Znaj ryzyko - kampania społeczna

Dorosłe Dzieci Alkoholików DDA„Nie ma znaczenia, czy w domu był taki styl picia, czy inny. Ważne jest to, że rodzice nie byli obecni. Alkoholik funkcjonuje w trzech aktywnościach: pije, leczy kaca i szykuje się do picia. Tak naprawdę na tym jest skoncentrowany, a wszystkie inne jego czynności są pozorne, po to, aby mógł się bardziej czy mnie komfortowo napić. Współuzależniony koncentruje się na piciu współmałżonka (partnera) i próbie skontrolowania jego picia, czyli tego, na co nie ma wpływu. I właśnie skutki takiego funkcjonowania rodziców – nieobecności w relacjach z dziećmi – odczuwają DDA w swoim dorosłym życiu” – mówi Cezary Biernacki, psychoterapeuta i prezes Stowarzyszenia Od-Do, które od 2001 roku pomaga Dorosłym Dzieciom Alkoholików.

Redakcja: Jaka jest świadomość społeczna na temat problematyki DDA? Czy ludzie zdają sobie sprawę z tego, że coś takiego jak DDA istnieje?

Cezary Biernacki: Dzięki obecnym źródłom informacji świadomość ta jest coraz większa. Dziś wpisując w wyszukiwarkę internetową hasła typu „depresja”, „nerwica”, „fobie”, w końcu trafi się na DDA. Natomiast kiedy 30 lat temu ściągnęliśmy z USA programy pracy z DDA i zaczęliśmy tworzyć w Polsce ruch samopomocowy, to była wielka niewiadoma.

Dziś Polska jest w czołówce, jeśli chodzi o pomoc osobom DDA, i mamy się czym pochwalić. Kilka lat temu, na zaproszenie Tomasza Kosiorka z Programu 4 Polskiego Radia, nagrałem wraz z Anną Seweryńską cykl 10 audycji „Na własne nogi”, z udziałem adeptów naszego programu terapeutycznego. Okazuje się, że te audycje do dzisiaj funkcjonują i spełniają swój cel – są motywatorem do podjęcia własnej terapii, ale też podpowiedzią dla profesjonalistów, na czym polega specyfika klienta/pacjenta z syndromem DDA. W konsekwencji, przychodzą do nas ludzie z całej Polski, dzwonią Polacy przebywający za granicami kraju, i mówią, że właśnie ich odsłuchali i są pod wrażeniem, że to jest o nich. W ten sposób ta świadomość w nich zaczyna dojrzewać, ponieważ coraz więcej na ten temat wiedzą. Bo to nie jest przecież tak, że z definicji wiem, że jestem DDA i dlatego szukam pomocy. Wiem natomiast, że coś się ze mną dzieje, że mam jakiś kryzys.

Z danych szacunkowych wynika, że obecnie w Warszawie w rodzinach alkoholowych może dorastać nawet 68 tys. dzieci. Ile spośród nich w przyszłości będzie miało syndrom DDA?

C.B.: Niestety nie znam dokładnej odpowiedzi na to pytanie, należałoby przeprowadzić badania i sam jestem ciekaw wyników. Z doświadczenia mogę natomiast powiedzieć, że z syndromem tym zidentyfikuje się zdecydowana większość z nich. Bo aby, dorastając w dysfunkcyjnym domu, być wolnym od cech, które składają się na syndrom DDA, to trzeba spotkać na swojej drodze „dobrych dorosłych”, którzy pomogą, zaakceptują, zaproszą do relacji, wskażą konstruktywne sposoby radzenia sobie w życiu, nauczą przeżywania emocji, itd. Natomiast siła systemu rodziny alkoholowej jest tak mocna, że niezależnie od tego, jaki był styl picia rodziców, fakt dorastania w takim domu cały czas pokutuje w tych osobach. Nawet dzieci tzw. wysoko funkcjonujących alkoholików, którzy od poniedziałku do piątku „świetnie się ze wszystkim wyrabiają”, a w piątek zaczynają swój reset alkoholowy, odczuwają dokładnie te same skutki i nabywają zespół cech adaptacyjnych. Doświadczają, że są nieakceptowane takie, jakie są, że są nieważne dla swoich rodziców, że one same tak naprawdę, aby przetrwać i nie sprawiać „problemu” swoim rodzicom, zaczynają się wychowywać. Często jest im nawet trudniej, bo w ich życiu nie było jednoznacznej, wyraźnej przemocy czy -stereotypowo patrząc – nie było „patologii” w postaci zaniedbań materialnych, itp. Nikt ich nie bił, nie fruwały noże… A jednak okazuje się, że w dorosłym życiu mają bardzo dużo problemów i nie potrafią sobie poradzić. Bo – jak już mówiłem – nie ma znaczenia, czy w domu był taki styl picia, czy inny. Ważne jest to, że rodzice nie byli obecni. Alkoholik funkcjonuje w trzech aktywnościach: pije, leczy kaca (skutki, konsekwencje swojego picia) i szykuje się do picia. Tak naprawdę na tym jest skoncentrowany, a wszystkie inne jego czynności są pozorne, po to, aby mógł się bardziej czy mnie komfortowo napić. Współuzależniony koncentruje się na piciu współmałżonka (partnera) i próbie skontrolowania jego picia, czyli tego, na co nie ma wpływu. I właśnie skutki takiego funkcjonowania rodziców – nieobecności w relacjach z dziećmi – odczuwają DDA w swoim dorosłym życiu.

