojca za zimnego człowieka. Urzędnika, któremu trudno było okazać uczucia.

– Teraz, po latach, kiedy taty już nie ma, widzę te mechanizmy. Analizuję sytuacje z przeszłości, rozgryzam je i widzę jak na dłoni. Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem teraz, myślę, że poprowadziłabym swoje życie inaczej, byłabym wolna. A prawda jest taka, że dopiero zaczynam dostrzegać, w jakim więzieniu siedziałam i powoli kiełkują we mnie myśli o oswobodzeniu. I dbam o swoją, bezpieczną przestrzeń. O dom, którego nigdy tak naprawdę nie miałam.

Musztra – bo tego słowa Monika używa dość często – dotyczyła głównie szkoły.

– Choć nigdy rodzice nie sprecyzowali dokładnie swoich oczekiwań, albo wręcz przeciwnie, mówili mi, że kiepskie oceny mogą się zdarzyć, czułam, że jest inaczej. Musiałam być wzorową uczennicą i nie sprawiać kłopotów wychowawczych. Tylko wtedy zasługiwałam na pochwałę, na nagrodę w postaci bycia zauważoną. W innym wypadku byłam nikim.

Monika mówi, że dość szybko, jeszcze w szkole podstawowej rozpracowała w pewnym sensie te zależności.

– Widziałam, że jeśli biorę na siebie więcej, zachowuję się jak dorosła, jestem widoczna. Nie okazywałam uczuć, bo to rodziło przekonanie ojca, że jestem dzidzią, mazgajem i nie zasługuję na uwagę. Chowałam więc wszystko do środka i słyszałam, że jestem silna i dzielna. Nie płakałam, nie narzekałam, nawet gdy złamałam rękę spadając z huśtawki, nie pozwoliłam sobie na słabość. I pamiętam jak dziś, że ojciec był dumny, że jestem taka twarda. Tak mi zostało…

Jeszcze na studiach Monika funkcjonowała w ten sposób. Ukończyła dwa kierunki i szła przez życie jak burza – nie zatrzymując się, nie zastanawiając się, spełniając oczekiwania.

Dorosłość i samotność

– Nie miałam rodzeństwa. Tak, jest mi przykro, że jestem sama. Choć całe życie ojciec wpajał mi, że jestem dzięki temu najważniejsza, wyjątkowa, bo jedyna, wiem, że siostrę lub brata miałabym szansę kochać szczerze i bez żadnych warunków. Tak myślę, choć być może idealizuję sytuację, której nie znam. Tak czy siak, jestem sama.

Ojciec Moniki zmarł kilka lat temu. Choroba alkoholowa zaostrzyła jego problemy sercowe i narząd nie wytrzymał. Mama po jego śmierci załamała się psychicznie. Obecnie leczy się w zamkniętym ośrodku.

– Choć mama fizycznie istnieje, dokładnie to słowo oddaje poziom naszych relacji. Ona istnieje, ale nie ma jej przy mnie, ze mną, nawet obok mnie. Jest cieniem człowieka, a ja mam jakąś blokadę, która nie pozwala mi się zbliżyć, otworzyć.

Monika otwarcie mówi o tym, że jest sama i nie wchodzi w żaden poważny związek.

– Oczywiście, że bym chciała. Każda kobieta – przynajmniej moim zdaniem – marzy o przeżyciu historii jak z bajki Disneya. Ja jednak blokuję scenariusz. Chciałabym, ale po drugiej stronie jest za duże ryzyko: biernej agresji, którą znam z domu rodzinnego, odrzucenia, oceniania, warunkowania. Choć teoretycznie wiem, że bywają inni, nie mam wiary w to, że takiego spotkam. Myślę, że nie zasłużyłam.

Pierwsze kroki w terapii

Monika od niespełna roku uczęszcza na spotkania grupy terapeutycznej DDA.

– Dlaczego nie poszłam wcześniej? Trudne pytanie. Trochę się bałam, trochę wstydziłam, a trochę chyba wiedziałam, że otworzę w ten sposób puszkę Pandory i czeka mnie rozgrzebywanie całego życia, na co nie byłam gotowa. Byłam zajęta pracą, domem, układaniem codzienności. Chyba właśnie po to, żeby w bezpiecznej przestrzeni zająć się porządkowaniem tego bałaganu.

Najtrudniejsze – jak podkreśla – było dla niej przełamanie pewnej nieufności i otwarcie się w grupie. Mówienie o swoich prawdziwych uczuciach, pokazywanie tego, co siedzi pod maską spełnionej kobiety sukcesu.

– W pracy postrzegają mnie jako perfekcjonistkę, kobietę zasadniczą, zdystansowaną. Odpowiada mi to. Bardzo trudno nawiązywać mi relacje z ludźmi, dlatego podtrzymuję ten wizerunek. Ale widzę, że terapia mi służy, że – trochę upraszczając – mięknę. Pozwalam sobie na chwile słabości, na przyjęcie pomocy, na stawianie na swoim i wyznaczanie granic. Zarówno w pracy, jak i poza nią.

Monika mówi, że proces, w którym się znajduje, jest dla niej bardzo bolesny. Ale jak na wzorową uczennicę przystało, przygotowała się na niego.

– Z automatu chciałabym powiedzieć, że zdam ten egzamin celująco, ale już na tym etapie terapii potrafię powiedzieć, że zdam go na tyle, na ile będę czuła, że potrzebuję. Wciąż jeszcze jednak czasem trudno mi wyjść ze sztywnych ram. Ale zaczynam potrafić i to sprawia, że uśmiecham się naprawdę, a nie jak do tej pory – tylko na pokaz. Trzymajcie kciuki, żebym w końcu przeżyła disneyowską przygodę. Powoli wierzę, że na mnie czeka!

Fot. Ravi Roshan, Unsplash.com

Skomentuj

Skip to content