Znaj ryzyko - kampania społeczna

wieczny DDA,,Ot, taki rytuał. Wracasz z pracy i pijesz piwo. Żyliśmy na nienajgorszym poziomie finansowym; miałam co jeść, miałam w czym chodzić i jeszcze jeździliśmy na wakacje za granicę. Nikt z moich rówieśników nie powiedziałby, że jest coś nie tak. Często słyszałam, że nie mogę mieć pretensji, bo w domu niczego nie brakowało. W moim odczuciu brakowało najważniejszego, czyli obecności rodziców.” Swoją historią alkoholowego opuszczenia zamienioną na alkoholowe odpuszczanie podzieliła się z nami 32-letnia Monika, która opowiedziała o realiach tzw. wysokofunkcjonującego alkoholizmu.

Monika: O DDA to różne rzeczy się mówi. Mam wrażenie, że wiele z nich się wyklucza i mam taką głęboką potrzebę powiedzenia o sobie, jak to było ze mną. Sama chciałabym, aby ktoś kiedyś mi taką historię opowiedział. Głównie o tym, że jest nadzieja, o tym, że nie wszystko jest zepsute. Chciałabym, aby ktoś mi powiedział, że złości nie trzeba trzymać w sobie do końca i że pod tą złością jest wiele różnych innych emocji. One też są równie trudne, ale jak się je powoli, stopniowo odpuszcza, to robi się nagle lżej.

Redakcja: Od czego chciałabyś zacząć więc swoją opowieść?

Monika: Moja historia zaczyna się od tego, że mój ojciec pił. On pracował, dobrze zarabiał, nie był po alkoholu agresywny i ja długo nie sądziłam, że to jego picie stwarzało jakikolwiek problem. Bo przecież „każdy pije” i nic to wielkiego nie znaczy. Gdy miałam 10 lat to zrozumiałam, że nie wszyscy ojcowie tak piją. Że kiedy rano zawożą dzieci do szkoły, to inne dzieci się nie zastanawiają, czy on powinien prowadzić samochód… Zrozumiałam też, że nie wszyscy ojcowie tracą przytomność i że to nie jest normalne, że dziecko musi przebierać swojego ojca w piżamę, bo nie jest w stanie jej sam sobie założyć. Jakoś sobie żyłam z tą świadomością, że może nie wszystko jest takie w moim domu, jak w innych, ale jeszcze nie umiałam tego nazywać.

Pamiętasz, co wtedy czułaś?

Miałam olbrzymią złość do mojego ojca, też to matki, że ona nic z tym nie zrobiła, ale jako nastolatka nie nazywałam siebie DDA. Nie wiedziałam też, że mój ojciec jest uzależniony, że jest chory, że moja matka też choruje. Byłam po prostu zła. W domu było tak, że ojciec wracał z pracy i otwierał piwo. To było dla niego naturalne, a dla mnie zupełnie normalne. Ot, taki rytuał. Wracasz z pracy i pijesz piwo. Żyliśmy na nienajgorszym poziomie finansowym; miałam co jeść, miałam w czym chodzić i jeszcze jeździliśmy na wakacje za granicę. Nikt z moich rówieśników nie powiedziałby, że jest coś nie tak. Często słyszałam, że nie mogę mieć pretensji, bo w domu niczego nie brakowało. W moim odczuciu brakowało najważniejszego, czyli obecności rodziców. Ojciec był tak zaabsorbowany alkoholem, że nie miał już czasu na relacje. On w sumie, w moich oczach, jedynie pracował i pił, pił i pracował. Matka znowuż była zaabsorbowana piciem ojca. Raczej hmm… ukrywaniem tego picia. Również przede mną. Mimo że ja wszystko widziałam. Dzieci wiedzą więcej niż możemy sobie wyobrazić.

Kiedy ponazywałaś sobie zjawiska występujące w Twoim domu?

Miałam jakoś naście lat. W gazecie kiedyś czytałam o alkoholizmie i połączyłam kropki, że to alkohol stoi za moimi problemami. Nadal miałam jednak w sobie poczucie, że nie mogę się skarżyć, że mi nie wolno. W artykule było napisane o przemocy po alkoholu, a ojciec mnie nigdy nie bił. On po prostu był jak za szybą, nieobecny. Ale nie bił. Ja się tak kręciłam między złością a zaprogramowaną mi wdzięcznością, że skoro nie biją i mam co jeść, a jeszcze na wakacje jadę, to muszę być wdzięczna i nie wolno mi mieć pretensji ani zgłaszać jakichkolwiek zażaleń. Wewnętrznie przeżywałam koszmar. Dodatkowo często słyszałam od rówieśników, że „ale ja to mam dobrze”, bo byłam w Egipcie czy w Turcji, że oni by tak chcieli. Nikt nie wiedział, że na wczasach to mi było zwyczajnie przykro, jak ojciec przed wypiciem alkoholu był drażliwy i łagodniał dopiero po pierwszym piwie, a matka zawsze przy obiedzie przewracała oczami, gdy on zamawiał drugie. Nawet teraz o tym mówiąc czuję, że ktoś to przeczyta i powie, że mi się w tyłku poprzewracało i z rozpuszczenia zaczęłam wynajdywać problemy, których nie ma. Ciągły lęk przed oceną. To oczywiście cecha DDA.