A Warszawa jest taką mekką, do której uciekają zwłaszcza młode osoby…

C.B.: Tak, i DDA mają nadzieję, że jak rozpoczną studia czy znajdą pracę, to odetchną. I tak na samym początku faktycznie jest. Łapią tę wolność, a tu nagle się okazuje, że na uczelni czy w pracy zaczyna im się odbijać czkawką – nie są przygotowani do życia w konstruktywny sposób, nie wiedzą, jak funkcjonować wśród rówieśników, jak wchodzić w relacje, jak budować bliskość w związkach emocjonalnych. Kolejny związek, który im się rozpada, jest często tym kryzysem, który przyprowadza ich do nas. Również to, że na studiach czy w pracy starają się dawać z siebie wszystko, mogą być nawet najlepsi, a i tak czują, że właściwie są nikim, że nic nie znaczą, że jak wchodzi jakiś autorytet, to truchleją. Nie mogą dokończyć studiów, znaleźć swojego miejsca na rynku pracy… Ciągle żyją z jakimś lękiem, powinnością, z poczuciem winy, ciężarem krzywdy i są tym potwornie zmęczeni.

Powiedział Pan wcześniej, że nieuzależniony rodzic, stereotypowo matka, też był sprawcą w ich domu rodzinnym. Jak to rozumieć?

C.B.: W rodzinie funkcjonalnej pomiędzy matką a ojcem zachodzi relacja równorzędna. Oboje, jako ludzie dorośli, razem o wszystkim decydują, biorą odpowiedzialność za swoje dzieci i te otaczają troską i opieką. To jednak nie znaczy, że jest to idealna rodzina. Tu też rodzice mogą się kłócić, sprzeczać, mieć różne problemy ze sobą czy dziećmi, ale poszukują rozwiązań i nie obarczają potomstwa decyzjami, za które sami są odpowiedzialni. Dzieci  w rodzinie funkcjonalnej znajdują się pod parasolem ochronnym miłości rodzicielskiej. Dzięki temu mogą się rozwijać w różnych sferach, nawiązywać relacje między sobą i – opuszczając rodzinny dom – czują, że zawsze mają oparcie w rodzicach.

W rodzinie dysfunkcyjnej wygląda to inaczej i nie ma tu mowy o równorzędnej relacji. Patrząc stereotypowo, to ojciec ma jednostronną relację z butelką. Butelka mu nie powie: „dzisiaj mnie nie pij”. On na niej jest skoncentrowany, żyje w tych swoich trzech aktywnościach i cały jego świat, sfera duchowa, emocjonalna i społeczna, skupia się wokół tego, żeby się napić. Matka z kolei nie jest skoncentrowana na dzieciach, tylko na swoim pijącym mężu. Ona ma z tego zyski, korzyści, bo albo mu zrobi awanturę, i wtedy czuje, że ma władzę i kontrolę, mówiąc „znowu piłeś”, albo będzie zdejmować z jego barków konsekwencje picia. Poświęca się i jest „matka Polką”, której wszyscy współczują. Tak czy inaczej, cały czas „kręci się” wokół swojego pijącego męża. Jednocześnie zwalnia się z całej odpowiedzialności w stosunku do dzieci – nie towarzyszy im, nie zaspakaja ich emocjonalnych potrzeb. Parasol ochronny jest rozłożony nad ojcem. Dzieci również zaczynają być skupione na uzależnionym, bo matka mówi: „najważniejszy w tym naszym domu jest ojciec”- bo z nim jest kłopot, bo jemu trzeba pomóc, o niego trzeba się martwić i przez niego ona cierpi itd. I to się dzieje już tak naprawdę od kołyski. Dziecko, kiedy ma mokrą pieluchę, jest głodne, potrzebuje towarzystwa, komunikuje się ze światem poprzez płacz, bo inaczej nie potrafi. W funkcjonalnej rodzinie matka, niemal na złamanie karku pędzi do swojego płaczącego dziecka, aby je przytulić, pomóc, nakarmić. W rodzinie alkoholowej płaczące dziecko jest przez matkę głównie uciszane, bo „sprawia kłopot”,  np. obudzi pijanego ojca… Stąd to potworne poczucie winy i odrzucenia, z którymi osoby DDA nie potrafią sobie poradzić.

