Znaj ryzyko - kampania społeczna

uzależniona od alkoholuDo pokoju wchodzi filigranowa blondynka, ma na sobie biały sweter i długą, jedwabną spódnicę. Uśmiecha się delikatnie, co sprawia, że na jej twarzy pojawiają się dołeczki. Siadając zakłada nogę na nogę, sprawia wrażenie osoby nowoczesnej i pewnej siebie. Angelika ma 35 lat, jest uzależniona od alkoholu. Terapię podjęła 5 lat temu, od tamtej pory utrzymuje abstynencję i sukcesywnie trzeźwieje. Poznajcie jej historię.

Redakcja: Możesz opowiedzieć, kiedy pierwszy raz sięgnęłaś po alkohol?

Angelika: Pierwszy raz upiłam się mając 7 lat. Wiem, to może wydawać się kuriozalne i trudne do uwierzenia, jak tak małe dziecko może być pijane, ale niestety – tak było. (wzdycha)

To było wesele mojej starszej siostry, siedziałam obok wujka. Miał niezły ubaw, patrząc jak się krzywię pijąc wódkę, którą mnie częstował. Cała moja rodzina była tego świadkiem, nikt nie zareagował. Właściwie to rodzice byli zadowoleni, bo szybko poszłam spać i nie przeszkadzałam dorosłym w zabawie.

W twojej najbliższej rodzinie występował problem uzależnienia od alkoholu?

Absolutnie! Nigdy nie widziałam matki pod wpływem, tata czasem raczył się jakąś dobrą nalewką, którą sam zrobił, jednak zdecydowanie nie nadużywał. Ich rodzeństwo to już inna bajka, ale z nimi nie spotykaliśmy się często.

Co było dalej?

Dalej przyszedł trudny, nastoletni, czas. Wtedy kolejny raz sięgnęłam po alkohol, tym razem świadomie. Moja mama zawsze mówiła, że gdy chcę wypić alkohol, to żebym to zrobiła w naszym domu, a nie chowała się po jakiś parkach, piwnicach czy innych przybytkach. Miała wtedy poczucie kontroli nade mną, niestety nie zdawała sobie sprawy, że ja przestaję ją mieć względem alkoholu.

Co masz na myśli, mówiąc o tym poczuciu kontroli?

Miałam wtedy 20 lat, byłam studentką prestiżowej uczelni, a alkohol towarzyszył mi już regularnie, wszystkie spotkania ze znajomymi były przy butelce. Już wtedy nie potrafiłam inaczej… Wydawało mi się, że aby poznać drugiego człowieka, to muszę pić. Niestety bywam nieśmiała, a alkohol dodawał mi odwagi i poczucia atrakcyjności. Nie ponosiłam wtedy większych szkód, zdrowa byłam jak ryba, w kieszeni zawsze miałam jakieś pieniądze ze studenckiego stypendium, miałam mnóstwo znajomych, którzy dotrzymywali mi procentowego towarzystwa. Gdy wracałam do domu praktycznie na czworakach, rodzice tylko kręcili głową. I tak sobie trzeźwiałam w akompaniamencie ich słów, że przecież młodzi muszą się wyszumieć.

Czy to wtedy był moment, kiedy postanowiłaś podjąć terapię?

Oj nie. Mając te 20 czy 25 lat wydawało mi się, że jest fajnie. Musiałam dotknąć swojego własnego dna, żeby zrozumieć, że mam problem i bez profesjonalnej pomocy nie dam sobie rady. W wieku 25 lat, na zakrapianej imprezie, poznałam mojego, byłego już, męża. Odprowadził mnie do domu, gdy sama straciłam władzę w nogach – do tej pory wspominam to z zażenowaniem. Odezwał się do mnie nazajutrz pytając, jak się czuje. Oczywiście próbowałam go spławić, bo wstydziłam się tego, co się wydarzyło. Starałam się zapomnieć zarówno o nim, jak i o tej imprezie, bo tylko w taki sposób mogłam sobie dalej komfortowo pić. Mechanizm iluzji sterował moim życiem. Skutecznie wypierałam i wmawiałam sobie różne rzeczy, żeby tylko uchronić coś, co było dla mnie najważniejsze – PICIE. On jednak nie dawał się spławić, oferował pomoc. Jest dorosłym dzieckiem alkoholików, był rodzinnym bohaterem. Mnie też próbował ocalić.

Jak to się stało, że został Twoim mężem?

Chodził za mną, chodził, aż wychodził. (śmiech) Umówiłam się z nim na randkę, później kolejną i jakoś tak wyszło. To dobry mężczyzna, inteligentny, zabawny, tylko niestety nie dla mnie.

Czy to przez alkohol wasze drogi się rozeszły?

