prawdziwa historia uzależnieniaArtur przyznaje, że gdyby Agnieszka nie spakowała walizek i nie wyjechała razem z dziećmi to nie dotarłoby do niego, że jest na prostej drodze do upadku. Ani groźba utraty pracy, ani wypadek samochodowy nie dały mu aż tak do myślenia, dopóki była obok. Poznajcie historię Artura, który zmaga się z uzależnieniem od alkoholu, ale nie pije od 3 lat.

Agnieszka i Artur są małżeństwem od 12 lat. Znali się sporo przed ślubem. Jak przyznaje Artur, już wtedy lubił wypić, ale potrafił wyczuć moment, w którym powinien przestać. Znał też granicę wytrzymałości swojej żony. Wtedy zawsze się zatrzymywał, przepraszał i obiecywał poprawę.

Początki

– Takie sytuacje nie zdarzały się bardzo często. O dziwo były to zawsze wyjścia z kumplami „z jakiejś okazji”. Komuś urodziło się dziecko, ktoś dostał awans – typowe „męskie” okoliczności. Na imprezach rodzinnych czy podczas naszych wspólnych wyjść Artur potrafił się opanować. Nie byłam zaniepokojona. Nie widziałam wtedy nic nienormalnego w upiciu się od czasu do czasu – wspomina Agnieszka

Artur też nie widział. Przyznaje, że miał świadomość, że mógłby przestać i nie upijać się do nieprzytomności, ale nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie „po co” miałby tego nie robić. Wiedział, że nie dzieje się nic złego, że zazwyczaj było to w weekend lub miał wcześniej przygotowaną wymówkę, jeśli był to dzień pracy.

Zmiany

Problemy zaczęły się po dwóch latach małżeństwa, kiedy na świat przyszedł ich syn. Nie mając pomocy dziadków Agnieszka – wcześniej pracująca bez etatu – została z dzieckiem w domu. Na barkach Artura spoczywał ciężar utrzymania rodziny. Jak w większości  takich sytuacji stres i zmęczenie dawały się we znaki.

–  Artur ciężko pracował w trybie zmianowym i mało pomagał mi przy dziecku. Twierdził, że synek jest za mały, żeby czuć z nim więź i to jeszcze nie czas ją budować. Poza tym nie potrafił obyć się z dzieckiem, nie miał doświadczenia z niemowlętami. Ale przynosił do domu godne pieniądze – tłumaczy Agnieszka. Artur skończył technikum elektryczno-elektroniczne i pracował wówczas jako osoba techniczna w jednej z firm z branży medialnej. Miał do tego smykałkę, lubił swoją pracę, często proponował nowe rozwiązania. Coraz częściej uciekał w pracę, a po pracy – w spotkania z kolegami. Najczęściej – jak sam dziś mówi – pod pozorem rozmów o nowych pomysłach zawodowych.

Kiedy trzy lata później urodziła się ich córeczka pojawiły się wzajemne dodatkowe oczekiwania. Agnieszka potrzebowała wsparcia i pomocy przy dzieciach, zwłaszcza że oboje często chorowali. Artur tłumaczył się kryzysem w firmie i koniecznością pracy po godzinach. – W weekendy „musiał” odpoczywać po ciężkim tygodniu i regularnie pił, aż urywał mu się film. Przestał spotykać się z kolegami – urządził sobie małą pracownię w piwnicy i to ona stała się jego azylem i miejscem do którego uciekał od nas.

Granica

– Byłam spokojna, dopóki Artur nie miał problemów w pracy. Pamiętam jednak doskonale, jak wrócił w pewien listopadowy dzień mówiąc mi, że zaproponowano mu przymusowy urlop. Był wściekły, że ktoś wpadł na taki pomysł właśnie w listopadzie. Podobno była to kwestia wybierania zaległych urlopów. Tak mówił wtedy. Dziś wiem, że chodziło o alkohol. Dostał wtedy szansę na przemyślenie i odpoczynek – tłumaczy Agnieszka. Artur przyznał, że w każdy poniedziałek „klinował” po weekendzie. A potem – aby minimalizować napięcie – pił trochę przed pracą. Również trochę po… Mówił, że jak przełożony zauważył co się dzieje, ostrzegł go przed konsekwencjami.

Artur stracił pracę, ale oficjalną przyczyną była redukcja etatów. To pozwoliło mu – jak sam przyznaje – przetrwać w branży i łapać „niezłe fuchy z doskoku”. Dbał o to, aby do pracy jeździć na trzeźwo, ale elastyczne godziny powodowały, że przestał trzymać się w ryzach. Pił coraz więcej i częściej. Wiedział, że jest Agnieszka, która zadba o dom, dzieci, rachunki. Ważne, że przynosi pieniądze…

– Tak było. Dbałam o wszystko i zawsze byłam. Dzieciom uczciwie tłumaczyłam, że tato jest chory i musimy tak żyć. Artur nigdy nie był agresywny. Wtedy, kiedy był w domu, dzieci mogły na niego liczyć. Ja też. Ale rzadko z nami był.