Czy u osób, które otrzymują diagnozę, że są DDA, pojawia się bunt, zaprzeczanie lub próba usprawiedliwiania, np. niepowodzeń? Bo nagle te osoby zdają sobie sprawę, że to, że nie radzą sobie w dorosłym życiu, nie jest de facto ich winą, natomiast wynika z niezaspokojonych potrzeb w dzieciństwie.

C.B.: Do tego problemu można podchodzić z bardzo wielu stron. Dlatego my nie pracujemy stricte klinicznie, tylko „oglądamy” człowieka z różnych perspektyw. Tak jak Pani mówi, u osób DDA można obserwować bunt, chęć ochrony przed stygmatyzacją. Myślą: „co to znaczy? Że ja jestem DDA, to jestem gorszy, bo moi rodzice jacyś są?”. Ale mogą doświadczać też, co się często dzieje, poczucia uwolnienia. Wtedy myślą: „Ja już wreszcie wiem, co mi jest, a to już pierwszy krok do sukcesu”. Ta diagnoza jest niesamowicie ważna.

Sama diagnoza oczywiście nie leczy, ale ona jest niezbędna do tego, aby dana osoba wreszcie coś sobie o swoim życiu uświadomiła, zaakceptowała stan, w którym jest i wiedziała, co dalej chce zrobić dla siebie.. Posłużę się tu klasycznym przykładem z raną. Wyobraźmy sobie, że wzrastając w rodzinie alkoholowej rodzice, w ten czy inny sposób, ranią mnie, a moja rana ciągle ropieje i się jątrzy. Mogę oczywiście zajmować się objawami (diagnozować i leczyć różne swoje zaburzenia, lęki itp.) i zaklejać tę ranę różnymi plasterkami, bandażować ją, itd. Jakoś mogę sobie radzić z tym, czego nie widzę. I przetrwam, bo w tym  DDA są rewelacyjne. Tylko co jakiś czas ta ropa spod tej rany wypływa. W moim dorosłym życiu sam zdecyduję, że czy chcę tam zaglądać, czy będę kolejne plasterki na tę ranę naklejał. Będę kulał, ale dam sobie radę. Ale mogę również zdecydować, że jednak zerwę te plastry i bandaże. To jest bardzo bolesny proces, aby tę ropę wyczyścić. Jednak gdy to zrobimy, wtedy będzie szansa, że rana się zabliźni. Blizna zostanie do końca życia, bo nie da się zmienić historii, ale ona nie będzie już tak przeszkadzać. Czasem tam spojrzę, smutek mnie ogarnie. Czasem wejdę w mechanizm, który był sposobem, aby przeżyć w dysfunkcyjnym domu, ale ta rana będzie już zabliźniona, już nie będzie tak bolesna. Jestem więc w stanie to rozbroić… albo mogę się rozsiąść na swojej krzywdzie i nic z tym nie robić. Bo to, jak wykorzystam tę wiedzę – świadomość swoich deficytów w zaspokajaniu potrzeb emocjonalnych, w rozwijaniu kompetencji społecznych – zależy tylko ode mnie.

Na jakie objawy powinny zwracać uwagę osoby, które zastanawiają się, czy są DDA?

C.B.: Osoby DDA najczęściej nie wiedzą, co jest normą – zgadują. Zaczynają się zastanawiać nad sobą, czy są normalne, czy nie? Porównując się z innymi najczęściej dochodzą do wniosku, że są gorsze. To wszystko wynika z zaniżonego poczucia własnej wartości. Poprzez poczucie bycia odrzuconym, wciąż próbują sobie potwierdzić, że ktoś chce ich oszukać, odrzucić, że nie zasługują na miłość, na bycie z kimś w relacji. Nie znają stanu, w którym może być dobrze i spokojnie. Kiedy ich życie „normalnieje”, stabilizuje się, zaczynają przewidywać, że zaraz coś się wydarzy, coś musi się popsuć. To jest klasyk, bo w domu rodzinnym, gdy stereotypowy ojciec szykował się do picia, było cicho i spokojnie. Ale to była cisza przed burzą i to napięcie było nie do wytrzymania, bo w końcu on się przecież napił. A po burzy, gdy już to zrobił, pojawiała się ulga. Ale nie zmieniało się nic.