Niestety tak. (milczy) Po latach od rozpoczęcia terapii mogę z pełną odpowiedzialnością przyznawać, że to alkohol był przyczyną rozpadu małżeństwa. Długo oszukiwałam samą siebie, że to przez różnicę charakteru, problemy z komunikacją, ale prawda jest inna. Nasze małżeństwo trwało 4 lata. Oboje byliśmy po studiach, zajmowaliśmy wysokie stanowiska w światowej korporacji. Korporacyjny wyścig szczurów sprzyjał mojemu uzależnieniu. Zawsze miałam powód, aby napić się po pracy, a to przez problem ze współpracownikami, a to deadline, to jeszcze coś… W każdym razie, na każdą uwagę byłego męża, miałam argument wyjaśniający, dlaczego piję drinki częściej niż wodę. Prosił mnie tysiące razy, żebym przestała pić. Wytykał, że jestem nieobecna i czuje się mniej ważny od moich butelek z kolorową wódką. Czasami słyszałam jak płacze. Uważałam wtedy, że przesadza i kpiłam z niego. Mówiłam wtedy, że skoro taki z niego mięczak, a nie facet, to wolę żyć sama. Któregoś dnia po prostu spakował się i odszedł. Dopiero jego prawnik skontaktował się ze mną w sprawie rozwodu.

To jest to dno, o którym mówiłaś wcześniej?

Tak, ale to był dopiero początek. Stawiłam się na sprawie rozwodowej – to był szybki rozwód, bez orzekania o winie. Nie mieliśmy dzieci, a przed ślubem podpisaliśmy intercyzę, więc sytuacja z podziałem majątku była formalnością. Pamiętam, że wydawało mi się wtedy, że odzyskałam wolność – byłam taka szczęśliwa. Jak ja się wtedy myliłam… Nałóg to zniewolenie. Byłam uwikłana w kłamstwa, które szeptała mi codziennie butelka. Po rozprawie przestałam chodzić do pracy – miałam świetne wytłumaczenie swoim pracodawcom: zasłaniałam się rozbiciem wynikającym z rozwodu. Wysłali mnie wtedy na bezpłatny urlop. Siedziałam w pustym mieszkaniu i upijałam się do nieprzytomności, czasami nie kontrolowałam nawet swoich potrzeb fizjologicznych.

Ktoś Ci wtedy pomógł?

Pamiętam pewien grudniowy wieczór. Mój ojciec przyszedł do mojego mieszkania, bo nie mógł się dodzwonić od kilku dni. Leżałam wtedy na ziemi z rozciętym łukiem brwiowym, wokół było pełno krwi i pustych butelek, nie potrafiłam mu nawet wytłumaczyć, jak do tego doszło. Nie pamiętałam. Rodzice wiedzieli, że piję, ale nie zdawali sobie sprawy z powagi sytuacji. Dopiero, gdy ojciec zobaczył mnie w takim stanie, postanowił działać. Zawiózł mnie wtedy na detoks, ja podpisałam wszystkie niezbędne dokumenty tylko po to, aby dał mi spokój. Odtruli mnie i wypuścili z zaleceniem dalszej terapii. Oczywiście nie byłam taka pokorna w kwestii udania się do specjalisty, uważałam się wtedy za kobietę sukcesu, a nie alkoholiczkę. Ponownie zaczęłam pić. Pamiętam, była wigilia, a ja rozważałam czy nie powinnam zakończyć swojego życia. Bardzo chciałam żyć, ale nie wiedziałam po prostu jak, nie widziałam sensu. Nastał nowy rok. Ludzie stawiają sobie różne cele w tym czasie, o których zapominają w pierwszym tygodniu stycznia, u mnie było jednak inaczej. Na początku stycznia podjęłam terapię.

Jak wyglądały jej początki?

Na samo wspomnienie moich początków myślę sobie, że powinnam kupić kwiaty swojej terapeutce.(śmiech) To niezwykłe, ile spokoju i cierpliwości ma w sobie ta kobieta. Na początku, jak większość uzależnionych, próbowałam udowodnić, że problem jest w innych, nie we mnie. Obwiniałam swojego byłego męża, rodziców, szefostwo, albo przerzucałam na innych odpowiedzialność za moje utrzymywanie abstynencji.

W jaki sposób przerzucałaś tę odpowiedzialność?

Mówiłam swoim rodzicom, że jak będą robić za mnie zakupy, to ja nie będę narażać się na widok alkoholu w sklepie. Pamiętam, że czekałam, aż któregoś dnia się spóźnią z zakupami – nie radziłam sobie z głodem alkoholowym. Miałam w głowie ułożony cały misterny plan; powiedziałabym im wtedy, że złamałam abstynencję, bo poległam na widok alkoholu. Rodzice byli jednak zawsze na czas, a ja z każdym tygodniem poznawałam coraz bardziej chorobę, z którą się mierzę. Odkąd rozpoczęłam terapię, nie wróciłam do picia.

Jak Ci się dzisiaj układa?

Jestem trzeźwa, to niesamowity dar. Uważam, że moje życie jest piękne, mimo wszelkich trudności. Czasem spoglądam w przeszłość, żałując lat, które bez wątpienia straciłam. Jestem dla siebie dobra i patrzę na siebie z uważnością. Zwolniłam tempo życia, korporację zamieniłam na odzieżowy butik. Zawsze lubiłam modę, mając jednocześnie dryg do interesów, więc nie narzekam na brak klientów. Do tej pory nie potrafiłam stworzyć dobrego związku nie znając samej siebie. Ostatnio w moim życiu pojawił się pewien mężczyzna. Czuję, że jestem gotowa…

Fot. Gian Cescon, Unsplash.com

Napisz komentarz

Przejdź do treści