Pomoc

Agnieszka zapisała się na terapię dla osób wspóluzależnionych po tym, jak Artur – wracając z pracy – uderzył w drzewo na parkingu pod domem. – Poczułam falę wstydu. Do tej pory sąsiedzi może i coś widzieli, podejrzewali. Ale teraz nie było już tajemnic – wspomina Agnieszka.

Artur opowiada, że nie wytrzymał – nie mógł się doczekać aż zaszyje się w swojej piwnicy. Musiał się napić od razu po pracy.

Agnieszka na początku twierdziła, że zapisała się na terapię, aby pomóc mężowi i dzieciom. Dopiero kiedy zrozumiała, że musi pomóc przede wszystkim sobie spakowała walizki i wraz z dziećmi wyjechała do rodziców, na drugi koniec Polski. Przyznaje, ze jednym z bardziej bolesnych doświadczeń było przyznanie się im do tego, co się stało.

– Terapia dała mi bardzo wiele. Przede wszystkim zrozumiałam, że to, co się dzieje, tylko częściowo zależy ode mnie. Nie mam wpływu na to, co Artur ze sobą zrobi, ale mam wpływ na siebie i nasze dzieci. Dotarło do mnie, że on jest chory i nie jest prawdą, że pije przez pracę czy przez nas. Bardzo bolesne było jednak przyjęcie, że nie przestanie pić dla mnie czy dla naszych dzieci. Że nie możemy go do tego „przekonać” – mówi Agnieszka.

To, co najtrudniej było jej zaakceptować w terapii, to fakt, że nie istnieją odpowiedzi na wszystkie pytania. – Chciałam wiedzieć dlaczego tak się stało, dlaczego on nie rozumie, dlaczego nie przestaje pić. Przyjęcie, że są pytania, na które nigdy nie poznam odpowiedzi, do tej pory jest dla mnie niezwykle trudne. Ale powoli godzę się z tym, że nie na wszystko mam wpływ.

–  Po mniej więcej miesiącu dotarło do mnie, co tak naprawdę się wydarzyło – opowiada Artur. Że spakowała się i wyjechała i to nie było tylko gadanie. Pewnego dnia tak po prostu wszedłem do domu i poczułem, że nie może jej tu nie być. Nie wydarzyło się nic szczególnego, nie uderzył we mnie grom, na szczęście nie zabiłem nikogo jadąc „po pijaku” samochodem, nie straciłem wszystkich zleceń. Ale otworzyłem drzwi od domu i zrozumiałem, że mam problem. Że jestem alkoholikiem. Że zostałem sam i piekielnie się boję. Nie miałem odwagi powiedzieć o tym Agnieszce, ale powiedziałem terapeucie – przyznaje mężczyzna.

Artur wspomina, że pierwsze kroki w terapii były dla niego paraliżujące. – Panicznie się bałem i wstydziłem jednocześnie. Ta mieszanka sprawiała, że nie mogłem wydusić z siebie słowa. A czułem coraz mocniej, że muszę wszystko z siebie wyrzucić, bo dopiero wtedy mi ulży.

To mu się w końcu udało – przełamał się i opowiedział swoją historię i drogę do abstynencji. Wtedy zrozumiał, że nie jest sam, jest bezpieczny i – jak sam mówi – obudził się w porę…

Powrót

Artur pojechał do Agnieszki po trzech miesiącach milczenia. Żadne z nich nie odezwało się i oboje przyznają, że nie było w tym złości, pretensji i dumy. Była milcząca zgoda na przestrzeń, którą sobie dali.

– Wiedziałam, że wrócę, że nie będę miała siły zostawić go na zawsze. Decyzja o wyjeździe była najtrudniejszą w moim życiu. Po czasie okazało się, że jednak najlepszą – przyznaje Agnieszka

***

Oboje się boją. Ona – że mąż znów zacznie pić i będzie musiała odejść. On – że ona odejdzie. Od 3 lat nie zajrzał do kieliszka. Oboje uczęszczają na terapię. Agnieszka wróciła do pracy, Artur prowadzi swoją działalność. Powoli wychodzą na przysłowiową prostą, choć podkreślają, że wciąż czują lęk przed zakrętem, który może się nagle pojawić przed nimi. Ale postanowili, że chcą iść razem, bo trzymając się za rękę jest bezpieczniej.

Skomentuj

Skip to content