Ta cisza, spokój są dla DDA przerażające, bo te osoby ciągle czują niepokój. Zostały przez swych rodziców „wytrenowane” do życia w napięciu, zagrożeniu i przeświadczeniu, że i tak wszystko kończy się porażką. Pracodawca, partner, przyjaciel – zaraz ktoś coś będzie od nich chciał. Kiedy się tak boją, to potrzebują poczuć się bezpiecznie, a iluzja kontroli daje im  poczucie bezpieczeństwa, w związku z tym zaczynają „przejmować kontrolę”, manipulując swoimi uczuciami. Jeśli więc ktoś ich nie odrzuca, to oni sami zaczynają prowokować, albo sami odrzucają: pracę, studia, chłopaka, dziewczynę. To u tych osób wynika z przeświadczenia, że i tak ktoś odkryje, zdemaskuje je jako osoby nie dość dobre, niewystarczające. Niezaakceptowane przez rodziców jako takie, nie mają powodu zaufać komukolwiek… Inną kwestią jest samotność, która jest dominującym stanem. Patrząc w przeszłość osoby DDA widzą, że nawet gdy teoretycznie wszyscy byli w domu, czasem również bardzo liczne rodzeństwo, to jednak w pamięci mają pijanego rodzica i plecy współuzależnionego, załamanego rodzica oraz rozbieganych gdzieś, niewidocznych, braci i siostry. Każdy w swoim własnym świecie. To samo jest w towarzystwie – wszyscy mogą się bawić, a osoby DDA zatrzaskują się w sobie, bo nie potrafią. Nie są w stanie pozbyć się lęku czy wstydu, który jest dominujący, ani poczucia winy, które zamieniają w poczucie krzywdy. Do tego wszystkiego dochodzą problemy z dotarciem do swoich uczuć, emocji, a to stąd, że w domu rodzinnym nie wolno im było czuć tego, co czują, widzieć tego, co widzą, nazywać tego, co słyszą. To było zabronione. W związku z tym, nauczyły się zaprzeczać swym zmysłom i emocjom i nie mieć zaufania  do siebie. W konsekwencji  nie mają go też do innych. No i często, aby sobie jakoś z tym wszystkim poradzić, same sięgają po alkohol, po narkotyki, dające możliwość uwolnienia, poczucia się pewniej, bycia duszą towarzystwa… Idą do psychiatry po leki – cudowne tabletki…

Pracując z osobami DDA pokazujemy im, że to jest ich wybór i odpowiedzialność, jak pokierują swym dorosłym życiem. „Najprościej” byłoby powielić schemat funkcjonowania rodzica – albo tego uzależnionego, albo współuzależnionego. DDA, z racji wyuczonych wzorców zachowania (wadliwa socjalizacja), jak i predyspozycji genetycznych, znajdują się w grupie ryzyka, jeżeli chodzi o podatność na uzależnienia. Czasem piją ryzykownie i szkodliwie, ale podejmując terapię w naszym programie,  mają możliwość zatrzymania się w tym jeszcze tzw. bezpiecznym momencie, choć czasem już przekroczyli granice np. picia kontrolowanego.

Czy ze wszystkimi tymi problemami można sobie poradzić podczas terapii?

C.B.: Terapia służy do tego, aby coś poznać, odblokować i dokonać własnego wyboru. Można więc poradzić sobie z problemami, ale czy każdy się na to odważy? To jest już indywidualna decyzja i gotowość. Każdy ma różne poziomy gotowości. Niektórzy mają tak duże zyski ze swoich destruktywnych systemów i sposobów funkcjonowania, z powielania tych mechanizmów, że mogą nie chcieć się z nimi rozstać. Do dziś pamiętam, jak pewna dziewczyna kończąc terapię powiedziała, że mimo, że już wszystko wie, poukładała sobie tę wiedzę w głowie i jest świadomego tego, jakie konsekwencje towarzyszą budowaniu relacji z osoba uzależnioną, to podjęła decyzję, że wychodzi za mąż za uzależnionego narzeczonego. Powiela zachowania rodziców, tak wybrała, tak zdecydowała. To  był jej świadomy wybór. Bo najważniejsze co daje terapia, to świadomość, że ja mogę w końcu dokonać wyboru i sam o sobie decyduję.

[Więcej na temat terapii już niebawem w II część wywiadu z Cezarym Biernackim].

Dziękuję za rozmowę.


Cezary Biernacki
– terapeuta, współzałożyciel Stowarzyszenia Od-Do, członek Komisji Dialogu Społecznego ds. Przeciwdziałania Alkoholizmowi. Problematyką uzależnień zajmuje się od 1989 r. Współzałożyciel Ruchu Samopomocowego dla DDA w Polsce. Członek Rady Programowej Szkoły Psychoterapii DDA. Współautor wielu ofert pomocowo-rozwojowych dla młodych dorosłych z rodzin dysfunkcyjnych, programów terapeutycznych dla DDA i  szkoleniowych dla osób działających w obszarze pomocy psychologicznej dla DDA.

Czytaj też: Role dzieci w rodzinach alkoholowych

Napisz komentarz

Przejdź do treści