Jak powiedziałaś, że to cecha DDA, to wyczułam ironię…

Tak, słusznie. Mówię to trochę prześmiewczo. Wiele lat – przed terapią jak i w trakcie, nazywałam siebie DDA i trzymałam się kurczowo opisów nas jako grupy, że jacy to my nie jesteśmy. O DDA mówi się dużo, np. że są impulsywni, że mają zaburzenia emocjonalne, trudności w przeprowadzaniu swoich zamiarów od początku do końca, że kłamią, że nie umieją się bawić, że traktują siebie bardzo poważnie i wszystko biorą osobiście, że nie potrafią nawiązywać bliskich kontaktów, że to i tamto i można wymieniać i wymieniać. Ja w to wierzyłam, myślałam sobie, że „no tak, taka jestem i już”, że taka zostanę do końca mojego życia, że rodzice mnie bardzo skrzywdzili. Okopałam się w swojej złości do nich. Był nawet moment, w którym zerwałam z nimi kontakt. To było w trakcie mojej terapii. Wtedy tego potrzebowałam najwyraźniej. Aktualnie mam kontakt z rodzicami, powiedziałabym, że dobry, niżeli zachowawczy. Lepiej ich rozumiem od kiedy włożyłam wysiłek, by zrozumieć siebie.

Czego dowiedziałaś się o sobie w terapii i dlaczego, jak rozumiem, już nie przywiązujesz się do charakterystyk grupy DDA?

Uważam, że te charakterystyki są trafne, nie jest tak, że je odrzucam. Chodzi tylko o to, że to jest jakiś wyjściowy pakiet, który dziecko wychowywane w alkoholowej rodzinie dostaje, ale później ma na nie wpływ. Uważam, ze nam DDA jest trudno wchodzić w dorosłość, lecz tak naprawdę, komu jest łatwo? Ja dostałam spory lęk przed oceną, jak również wiele innych utrudniających życie właściwości mojego usposobienia. Z perspektywy czasu widzę, jak wiele się zmieniło i po części jestem nawet wdzięczna za takie trudności. To, że sobie to przepracowywałam w swoim czasie i wiele rzeczy udało mi się finalnie przeżyć bardzo mnie umocniło. Po 4-letniej terapii naprawdę czuję, że jestem psychicznie odporna, że jestem stabilna. Mało tego, ja nawet lubię siebie.

Brzmi naprawdę budująco, zwłaszcza gdy mówiąc to, widzę dumę na Twojej twarzy.

Tak. To było trudne, ale było warto. Jest taki cytat Różewicza: ,,Długo wędrowałem, zanim doszedłem do siebie.” I ja bym dodała jeszcze na końcu, że się opłacało. W tej podróży nauczyłam się odpuszczać. Przede wszystkim złość. Bo czym jest złość? Reakcją emocjonalną. A co ważne, emocje nie mają trwać wiecznie, one mają mijać. Nie mijają, jeśli się ich kurczowo trzymamy. Ja ciągle skupiałam się na przeszłości, ciągle rozdrapywałam rany, ciągle wracałam do tego, czego zmienić się nie da i wytwarzałam ogromne ilości mieszanki żalu, smutku i złości właśnie. Ale zanim doszłam do żalu i smutku to najpierw była złość. Okazało się, że ją najłatwiej mi było czuć i okazywać. W złości czuje się nienawiść i się nie przebacza, co znaczy, ze nie idzie się dalej. Czułam też złość z lęku przed stratą. Musiałam się pożegnać z nadzieją na lepszą przeszłość, że to co było, było właśnie takie, jakie było. Nie umiem opisać, jak dokładnie się to robi, myślę, że to kwestia indywidualna. Miałam bardzo dobrą terapeutkę, a wcześniej byłam rok w procesie terapii grupowej. Jedyne co mogę powiedzieć, to, że da się i warto.

Monika, to co mówisz, brzmi magicznie.

Trochę tak jest. Myślę, ze psychoterapia to jest trochę magia. To fascynujące, że samą rozmową z drugim człowiekiem, można poprawić komfort swojego życia. Co najbardziej magiczne moim zdaniem, to to, że się w końcu polubiłam.

Czy na koniec wywiadu jeszcze coś chciałabyś przekazać naszym czytelnikom?

Tak… że tym, co mnie często trzyma w jakkolwiek to nazwać optymizmie, jest pamięć, że tego, co było nie da się zmienić, a można skupić się na cieszeniu się chwilą, bo zaraz przeminie. Co ważne, to by jednocześnie nie skupiać się nadmiernie na przyszłości, bo wtedy nasze oczekiwania mogą zabrać nam radość z chwil. Cytowałam już Różewicza, a teraz skojarzył mi się wiersz Szymborskiej „Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem? Jesteś – a więc musisz minąć. Miniesz – a więc to jest piękne”. Tym cytatem bym chciała zakończyć. Myślę, że trafnie oddaje atmosferę naszej dzisiejszej rozmowy.

Zgadzam się. Pasuje idealnie. Dziękuję Ci za szczerość.

A ja dziękuję, że mogłam się tym podzielić.

 

Fot. freestocks, Unsplash.com

Napisz komentarz

Przejdź do treści